24 gru 2016

SZAFIR & KARMAZYN




Tytuł: Pale Blue & Crimson 

Autor: Camillablue
Rodzaj: Romance/Hurt/Comfort
Rating: T
Status: Miniaturka
Zgoda: Jest
Beta: Katja!

Summary: Mała "Secret Santa" miniaturka na prezent, która mogła zawierać, ale nie musiała kręciś się tylko wokół tego: wszystko w niebieskim kolorze, późne rozmowy o miłości i stracie, zadziorne tatuaże, oraz o znajdowaniu zrozumienia w nieoczekiwanych miejscach.




~~*~~*~~

Jest to mini, w której się zakochałam od pierwszych linijek. Złość, smutek i niezrozumienie Hermiony było dla mnie tak widoczne, że aż wręcz namacalne. Każdy z nas odczuwa samotność, więc można doskonale zrozumieć, to o czym się czyta.

Miałam ją wstawić wczoraj, ale po sześćdziesięciu godzinach pracy wymiękłam. Teraz powinnam gotować, a nie bawić się bloggerem, ale obiecałam Charmione na święta, więc muszę ją dodać!

Chciałam ją dedykować, jako mój świąteczny prezent dla was kochani, a przede wszystkim dwóm wspaniałym kobietkom, które poznałam dzięki grupie Dramione - Rzan. i agatte! Mam nadzieję, że mini przypadnie wszystkim do gustu, i oczaruje was swoją prostotą tak jak i mnie.

Wesołych Świąt, dla tych co je obchodzą, wspaniałej atmosfery rodzinnej, z bliskimi i przepysznego jedzenia! Dla tych, dla których ten czas jest, jak każdy inny dzień w roku, udanych łowów po świątecznych promocjach w sklepach!

PS: PRZEPRASZAM ZA BRAK DYWIZ!

~~*~~*~~



My nightly craft is winged in white, a dragon of night dark sea.
Swift born, dream bound and rudderless, her captain and crew are me.
We've sailed a hundred sleeping tides where no seaman's ever been
And only my white-winged craft and I know the wonders we have seen.
- Anne McCaffrey, Dragonsong


Grief is not as heavy as guilt, but it takes more away from you.
- Veronica Roth, Insurgent



Hermiona zamieszała ostrożnie herbatę, starając się, by łyżeczka nie obijała się o wyblakłą niebieską ceramikę. Para unosiła się nad brzegami kubka, wijąc się leniwie w stronę zimnego okna w kuchni, na którym zatrzymały się płatki śniegu. Blask zielonych i czerwonych świateł iskrzył się w ściekającej na parapet wodzie, tworząc niecodzienną łunę w ciemności nocy. 

Na swoje miejsce odłożyła cukierniczkę i mleko, podkurczając palce na zimnych kafelkach, by zaraz wetknąć książkę pod ramię, podnieść herbatę jedną ręką, a drugą złapać za świeczkę. Nadgarstek zadrgał delikatnie, rozlewając jasnobrązową wodę na drewniany blat. Westchnęła, odkładając wszystko z powrotem i rozejrzała się po pomieszczeniu, poszukując ściereczki, by pozbyć się bałaganu. 

Zbeształa sama siebie za bycie bezmyślną, przypominając sobie o różdżce, którą schowała w szafce nocnej. Knykcie pobielały, gdy tak agresywnie ścierała ciemną plamę. Rozwodniona czystość, pomyślała. Błotnista. 

Oddech.

Hermiona rozluźniła dłonie. 

Oddech.

Woda, która spływała po jej palcach, gdy płukała szmatkę, była zimna. Wycisnęła ją, po czym przewiesiła przez kran. 

Oddech.

Przez chwilę wpatrywała się nieobecnym wzrokiem we własne odbicie w przyciemnionym późną porą oknie. Miała zmierzchwione włosy nad prawym uchem i podpuchnięte policzki od snu. Przyklepała nieznośne loki oraz przejechała dłonią na przedramię, gdzie krótkim palcem podrapała bliznę. 

Nie znosiła tego, że z taką łatwością się teraz denerwowała. Gdzie podziała się ta lekkomyślna furia, kiedy stała pośrodku wojny? Dlaczego nie mogła poddać się oślepiającej wściekłości, kiedy była ona najbardziej potrzebna, zamiast być we wszystkim tą pieprzoną metodyczną osobą? Jej cała złość była nie potrzebna tutaj - w Norze - z książką wsadzoną pod pachą i kubkiem do połowy wylanej herbaty, nocą wyciszoną przez grubą warstwę śniegu. 

Ze świecą ponownie w dłoni, Hermiona skierowała swoje kroki w stronę salonu, gdzie kanapa i dwa fotele były obrócone do małego, wygaszonego kominka. Skuliła się w końcu tapczanu, po czym odłożyła świecę na stoliczku obok, ale książki nie otworzyła. Wsłuchała się w odgłos rodzinnego zegara Weasleyów - tik tak, tik tak - przy czym unikała patrzenia w jego stronę. Wszyscy tak robili. 

