14 lut 2018

Niech stanie się cud II - Przeznaczenie [M 2-2]




NIECH STANIE SIĘ CUD II - 
Przeznaczenie

Nareszcie. Powiem Wam, że długo męczyłam się z tą mini. Można ją traktować jako kontynuacje Drastorii, albo jako kompletnie odzielnie, bo i tak wszystko się zrozumie. Jednak polecam zapoznać się z poprzednią częścią, jeśli jeszcze jej nie znacie. Dla mnie nie udało mi się pokonać poprzeczki, którą sobie zawyżyłam jedynką, ale może to tylko moje zdanie. Dajcie znać co myślicie w komentarzach (jeśli chcecie!). 

A za to, że w końcu mogłam się podzielić tą historią trzeba podziękować niezastąpionej Hope, która zgodziła się na sprawdzenie błędów, a trochę ich było! 


Pierwszy negatywny test, po miesiącu starania się o dziecko z Harrym, miała nadzieję. Wyrzuciła biały patyczek do kosza w łazience i wróciła do gotowania obiadu. Nic Harry’emu nie powiedziała, gdy wrócił z urwisami do domu.

Nie płakała.

Drugi negatywny test po kolejnych dwóch miesiącach. Tym razem starali się, stosując zwyczajne mugolskie sposoby, na które Ron nigdy nie chciał się zgodzić, wierząc ślepo w magię. Uniesienie bioder po każdym stosunku, kalendarzyk, sprawdzanie najbardziej płodnych dni. I tylko obietnica Harry’ego, że pójdą do mugolskich lekarzy, utrzymała jej nadzieję żywą. 

Jeszcze nie płakała.

Trzeci negatywny test. Zrobiła go chyba tylko po to, żeby potwierdzić to, co już i tak wiedziała. Tabletki przepisane przez lekarza w niczym jej nie pomogły. Sześć miesięcy faszerowania się lekarstwami, które miały jej pomóc, były niepotrzebne, zmarnowane. Z naturą nie zawsze da się wygrać, rozumiała to, dlatego jej nadzieja słabła z każdym kolejnym wyrzuconym patyczkiem.

Rozpłakała się, gdy Harry zamknął ją w swoich ramionach i zaczął głaskać po włosach.

Czwarty negatywny test — ostatni — zrobiła po prawie dwóch latach. Walczyli i oni, i lekarze. Spróbowali wiele metod mugolskich, czarodziejskich i nic. W końcu po czterech latach prób zrozumiała, że nigdy nie będzie miała swojego własnego, małego szczęścia.

Przepłakała długie dni i noce, a Harry wraz z nią. Bo tak bardzo, jak ona chciała mu dać czwarte dziecko, tak bardzo on chciał dać jej pierwsze.



Z uśmiechem na czerwonych ustach, wpatrywała się w słodką buźkę Słodyczki.

— Cześć, cudzie, ciocia się stęskniła, tak stęskniła się za tobą, właśnie za tobą — zagugała wesołym głosem do budzącej się dziewczynki. Szare oczy, identyczne jak te, które szkolnych wywoływały w niej same najgorsze emocje, wpatrywały się w nią z bystrością, jakiej nie powinno mieć kilkunastomiesięczne dziecko.

— Czasem mam wrażenie, że utrzymujesz z nami kontakty tylko po to, żeby mieć dostęp do Mireille — usłyszała Hermiona.

Spojrzała na opierającego się o framugę byłego Ślizgona. Przez ramię miał przewieszoną marynarkę, a dłonią poluźnił szary krawat. Zdziwiona spojrzała w stronę zegarka na nadgarstku i odkryła, że jej praca niani dobiegła końca.

— Słyszałaś go, Mireille? — zapytała rozbawiona. — Zachowuje się, jakby to był jakiś sekret.

— I że ją lubisz bardziej niż mnie.

— To raczej oczywiste, ona nie jest dupkiem — powiedziała i zaśmiała się, widząc, jak przewraca oczami.

— Słyszałem, że Potter dalej jest na tej niespodziewanej misji? — zapytał, a kiedy odpowiedziała skinieniem głowy, dodał — W takim razie zostaniesz z nami… Pottera nie ma, dzieciaki u rudej, a z nami nie będziesz się nudzić! — Zrobił kilka kroków, które doprowadziły go do kanapy, na której siedziała Hermiona i zabrał jej z rąk śliniącą się dziewczynkę. — Co ty na to, Mi? Przyda nam się damska dłoń, gdy mama jest na wakacjach?

Odpowiedział mu perlisty, niemowlęcy śmiech i westchnienie Granger, które kompletnie zignorował.



— Z drugiego pokoju słyszę, jak ci zębatki pracują, Granger. Wręcz widzę, jak parują.

Podskoczyła zaskoczona, gdy z zamyślenia wyrwał ją lekko sarkastyczny głos jej byłego wroga, a od dwóch lat w pewnym sensie przyjaciela.

Westchnęła.

— Długo już tu jesteś? — zapytała.

Usłyszała ciche kroki i poczuła ciepło ciała, gdy stanął zaraz za nią przy oknie, przez które, od przeszło dwudziestu minut, wyglądała. Przyglądała się przez nagrzaną od słońca szybę Harry’emu i wszystkim ich przyjaciołom, którzy przyszli świętować z nimi kolejne urodziny jej męża.

Miała skoczyć do środka tylko po lemoniadę, którą przygotowała wcześniej, by wszyscy mogli się ochłodzić w ten upalny dzień czymś więcej niż tylko piwem. Jednak usłyszała śmiech Harry’ego i na niego spojrzała. Trzymał małą Mireille pod pachami i kręcił nią w kółko w powietrzu nad sobą. Dziewczynka z czerwoną buzią śmiała się pełną piersią, zaciskając oczy i wymachując małymi piąstkami i nóżkami z zadowolenia.

Hermiona nie od dziś wiedziała, jak niesamowicie radził sobie z dziećmi, w końcu widziała go nieraz z Lily i chłopcami. Jednak kiedy zaczęli się z Harrym spotykać, dzieciaki już dawno nie były maluchami

To Ginny widziała, jak rozklejał się za każdym razem z czystego szczęścia, gdy po raz pierwszy trzymał każde ze swoich dzieci, jak krok po kroku odnajdywał się w nowej roli bycia tatą, jak tulił małe ciałka otulone w kolorowe kocyki tuż przed sfałszowaniem kołysanki i ułożeniem ich do łóżeczek. To Ginny dała mu trójkę skarbów, które Hermiona kochała jak swoje własne, ale wciąż pragnęła urodzić mu dziecko, które byłoby tylko ich, z ich miłości. Nawet kiedy wiedziała, że nie może.

— Zbyt długo — odpowiedział jej Draco. — Zostawiłaś mnie tam na dobre pół godziny, wiedząc, że jedyne osoby, które toleruję, to moja półtoraroczna córka znająca trzydzieści słów, gdzie używa tylko dziesięciu; żona, która ma większe huśtawki nastrojów, niż gdy była w ciąży i Potter, który za bardzo wczuł się w rolę wujka.

Mimowolnie parsknęła śmiechem. Ponieważ nie było osoby w magicznej części Wielkiej Brytanii, która nie wiedziała, jak bardzo zakochany w swojej własnej córce był Draco Malfoy, a on tu mówił o ledwie tolerowaniu jej. Tak samo już wszyscy wiedzieli, jak dobrymi przyjaciółmi stali się Dracon z Harrym, zwłaszcza gdy obaj zdecydowali, że Mireille dostanie dożywotni zakaz na chłopców.

Co do jednego miał rację, Astoria w ostatnich tygodniach była podłą jędzą.

— Może powinniśmy sprawdzić, czy znowu udało ci się oddać złoty strzał — powiedziała i ponownie parsknęła śmiechem, by po chwili znów spoważnieć, spoglądając na Harry’ego.

Właśnie posadził jej chrześniaczkę w przenośnym krzesełku do karmienia i z uśmiechem przyjął od Astorii pojemnik z jakąś przekąską, by w towarzystwie Lily nakarmić małą dziewczynkę.

— Więc… co cię trapi?

Westchnęła ponownie, chwyciła tacę z dzbankiem i szklankami i, pierwszy raz odkąd Draco wrócił do ich życia, skłamała.

— Nic.



Czuła się okropnie, bo była złą przyjaciółką.

Nie raz odczuwała zazdrość.

Na pierwszym roku w Hogwarcie zazdrościła dzieciom z magicznych rodzin tego, jak szybko i łatwo zaaklimatyzowali się w nowym otoczeniu, a także, że nie musieli nic nikomu udowadniać. Zazdrościła im należenia do tego magicznego świata, na które ona musiała ciężko pracować.