Bała się, co może przynieść jutrzejszy dzień. O George’a, którego miały to być pierwsze święta bez swojego brata bliźniaka. Bała się widzieć rodzinę w takiej chwili i zobaczyć ich cierpienie. Nigdy nie czuła się tak niezasługująca na miano Gryfona - nawet jeśli wszechobecny strach był czymś namacalnym i miał metaliczny posmak.

Niepokojący dźwięk odciągnął Hermionę od myśli. Jej ciało zesztywniało, oczy wpatrzyły się w miejsce, z którego dochodził hałas, czyli w stronę kuchni. Tylne drzwi domu zatrzasnęły się z łomotem, a zaraz po nim usłyszała stąpanie ciężkich butów na kafelkach. Kroki ustały na widok poświaty świeczki. Dziewczyna wstrzymała oddech, zastanawiając się, czemu nie zabrała ze sobą różdżki. 
- Halo? - zawołał głęboki, zachrypnięty głos. 

Hermiona poczuła, jak ramiona jej się rozluźniają na widok znajomej, niechlujnej osoby pojawiającej się drzwiach. 

- Cześć, Charlie. 

- Hermiona! Kurwa. Przepraszam. Co ty tu robisz, do cholery, o trzeciej nad ranem? 

Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Pierwszy raz słyszała, jak przeklina, i Hermiona doszła do wniosku, że musiał się pilnować przy mamie. Uniosła głowę i przyjrzała się jego zaniedbanemu wyglądowi. Był ubrany zdecydowanie nieodpowiednio do pogody, od głowy do stóp w skórze odpornej na smocze zionięcia, a kaptur kurtki przemókł do ostatniej nitki. Niezmiennie opalona i zmęczona twarz wystawała spod ciężkiego materiału. Przez chwilę myślała o tym, że Charlie ma taką skórę, która sprawia, iż wydaje ci się, że możesz poczuć słońce, nawet w posępną, zimową noc. 

Odchrząknęła, kiedy zdała sobie sprawę, że on ciągle czeka na jej odpowiedź. 

- Nie mogłam zasnąć, więc postanowiłam zrobić sobie herbatę. - Spojrzała w dół na zwisający z jego lewej dłoni postrzępiony plecak. - Udało ci się dotrzeć do domu na święta. 

- Oczywiście, że mi się udało - odpowiedział z uśmiechem. - Zatrzymali mnie w pracy dłużej, niż bym tego chciał, ale dotarłem na najważniejsze. - Potrząsnął głową z jednej strony na drugą, a mokre do ramion włosy, które wysunęły się gumki, uderzyły go po twarzy. - Jest zdecydowanie za zimno i mokro na zewnątrz. 

- Czajnik jest dalej ciepły, jeśli masz ochotę - powiedziała, wskazując na swój kubek. 

Mężczyzna przytaknął, ściągając kurtkę. 

- Dzięki. Najpierw tylko ubiorę coś suchego. 

Hermionie udało się zobaczyć kawałek skóry jego pleców z ogonem wytatuowanego smoka, gdy zaczął unosić koszulkę, nim zniknął ponownie w kuchni. 



Brud, który mężczyzna miał pod paznokciami, przeszkadzał Hermionie. Myślała o nieprzespanych nocach, kiedy szczelnie owijała się wełnianym okryciem i takim samym szalikiem należącym do jej mamy, a otwarcie namiotu ruszało się na zimowym wietrze. Szorowała swoje dłonie w lodowatych rzekach, obserwując, jak tusz, brud albo krew odpływała z prądem wody. Pisała swoje imię w ziemi przy ognisku, tylko po to, by zaraz zamazać je stopą i powtórzyć tę czynność znowu i znowu. Zdawała sobie sprawę, że jej zachowanie było głupie oraz dziecinne. Jednak czasami nuda i napięcie stawały się tak bardzo nie do zniesienia, że zastanawiała się, czy mogła odfrunąć w dal wraz z szarym popiołem, liśćmi oraz ostatnią wiązką nadziei, która kurczowo trzymała się kości. 

Skarciła samą siebie, ponieważ kim ona tak naprawdę była, by oceniać czyjeś paznokcie? Przyglądała się, jak Charlie z łatwością łamał grube gałęzie. Jego dłonie były szorstkie i naznaczone wiekiem, tak jak drewno na opał. Nie miał żadnych pierścieni ani zegarka. Hermiona doszła do wniosku, że w jego pracy musiały one być ryzykiem. Nikt nie chciałby stracić dłoni przez ulubioną bransoletę zahaczoną o łuski smoka. 

Brak jakichkolwiek ozdób na jego osobie sprowokował tylko pytanie. 

- Dlaczego nie masz żony, Charlie?