Na trzecim i czwartym roku zazdrościła Ronowi, bo Harry był przede wszystkim jego przyjacielem, dopiero później jej. Zawsze stawał po jego stronie, nawet gdy oboje wiedzieli, że to ona miała rację. Bolało ją to, zwłaszcza że robiła wszystko dla dobra Harry’ego, nawet kiedy tego nie widział. Szczerze powiedziawszy, to była jedyną osobą, która nigdy go nie zostawiła ani się od niego nie odwróciła. Nawet kiedy wiedziała, że robił źle.

Na piątym roku poczuła zazdrość o to, z jaką łatwością Harry umiał przekonać ludzi do słuchania go. Ona nie raz i nie dwa musiała powtarzać, tłumaczyć, a i tak mimo dużej ilości poświęconego czasu, ludzie ją najnormalniej w świecie ignorowali. Ta zazdrość nie należała do najbardziej racjonalnych, o czym wiedziała, ale czuła ją tak samo mocno.

Na szóstym roku… Widząc pocałunek Rona z Lavender, poczuła palącą, wściekłą zazdrość. Myślała, że pojawiła się przed nimi nadzieja, jakaś iskierka, z której bezlitośnie ją obdarł, gdy owinął swoje długie, piegowate ramiona wokół głupiej blondynki. Ta zazdrość była najgorsza, a przynajmniej tak jej się wydawało. 

Ale to dzisiaj po raz pierwszy ta emocja dała jej się we znaki tak dotkliwie. Czuła, jakby nie zasługiwała na przyjaźń Astorii przez tę zazdrość, którą można było od Hermiony wyczuć na kilometr.

Zamknęła za sobą drzwi od domu i ignorując nawoływanie Harry’ego i Lily, pognała do góry. Łzy, które próbowała powstrzymać w klinice przy badaniu Astorii, zakręciły się niebezpiecznie i wypłynęły na zaczerwienione policzki.

Czuła się tak strasznie.

Zsunęła spódnicę na ziemię i otworzyła drzwi do łazienki. Ściągnęła marynarkę i weszła do środka. Chciała rozpiąć koszulę, ale dłonie tak jej drżały, że małe perełki wyślizgiwały się spomiędzy palców. Zirytowana zostawiła bluzkę i weszła pod zimny strumień wody.

Potrzebowała oczyszczenia z palących ją złych emocji.

Kiedy Hermiona po długich dwudziestu minutach nie zeszła na dół na obiad, który wiedziała, że miała przygotowywać sama Lily (z niewielką pomocą taty), Harry zaniepokojony wszedł do ich pokoju. Pierwsze co zobaczył to niechlujnie rzucona na ziemię spódnica i marynarka. Usłyszał szumiący prysznic, więc skierował się do łazienki. Hermiona siedziała na czarnych kafelkach, jej zazwyczaj złocista skóra była przeraźliwie blada, a biała bluzka kompletnie prześwitywała.

— Nia? — powiedział, wyłączając zimny strumień wody, od którego nawet na odległość włoski stanęły mu dęba. Dopiero wtedy usłyszał pociąganie nosem i cichy płacz. — Hermiona? — zapytał ponownie, a w głosie można było wyczuć rodzącą się panikę.

Hermiona nie była osobą, która uciekała, by płakać, a gdy coś ją trapiło, zawsze umiała znaleźć w Harrym oazę i wsparcie.

— Ast… storia jest w… w cią… ży.

— Och, Nia… — szepnął. Schylił się i nie bacząc na to, że kobieta jest przemoczona, wsunął ręce pod jej plecy i kolana, i przytulił do siebie, unosząc. Wyszedł z łazienki i skierował swoje kroki do łóżka, na którym ułożył zziębniętą Hermionę. Nakrył ją kocem i zbiegł szybko na dół, równocześnie wyciągając z kieszeni telefon.

— Ginny? Potrzebuję, byś zajęła się na kilka godzin dziećmi. Zdaję sobie sprawę, że dzwonię trochę niespodziewanie, ale mam pewien problem i nie mogę się nimi zająć. 



Harry wyślizgnął się spomiędzy dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu. Jak tylko udało mu się uspokoić Hermionę, co potrwało ze trzy godziny, w ciągu których usłyszał wiązankę przekleństw bardziej soczystą niż Syriusza kiedykolwiek, dowiedział się, jak straszną jest przyjaciółką, bo nie potrafiła się cieszyć szczęściem Astorii. Dodała też, że na niego nie zasługuje i zażądała, żeby przyprowadził ich dzieci z powrotem do domu. 