Spojrzał na nią, wciąż stojąc przy kominku, ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Zdając sobie sprawę, że uraziła Charliego, mruknęła pod nosem przeprosiny, a jej policzki zabarwiły się czerwienią. 

- Nie, nie, wszystko w porządku - odpowiedział szorstko, opuszczając wzrok. - Po prostu odkąd Bill się ożenił z Fleur, mama się na mnie uwzięła. To taka automatyczna reakcja. 

Mężczyzna wyprostował się, machnął różdżką w kierunku równo ułożonego drewna i wydał z siebie pomruk zadowolenia, gdy ogień natychmiast się rozpalił. 

- Kiedy Horntail zerwie swoje łańcuchy i obraca się, by rozerwać moją twarz, albo Longorn traci nerwy i decyduje, że wyglądałbym lepiej jako zwiędłe łuski kukurydzy niż krępy rudzielec… Wtedy jest taki moment, gdzie cała siła we mnie zbiera i puchnie, i praktycznie bębni, i… - Spojrzał z zakłopotaniem w dół, tak jakby powiedział więcej, niż zamierzał. - Nigdy nie czułem się tak z kobietą, tak myślę. 

Przytaknęła ze zrozumieniem. Jednak nie jest pewna, czy też kiedyś się tak czuła. Smoki mroziły krew w jej żyłach. Złapała za loka, by zaraz patrzeć kątem oka, jak odskakuje z powrotem w to samo miejsce. 

- A czy czasami chociaż się boisz? Tego, że możesz zostać ranny… albo zginąć.

Rozmowy takiego rodzaju mogą się zdarzyć tylko w takich chwilach, w zaciemnionym pokoju, z rozpalonym kominkiem dla ciepła, i pomiędzy dwójką ludzi, którzy się znają, ale nie są specjalnie blisko. W tych drżących godzinach wczesnym rankiem, gdy cichy głosik, który starasz się wyciszyć, szponami toruje drogę na zewnątrz. 

Charlie usiadł powoli w fotelu po przeciwnej stronie, oparł na lewym ramieniu, przesuwając palcami po policzku. W przeciwieństwie do swoich braci, szczękę i miejsce pomiędzy górną wargą, a nosem miał oprószone bujnym zarostem. 

- Kiedyś nigdy… - przyznał, równocześnie wpatrując się w płomienie. - Ale… Kiedy Fred umarł… to było, jakby coś we mnie pękło, a cały ten strach złapał mnie i nie chciał wypuścić. Przez tygodnie nie wracałem do pracy. 

Czuła, jak się narzuca, ale nie była w stanie nic z tym zrobić, bo właśnie zdała sobie sprawę, jak mało o nim wiedziała. 

A jej mózg wręcz łaknął tej wiedzy. 

- Teraz jak sobie z tym radzisz? 

Posłał w jej stronę uśmieszek, czym ją zszokował. Ten jeden gest wystarczył, by całkowicie przemienić jego twarz: ociężałe oczy zwęziły się w półksiężyce, niewyraźne kreseczki wokół ust się pogłębiły, ukazując jeden idealny dołeczek w prawym policzku. Nawet zakrzywienie nosa zdawało się być mniej widoczne.

- Trzymam te myśli zakopane bardzo, bardzo głęboko. 

Niepewnie odpowiedziała na uśmiech, ale myślami już była w mniej przyjemnych miejscach. 

W tych dniach rzadkością było, by nie budziła się o późnej nocy, szeroko otwartymi oczami zazwyczaj wpatrywała się w mrok, a górną wargę przyozdabiała cienka warstwa potu. 

- Chciałabym móc się tak od tego oddzielić. To takie frustrujące, czuć to wszystko tak bardzo intensywnie, przez cały czas, tak jakbym w gardle miała bez przerwy tańczący ogień, który aż prosi o ugaszenie.

Jego uśmiech zniknął powoli w świetle. 

- Mam duże doświadczenie w gaszeniu ogni.

Sposób, w jaki wypowiedział te słowa, sprawił, że Hermionie zaschło w ustach. Małymi, nerwowymi łyczkami piła herbatę i miała cichą nadzieję, że mężczyzna przypisał zaczerwienienie na policzkach ciepłu od kominka. Zastanawiała się nad bystrą odpowiedzią, ale potykała się we własnym umyśle. Kiedy podniosła spojrzenie, on wpatrywał się bezpośrednio w nią, z głową przechyloną w jedną stronę. 

Sięgnął po skórzany rzemyk, który trzymał jego włosy razem, by go poluzować. Wciąż utrzymując z nią kontakt wzrokowy, wygładził wystające pasma włosów i z powrotem zrobił pół koka. Obserwując go, dziewczyna doszła do wniosku, że przy kimś innym ten gest wydawałby się zbyt kobiecy, ale u niego był naturalny, z poruszającymi i napinającymi się mięśniami w bicepsie. Zauważyła kilka zbłąkanych włosów przyklejonych do jego szyi, wciąż wilgotnych od śniegu na zewnątrz. 

- Więc co u mojego brata? - zapytał nagle, przerywając ciszę i odwracając wzrok w stronę ognia. 

Którego? Przełknęła swój żałosny żart i powiedziała: 

- W porządku. Pewnie się z nim rozminiesz z rana. Chciał się wybrać do Świętego Munga wcześnie. 

- Coś się stało? - Wpatrywał się w nią znowu, tym razem nic nie rozumiejąc. 

- Och! Nie. Nic z tych rzeczy. Tylko Lavender dalej tam jest, wiesz, a on czuje się w połowie odpowiedzialny za to, w jakim jest stanie; przez to, że się spotykali przed wojną… Myślę, że wydaje mu się, że to on był powodem, dla którego walczyła.

Nie mogła uwierzyć, jak niewyraźnie brzmiał jej głos i mentalnie klepnęła się w czoło. 

Do cholery jasnej, weź się do kupy, Hermiono!

- Och. - Zmarszczył brwi. - Przecież to bez sensu. To Fenrir jej to zrobił. Lavender była dorosłą kobietą, która walczyła w imię tego, co wierzyła.

Hermiona poczuła, jak coś uciska ją w piersi. 

- Wiem. 

Mężczyzna zmarszczył brwi i odpowiedział:

- Jestem pewien, że jeszcze wróci. 

- Jasne - odpowiedziała z uśmiechem, a oczy jej się zaszkliły. 

- Czyli nic się z nią nie zmieniło? - zapytał, a jego twarz złagodniała. 

- Uzdrowiciele powiedzieli, że jej umysł zamknął się, bo nie chce ona zmierzyć się z traumą, którą przeżyła. Każdy dzień, który mija bez żadnego znaku życia od niej… Nie jest to dla niej dobre. 

Nie dodała tego, że odkąd stan Lavender przestał się poprawiać, ona i Ron praktycznie się nie dotykali. Prawie za każdym razem, gdy chociażby położyła dłoń na jego ramieniu, rudzielec wzdrygał się, a jego twarz ozdabiało poczucie winy. Pamiętała myślenie, okrutnie, jakim absurdem było, że po latach obserwowania samobiczowania się przez Harry’ego, Ron robił dokładnie to samo i nie chciał z nią nawet o tym porozmawiać. Pamiętała, jak we własnej głowie posądzała go o bycie egoistą. 

Teraz sama nie wiedziała, czy wciąż tak naprawdę ją chciał. 

- Przykro mi - powiedział cicho Charlie. 

Dziewczyna posłała w jego stronę zaskoczone spojrzenie, bojąc się, że jakimś cudem wypowiedziała którąś z myśli na głos, co wywołało krzywy uśmiech na jego ustach. 

- Twoja twarz jest otwartą książką, Hermiono. 

- Jesteś znacznie bardziej spostrzegawczy niż twój brat - mruknęła cicho, wpatrując się w dłonie. 

Najpierw zesztywniał, później wstał, by móc usiąść obok niej na kanapie. Sama usiadła na podkulonych nogach, próbując stać się najmniejszą, jak tylko mogła. Charlie niechlujnie skopał ze stóp buciory - znoszone ognioodporne z cynowymi sprzączkami, zauważyła - pochylił się do tyłu, z jedną stopą założoną na kolanie i dłońmi ułożonymi na udzie. Na pierwszy rzut oka wydawał się idealnie spokojny, ale Hermiona zauważyła małe drgnięcie w kciuku i daremnie zastanawiała się, o czym myśli. 

- O czym myślisz? - wypaliła. 

Leniwie przekręcił głowę, by móc na nią spojrzeć z policzkiem przyklejonym do obicia, gdy tak jeszcze bardziej wbił się w siedzenie. 

- Tak naprawdę zastanawiałem się, dlaczego nie jesteś z własną rodziną. 

W odpowiedzi spojrzała w dół gdzie skubała naderwany naskórek zaraz przy paznokciu kciuka. 

- Wciąż są w Australii. Chcę poczekać, aż minie co najmniej rok od wojny, nim sprowadzę ich do domu. 

Hermiona przerwała, spodziewając się tych samym zszokowanych słów co zawsze, którym towarzyszy współczujące spojrzenie i słowa o dobrych intencjach. 

Nie on. 

Charlie czekał na dalszą część. 

Dziewczyna nerwowo przełknęła ślinę i dalej bawiła się swoimi palcami. 

- Rzadkością jest, by wszystko rozwiązywało się za jednym razem, tak jak te brązowe, papierowe paczki wiązane sznurkami. Przecież nie każda osoba, która wierzyła w czystość krwi, nagle wyparowała wraz z Voldemortem. I zdaję sobie sprawę, że może to jest egoistyczne, ale nie mogę nie być zbyt ostrożna, a nie wybaczyłabym sobie nigdy, gdyby cokolwiek im się stało… - przerwała, gdy Charlie sięgnął swoją ręką do jej, by uspokoić jej drżenie. Wyprostowała niezgrabnie swoją dłoń, a on swojej nie zabrał. Dziwne słowa ozdabiały bok jego nadgarstka, tak, że wytatuowane słowa kończyły się zaraz pod kciukiem. 