Wsunął na nogi dresy i upewniając się, że obie jego dziewczyny są opatulone kołdrą, teleportował się z cichym pyknięciem.

Pojawił się w Dziurawym Kotle, którym zarządzała teraz Hannah, żona Nevilla, i wiedział, że może liczyć na prywatną rozmowę. Skierował się do ich stolika i zobaczył, że były Ślizgon już na niego czekał ze szklanką whiskey.

— Na zegarku się nie znasz, Potter? — zapytał, nim zdążył usiąść.

— Słyszałem, że należą ci się gratulacje — odpowiedział, ignorując wypowiedź Dracona.

— A ja słyszałem, że twoja wszystko wiedząca żona aż się popłakała ze wzruszenia. Zastanawiam się tylko, dlaczego próbowała to ukryć, bo gdy pierwszy raz popłakała się ze szczęścia, uwiesiła się na mojej szyi jak małpa drzewa.

Harry chrząknął skrępowany, już zastanawiając się, jak powiedzieć Hermionie, że wcale nie ukryła bólu spowodowanego faktem, że Malfoyom znów udało się zajść w ciążę. Zwłaszcza że wcale się o nią specjalnie nie starali.

— Nie chcesz, nie mów, ale w domu mam buzującą hormonami żonę, która z wizyty z Granger wróciła wręcz rozhisteryzowana, bo cytuję “Hermiona jej nienawidzi do tego stopnia, że nie umiała utrzymać pokerowej twarzy przez dziesięć minut” — powiedział Draco, na końcu imitując akcent swojej żony. Harry wiedział, że Malfoy w ten sposób próbował ukryć, jak bardzo był zdenerwowany faktem, że Hermiona wzbudziła w niej takie emocje. Hermiona, która zazwyczaj była mostem łączącym wszystkich dookoła nich.

— Skończ — warknął cicho. To, że Draco czegoś nie rozumiał, nie dawało mu prawa, by używał takiej złośliwości do osoby, którą w tajemnicy nazywa przyjaciółką. Wystarczyło, że Harry jako gówniarz nigdy nie bronił jej przed Ronem, nie zamierzał teraz popełniać tego błędu z byłym Ślizgonem. — Ty w domu masz ciężarną buzującą hormonami, a ja mam kobietę, która chce nimi buzować, odkąd skończyła dwadzieścia lat.

— Potter — powiedział Draco, ale Harry nie dał sobie przerwać, czując palącą wściekłość w żyłach.

— Przepraszam w jej imieniu za to, że Astoria poczuła się przez nią źle, bo nie tego chciała Hermiona. Walczyła mocno, by się tam nie popłakać i dlatego nigdy nie wypomnisz jej tej sytuacji. Wystarczająco dużo dziś się nasłuchałem, jak zapłakanym głosem mówiła, że się sobą brzydzi, bo jest złą przyjaciółką. Więc skończ, zamknij tę bladą jadaczkę i nigdy więcej nie używaj tego tonu, gdy o niej mówisz. Nie jesteś już tym rozkapryszonym Ślizgonem, a Hermiona jest twoją najlepszą przyjaciółką.



Niepewnie spojrzała na czarną pół limuzynę. Z tyłu przed drzwiami samochodu stał Gus w eleganckim szarym garniturze z czarnymi okularami na nosie i beretem szofera.

— Pani Potter — powiedział, otwierając drzwi.

— Gus — odpowiedziała w geście przywitania i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. Ścisnął ją lekko, próbując dodać jej otuchy, widząc, jak blada jest na twarzy, po czym pomógł jej wsiąść do środka.

Przywitała ją grobowa cisza i penetrujące spojrzenie szarych oczu, których unikała od przeszło dwóch tygodni. Kiedy Harry wrócił z baru, widziała, że był zły i miał ostrą wymianę zdań z Draconem, o której milczał jak zaklęty. Ale ona wiedziała. Astoria wiedziała. Draco był zły. A ona nie umiała spojrzeć mu w oczy. Teraz też. Dlatego spuściła wzrok na jego złożone dłonie, które na tle ciemnogranatowych spodni od garnituru były jak zawsze niecodziennie blade. Nim się spostrzegła, długie palce wplotły się w plątaninę jej włosów, gdy dłonią chwycił ją za tył głowy. Przesunął się na skraj siedzenie, równocześnie zmuszając ją do zrobienia tego samego.

Kiedy kobiece, nagie kolana obiły się o te w szorstkim materiale, odważyła się unieść wzrok i spojrzeć w szare oczy przyjaciela. Choć wyraz twarzy nie zdradzał nic, to właśnie w oczach mogła zobaczyć poczucie winy i wstyd oraz współczucie wymieszane ze smutkiem.

— Granger, kto cię nazwał następczynią Roweny, chyba nie rozumiał, że jesteś prawdziwą Gryfonką — szepnął, opierając swoje czoło o jej.

Zaśmiała się mimowolnie, czując rozluźniające się mięśnie i ulgę nie do opisania.

— Przepraszam…

— Nie przepraszaj, ja powinienem. Twój mąż przypomniał mi, że jesteś moją przyjaciółką i tak jak ty mi pomogłaś, ja chcę pomóc tobie.



Pierwszy raz od długiego czasu widziała zdenerwowanie na twarzy przyjaciela, gdy ten otworzył przed nią drzwi od luksusowego samochodu. Chwyciła wyciągniętą dłoń i z jego pomocą wydostała się na zewnątrz. Zatrzymali się przed domkiem jednorodzinnym, był większy niż dom Dracona czy jej, ale wciąż mniejszym od tego, w którym mieszkali państwo Malfoy.

— Gdzie jesteśmy? — zapytała, ale Draco sięgnął tylko po dłoń Hermiony i pociągnął w stronę otwierających się niebieskich drzwi.

Czekała w nich niska kobieta w fartuchu z dwuletnim dzieckiem na rękach. Kiedy tylko znaleźli się obok, dziecko wykrzyknęło imię Malfoya i wyciągnęło ręce w jego stronę.

— Brian, przestań już — skarciła go delikatnie kobieta. — Draconie, witaj, nie wiedziałam, że dzisiaj przyjedziesz.

— Mała zmiana planów, sam do końca nie wiedziałem, czy tutaj skończę — odpowiedział, zabierając od niej dziecko, które od razu ułożyło główkę na jego ramieniu. — Położę go do spania.

— Rozumiem. To ja wracam do kuchni — mruknęła, po czym spojrzała na śpiące już dziecko i pokiwała tylko głową.

Odwrócił się w stronę schodów i gestem głowy nakazał Hermionie iść za nim. Gdy znaleźli się na piętrze, na chwilę weszli do pokoju z dwoma łóżeczkami. Hermiona nie mogła się napatrzeć na byłego Ślizgona, gdy tak delikatnie układał małe ciałko w ciepłej pościeli. Nie raz widziała, jak robił to ze Słodyczką, ale ona była jego córka, jego krwią. Inne dzieci działały na niego zazwyczaj jak płachta na byka. Chyba że znajdowały się metr od niego, nie krzyczały i nie śliniły się. Wtedy dzieci tolerował.

— Po trzecim poronieniu zacząłem rozważać inne opcje. Astoria nie wie. Nie chciałem, by myślała, że sam uważam ją niezdolną do dania mi wymarzonego „dziedzica” — powiedział, robiąc palcami znak cudzysłowu. — Zacząłem szukać w sierocińcach magicznego dziecka, które potrzebowałoby nas tak samo, jak my jego. — Draco zamilkł i położył dłoń na dole jej pleców. Delikatnie popchnął ją do wyjścia i poprowadził do innych zamkniętych drzwi znajdujących się na piętrze. — I znalazłem, ale ty zgodziłaś się nam pomóc. A Margareth została adoptowana. Mimo tego wciąż szukałem dzieci obdarzonych magicznymi zdolnościami. Spodobał mi się pomysł adopcji. Ale… ale Astoria znowu jest w ciąży i po rozmowie z Potterem doznałem olśnienia.

— Brzmisz jak Trelawney — odparła, starając się złamać tę nutkę nostalgii, którą wyczuła w słowach przyjaciela. Wiedziała, że właśnie podzielił się jednym z największych sekretów, jakie skrywał. Nie żadnym z ciemnej przeszłości, ale tym najbardziej prywatnym, skrywanym przed światem, najbliższym jego sercu, tym, którego mógł się wstydzić i obawiać.

— Zawsze jest wyjątek od reguły. Może tak jest i teraz. Może mamy swoje przeznaczenia. Może Tori miała zajść w ciąże. Może to przeznaczenie próbuje powiedzieć nam, że to nie my mamy zmienić czyjś świat. Może jakaś inna siła w ten sposób pokazuje, że to właśnie ty, ty i Potter macie zmienić ich życie.