Była ciekawa, czy były one po rumuńsku. 

- Brzmisz, jakbyś była samotna - powiedział miękko. 

Ku własnemu przerażeniu, poczuła wielki płacz próbujący wydostać się z jej gardła. Zdusiła go i ukryła pod wymuszonym kaszlem. 

- Dam sobie radę. 

Uśmiechnął się ponownie, i kolejny raz sprawiło to, że poczuła się oszołomiona. Nagle zdała się być super świadoma tego, że ma na sobie starą koszulkę Quidditcha od Harry’ego z kilkoma dziurkami przy szwie na dole, że jej policzki były napuchnięte, a lakier na paznokciach u stóp na wpół zdrapany. Nie chciała nawet zastanawiać się nad stanem włosów. 

- Wiem, że sobie dasz - powiedział pewnie. 

- Co? - Oszołomiona zapomniała o czym rozmawiali. - Och. Tak. 

Charlie stłumił ziewnięcie, po czym powiedział: 

- Jestem wykończony. Myślę, że to czas do łóżka. 

Wstał szybko, zwinął ze stolika kubki i ruszył do kuchni, a Hermiona poczuła nagłe zimno bez ciepła jego dłoni. 

Stanęła nieelegancko w wejściu prowadzącym do królestwa Molly, przyglądając się, jak opłukuje kubki i wyciera dłonie w ręcznik kuchenny. Odwrócił się do niej z małym uśmiechem, odchylając się do tyłu, tak, że łokcie spoczęły na blacie szafek. 

- Dobrze być w domu - powiedział, przymykając oczy i wdychając zapach budynku. Cynamon, cedr i szałwia. 

- To miejsce jest magiczne - przytaknęła, oplatając się ramionami. 

Mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu na jej słowa i uchylił jedno oko, by na nią spojrzeć. 

- Jakie to mugolskie - powiedział, a ona się zaśmiała delikatnie.



Widziała, jak jego wzrok powędrował ponad jej głowę, a wyraz twarzy zmienił się na szelmowski. Usta mu się zacisnęły, z jednym kącikiem lekko drgającym. 

Spojrzała tam, gdzie i on, by zobaczyć zwisającą z drewnianej belki idealną gałązkę jemioły. Poczuła, jak cała szyja jej zapłonęła od rumieńca, a dłonie pokrył pot. 


- Yhm… jest już późno - wymamrotała, wpatrując się w podłogę. - Przepraszam, że cię tu przytrzymałam. Wiem, że miałeś długi dzień, zapewne z dużą ilością podróżowania, a ja ci się narzuciłam z rozmową o śmierci, strachu i wojnie… 

Przerwała, kiedy zdała sobie sprawę, że jego stopy znajdują się centralnie przed nią. Miał je odziane w błękitne, dzianinowe skarpety. Przez chwilę zastanawiała się, czy były świątecznym prezentem od jego mamy. 

Zrogowaciałe palce pociągnęły ją za podbródek, unosząc tak, by na niego spojrzała. Wcale nie był dużo wyższy niż ona sama, ale wciąż w jakiś niewyjaśniony sposób zabierał o wiele więcej miejsca. Kości policzkowe miał szerokie i oprawione grubymi brwiami, które były o cień jaśniejsze niż włosy na jego głowie. Rzuciła okiem na jego nadgarstek, mocno umięśniony i pokryty jasno brązowymi piegami. I pomyślała o żarze słońca, bo na Merlina, było jej tak bardzo, bardzo gorąco. 

Mam duże doświadczenie w gaszeniu ogni, powiedział.

Nigdy wcześniej też nie zauważyła, jak bardzo niebieskie były jego oczy. 

Zmagała się sama ze sobą, by nie odwrócić się i nie zamknąć oczu. 

Możesz należeć do Gryffindoru, gdzie króluje odwaga… 



Jego twarz znalazła się cal od Hermiony. Palce zsunęły się z jej podbródka, wzdłuż jej żuchwy, zatrzymując u boku szyi, z kciukiem ocierającym się o jej ucho. 


Poddała się, zamknęła oczy i pozwoliła, by jej głowa spoczęła w dużej mierze w jego dłoni.

Jego usta, spierzchnięte i słone, zostały lekko przyciśnięte do kącika jej. Wszystko w nim jest szorstkie i nieokiełznane. Wypuściła ze świstem powietrze, które trzymała, by zaraz wciągnąć jego woń: pot i słońce, i cukier z wypitej herbaty. 

Drugą ręką oplótł ją w talii, odsuwając swoją twarz. 

Otworzyła oczy, by prawie ponownie je zamknąć, ponieważ jego spojrzenie było tak bardzo nieznośnie jasne. Wyglądał, jakby poszukiwał czegoś, co było tak blisko, że prawie to miał, ale bał się, że wyślizgnie mu się, jak tylko spróbuje to złapać. 

...ich śmiałość, nerwy i rycerstwo wyróżniały Gryfonów spośród innych domów.

Hermiona pochyliła się do przodu i pocałowała go pełnym pocałunkiem, z ustami lekko rozchylonymi, oddychając w niego, z dłońmi na jego ramionach, przylegając do wytrzymałeś klatki piersiowej przez lnianą koszulę. Zaskoczony cofnął się do tyłu, by zaraz zatrzymać się i złapać równowagę, i z powrotem stać się twierdzą silnych mięśni i piegowatej skóry. Jej ciało puchło i praktycznie drżało, i przez chwilę Hermiona zastanawiała się, czy tak się czuł, pracując ze smokami. Jego palce rozłożyły się na jej plecach, a każde z nich było palącą pochodnią na jej skórze. 

Czuła skołowanie, później złość, później tęsknotę, kiedy oderwał swoje usta od jej, by złączyć razem ich czoła. 

- Dobranoc, Hermiono Granger - wyszeptał z zamkniętymi oczami. Uśmiechnął się, robiąc krok w tył, oddychając ciężko, po czym zniknął. 

Hermiona uniosła drżącą dłoń do ust, prawie oczekując, że rozsypią się w popiół. 



Następnego ranka zauważyła, że jemioła zniknęła z belki w wejściu do kuchni. Dziesięć minut spędziła na zastanawianiu się, czy ich pocałunek tylko się jej przyśnił. Wtedy przesunął się do niej niespostrzeżenie z włosami wypadającymi z supła, wręczył jej niebieski kubek, a jego palce musnęły biodro kobiety. 

Uśmiechnęła się do herbaty. 



Wraz z Harrym wyślizgnęli się po cichu na zewnątrz, naciągając płaszcze i rękawiczki zaraz po zatrzaśnięciu się drzwi. Spojrzał na nią, kiedy pozbyła się brudu ze schodów i rzuciła na nie wysuszający czar, z oczami ociężałymi od bólu serca. 

- Myślę, że będą potrzebować chwilę. 

Hermiona przytaknęła i siadając, wskazała miejsce obok siebie. Przez chwilę siedzieli w ciszy, w spokoju dzieląc się przestrzenią, wpatrując się w pokryte śniegiem pola. Niebo było w kolorze świeżego błękitu i nie miało w sobie żadnych śladów sztormu z poprzedniej nocy. Wzięła głęboki wdech rześkiego powietrza, które gryzło ją w płuca. 

Noga Harry’ego podskakiwała chaotycznie i bez przerwy sięgał, by podrapać się po głowie. Złapała go lekko za łokieć. 

- Powinieneś być z Ginny. 

Potrząsnął głową. 

- Nie chcę przeszkadzać… Jest to chwila dla rodziny… 

- Harry, ty jesteś rodziną - powiedziała stanowczo. - Idź do niej. 

Wstał, strzepnął niewielką ilość śniegu ze swoich spodni i powiedział: 

- A co z tobą? Chyba ty też jesteś już w tym momencie rodziną… 

Hermiona spojrzała na pokryte mrozem pola. Chciała móc wytłumaczyć, jak sprawy się miały teraz, gdy pomiędzy nią a Ronem pojawiła się ta dziwna odległość. A także nie wiedziała, jak wejść tam i nie czuć, że serce pęka jeszcze bardziej, gdyby próbowała pocieszyć Rona, tak jak zawsze to czyniła, a on by się od niej odsunął. 

- Potrzebuję tylko odetchnąć. Niedługo do was dołączę. 

Pochylił się, ścisnął ją w ramię, a po chwili usłyszała otwarcie i zamknięcie drzwi. Została sama. 

Wyciągnęła niewielką książkę z kieszeni, przywróciła do właściwego rozmiaru, by zacząć ją czytać. Miała do napisała esej na eliksiry, więc skierowała swoje myśli z daleka od Rona i jego rodziny, skupiając się w zamian na słowach przed sobą. Czynność ta była znajoma i uspokajająca dzięki czemu czas przelatywał przez palce. 

Drgnęła, gdy drzwi ponownie skrzypnęły, po czym zesztywniała, kiedy krzepki rudzielec w odziany w ochronną od ognia kurtce, stanął na jednym ze schodków z brwią uniesioną na widok książki. 

- Wybrałaś eliksiry zamiast świątecznej kolacji śmierci i żałoby u Weasleyów? Musimy być niesamowicie przygnębiającym gronem - powiedział lekko, zajmując miejsce przy niej. - Już jest bezpiecznie, by wejść do środka. George sypie żarcikami - i jest nieziemski - a mama dzieli sernik. 

Zamknęła książkę i wpatrzyła się w okładkę, palcami śledząc wytłoczone w niej literki tytułu. 

- Wybacz… To nie tak, że próbowałam to ominąć, po prostu czułam, że wasza rodzina potrzebowała… siebie nawzajem. 

Przytaknął, rozsuwając stopy oraz odchylając się do tyłu i opierając na łokciach. Kolanem uderzył w jej i je tam zatrzymał. Dzięki temu czuła ciepło jego nogi przenikające do jej ciała.

- Jestem gówniany w takich sprawach. - Prawą ręką uderzał w schodek. Przez krótką chwilę czuła ogarniającą ją panikę, bo myślała, że mówi o ich pocałunku pod jemiołą. Jednak zauważyła przygnębienie w niebieskich oczach, i skarciła siebie za myślenie tylko o sobie. - Wszyscy tam byli, płacząc, rozmawiając i dzieląc się historyjkami o kawałach, jakie Fred i George wywijali w każde święta. A ja po prostu tam siedziałem, nic nie mówiłem i czułem poczucie winny przez to, że nic nie mówiłem, i miałem jeszcze większe poczucie winny przez to, jak bardzo nieswojo się z nimi czułem. 

Wahając się lekko, położyła rękę pomiędzy jego łopatkami, i odetchnęła z ulgą, kiedy oparł się ciałem o jej ramię. 

- Brzmisz na samotnego - powiedziała z krzywym uśmiechem, powtarzając jego wczorajsze słowa. 

- Smutek jest samotny. 

Przesunął się bardziej na lewo i ułożył głowę na jej ramieniu, a Hermiona oplotła jego plecy. Było tak bardzo inaczej, niż kiedy pocieszała Harry’ego, Rona czy Neville’a. Charlie był szorstki, duży i tak bardzo szeroki, że miała problem z sięgnięciem do jego prawego ramienia. Ułożyła policzek na czubku rudej głowy, ze wzrokiem utkwionym w męskiej, prawej dłoni, która luźno zwisała z uda. 

- Twój tatuaż… co to znaczy? 

Naprawdę mogła praktycznie słyszeć uśmieszek w jego odpowiedzi. 

- Jeśli widzisz latające smoki, lepiej, żebyś wysuszył dzban do dna. 

Hermiona parsknęła ze śmiechem odsuwając się lekko, a dłoń z powrotem położyła na lewym ramieniu. 

- Dałeś sobie to wytatuować? 

- Moje motto. 

Potrząsnęła lekko głową. 

- Jesteś dla mnie enigmą, Charlie Weasley. 

Szelmowski wyraz twarzy z wczorajszej nocy pojawiał się z powrotem. Stanął na schodku niżej i wciąż kucając, obrócił do niej. Dłonie umieścił na betonie, po obu stronach jej bioder.

- Enigmą - powiedział powoli, jakby wypróbowywał słowo, a jego nos otarł się o jej. - Podoba mi się. 

Zmniejszyła odległość między nimi szybciej, niż miała zamiar, jej nos uderzył w jego policzek. Uśmiechnęła się przepraszająco w jego usta. Pocałował ją leniwie, zmuszając ją do wzięcia oddechu, by zatrzymała się z nim w tej chwili. 

Przylgnęła do przodu kurtki, ciepło od jego szyi koiło opuszki, a książka od eliksirów zsunęła się na ziemię między nimi. Głośne plaśnięcie okładki o cement zmusiło do otwarcia oczu, tym razem to Hermiona się odsunęła, pozwalając, by dłonie opadły z jego piersi. 

- Czas na deser - powiedziała słabo, podniosła jeszcze książkę, nim wstała.

Wstał z nią, ale kiedy się odwróciła, złapał ją za dłoń, ściskając lekko, nim ją puścił. 

- Odwaga - powiedział tylko, a ona pokiwała ze zrozumieniem. 



Wyjeżdżał już następnego ranka, i żegnał się przy choince, trzymając George’a o jedno uderzenie serca dłużej niż innych; uniósł z łatwością Ginny i pocałował z plaśnięciem jej nos; dał rodzicom niedźwiedzi uścisk, podczas gdy Molly błagała go, by był ostrożny i ostrzygł się. 

Hermiona pozostała za to w tyle i z boku, wtykając nerwowo pasma włosów za ucho, nienawidząc swojej niepewności. Wreszcie zamknął ją w ciepłym, mocnym uścisku, odwracając twarz od swojej rodziny, gdy pocałował ją w skroń. Zatrzymał się na dłużej ustami przy uchu, a ciepły oddech łaskotał przyjemnie po szyi. 

- Napisz do mnie - szepnął. 

Przytaknęła, gdy się od niej odsunął. Wziął kilka kroków do tyłu i sprawił, że zaśmiała się krótko, gdy do niej mrugnął z dużą przesadą. Oplotła się ramionami, trzęsąc się, gdy drzwi zatrzasnęły się za Charliem, a zimne powietrze wkradło się do domu. 



WESOŁYCH ŚWIĄT!

5 komentarzy:

  1. O raju! Nie dziwię, że się zakochałaś od pierwszej linijki, bo ja tak samo! To jest dokładnie to, czego szukam w tekstach. Mają być jakąś głębię, mają mieć przekaz i emocje, czasami mają mnie gdzieś tam głęboko boleć i pobudzać. Jeju, ta mini „miała mnie” od samego początku, począwszy od zdenerwowanej Hermiony, od rozwodnionej czystości, a właściwie od sposobu, w jaki to wszystko zostało opisane, po ten jeden fragment, który zatrzymał mnie na chwilę dłużej:
    „Rozmowy takiego rodzaju mogą się zdarzyć tylko w takich chwilach, w zaciemnionym pokoju, z rozpalonym kominkiem dla ciepła, i pomiędzy dwójką ludzi, którzy się znają, ale nie są specjalnie blisko. W tych drżących godzinach wczesnym rankiem, gdy cichy głosik, który starasz się wyciszyć, szponami toruje drogę na zewnątrz.”

    Te wszystkie metafory, ogień żarzący się w piersi – u w i e l b i a m całą sobą. Gdy Charlie powiedział, że nigdy nie czuł się z kobietą tak jak ze smokami, że właśnie tych emocji mu brakowało, tak bardzo, bardzo mocno chciałam, żeby odnalazł to z Hermioną. I w sumie to widzę ich razem w tej mini. Charlie taki niebezpieczny trochę, taka enigma właśnie, coś nieznanego dla Hermiony, charakter, osobowość, która ją pociąga właśnie dlatego, że jest nieznana. Ciekawią mnie emocje Charliego, bo jednak historia jest opowiedziana z perspektywy Granger. W ogóle sam początek, gdy Charlie wchodzi z przekleństwami na ustach, bo nie jest w pobliżu matki, to że jest taki nonszalancki, twardy od pracy, którą wykonuje, z tatuażem na plecach – mrrr, CHCĘ GO WIĘCEJ!

    Wszystko to się tak ładnie ułożyło. Lavender i oddalający się Ron, Charlie, który znajduje drugą osobę równie samotną jak on. Hermiona, która niby ma rodzinę Weasleyów przy sobie, ale jednak nie czuje się jej częścią, nie w święta.

    I końcówka – no nie, czemu to się tak STRASZNIE SZYBKO skończyło? Chcę więcej i więcej, chcę wiedzieć, czy… a raczej – co Hermiona mu napisała, chcę wiedzieć, czy odnaleźli sposób na poradzenie sobie z tym ogniem, od którego Hermiona uciekała, a którego Charlie szukał.

    I chociaż to jest tłumaczenie, to słowa są Twoje, ich połączenia i stworzony nimi klimat – to totalnie czuć. :) Tak jak to było czuć w Drastorii i Pink. I na koniec mogę Ci jedynie ogroooomnie podziękować za ten tekst, za czas, który poświęciłaś na jego tłumaczenie, i za dedykację – bardzo mocno się cieszę, że się poznałyśmy! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Borze liściasty. Ten tekst... ten tekst. O matko, brak mi słów.
    Ten tekst jest marzeniem. Uwielbiam Charliego i czuję tak ogromny niedosyt opowieści z nim. Wszystkie czytane przeze mnie shoty są o Charmione, ale to mi nie przeszkadza.
    Ten shot jest tak idealnie przetłumaczony. Jego prostota jest genialna. Czuję ten tekst w całym serduchu. Mam ciarki j nie mam bladego pojęcia co napisać, żeby oddać cały mój zachwyt nad nim. Dziękuję Ci za to opko. Mam nadzieje, że przetłumaczysz jeszcze coś o Charliem bo wyszło ci świetnie!
    Całusy ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko znaleźć coś dobrego z Charliem :<

      Usuń
  3. Mój drogi Święty Merlinie, a dokładnie; droga Irlandko, dziękuję za tak śliczną miniaturkę! :D
    Nawet nie wiedziałam, że tekst z Herm i Charliem może mi się tak spodobać! Śliczny, zaskakujący i taki słodki! Rozpłynęłam się i cały czas uśmiechałam.
    Ja naprawdę nie wiem, skąd ty bierzesz takie cudowne teksty, ale tylko zazdroszczę umiejętności szukania :).
    Życzę dużo weny i chęci na pisanie i tłumaczenia. Mam również nadzieję, że święta minęły Ci w ciepłej, rodzinnej atmosferze.
    Pozdrawiam cieplutko,
    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Merlinem jeszcze nikt mnie nie nazywal ;) nie ma za co, cieszę się, że mini o tej dwojce tak ci się spodobała ❤️
      Coraz ciężej będzie z mieniem jakiś takich mega fajnych miniaturek ;( ale jeszcze kilka mam w zanadrzu. Dlatego czekaj!
      Zaskakująco, te święta minęły bardzo dobrze, chociaż na wariackich papierach xd
      Buziaki ❤️

      Usuń