— Ich?

— Ich — powiedział i otworzył drzwi.



Po cichu weszła do domu, a słysząc śmiech dzieciaków, przystanęła w progu salonu. Słodka Lily siedziała po turecku przed ławą, bawiąc się konikami pony, a jej bracia siedzieli na kanapie. Zamiast z uwagą oglądać Avatara, którego widzieli dziesiątki razy, śmiali się i rzucali w siebie popcornem — coś, czego nienawidziła, bo sól rozsypywała się wtedy po całej kanapie.

— Chłopaki, uspokójcie się, Nia się spóźnia, ale jak wpadnie i zobaczy ten latający popcorn, to będziecie odkurzać cały salon — usłyszała pouczający, a przy tym pobłażliwy głos Harry’ego.

— Wystarczy, że użyjesz różdżki jak ostatnioooo, tato! — krzyknął, przeciągając samogłoskę James, po czym rzucił poduszką w głowę młodszego brata.

— No ładnie, ładnie — zacmokała, a cztery pary oczu zwróciły się w jej kierunku. — Szybko sprzątać mi ten popcorn — powiedziała rozbawiona, wchodząc do salonu. Przechodząc koło szczerzących do niej zęby chłopców, pochyliła się nad nimi i wycałowała w policzki. — Jak ci minął dzień u taty w pracy, kwiatuszku? — zwróciła się do Lily.

Usiadła za dziewczynką na dywanie, oplatając jej małe ciałko rękoma i mimowolnie się uśmiechnęła, czując jak Lily rozluźnia się w jej ramionach. Od ostatniej próby zajścia w ciążę minęły ponad dwa lata. Myślała, że oswoiła się już z myślą bycia tą „drugą” mamą, a lepszych dzieci, niż swojego męża, nie mogła dostać.

Urwisy niesamowite.

Psotny James, który zdecydowanie odzwierciedlał swoich imienników, wygłupiał się, emanował pewnością siebie i sprytnie wykaraskał z nie jednych kłopotów. Albus, który po rozwodzie swoich rodziców przylgnął do niej, godzinami mógł się z nią przytulać i czytać. I słodka Lily — oczko w głowie ojca, roztaczała wokół siebie aurę szczęścia, nie dało się być z nią smutnym.

Mimo że nie byli jej, to kochała je całym sercem i nie wyobrażała sobie, by Ginny zabrała je do siebie, tak jak tego chciała przy rozwodzie. Kiedy bardzo rzadko – przez ciągłą grę Ginny w Quidditcha – weekendy spędzali u matki, robili to bardzo niechętnie. Dom wydawał się bez nich pusty, a Harry i Hermiona, zamiast cieszyć się ciszą oraz chwilą wytchnienia, snuli się po kątach. Uwielbiała, że to w niej szukali ciepła i oparcia, chociaż często czuła się winna, zwłaszcza gdy w trudnych chwilach dzieciaki potrafiły nazwać ją mamą. Harry powtarzał jej, że jest głupia, bo każde z nich doskonale wiedziało, kto jest ich biologiczną matką, ale z bycia mamy Ginny zrezygnowała dawno. I to nie była wina Hermiony, że uważali właśnie ją za tę upragnioną mamę. 

— Super! Dziś miałam bardzo, bardzo ważne zadanie! — wykrzyknęła podekscytowana siedmiolatka.

— Tak? A cóż to takiego ważnego robiłaś?

— Przybijałam stemple do wosku na listach! Zrobiłam super robotę, prawda, tatuś?

— Super robotę — potwierdził Harry, śmiejąc się. Hermiona przewróciła oczami i nachyliła się w jego stronę, by pocałować go w usta.

Czy potrzebowali więcej, niż mieli?

A może powinna na to spojrzeć inaczej. 

Może oni wcale nie potrzebowali więcej. Bo pogodzili się z myślą, że nie dane jest im mieć dziecka zrodzonej z ich dwójki. Wciąż mieli trójkę najlepszych dzieciaków, jakich można było chcieć.

Ale co jeśli ktoś potrzebował ich?

Posiadanie większej ilości dzieci nie było problemem, w końcu zdecydowali się wcześniej na powiększenie rodziny. A mieli sposobność. Oboje byli na takim etapie swoich karier, że były to pewne i stabilne pozycje. Harry od dwóch lat zarządzał Biurem Aurorów, dzięki czemu więcej czasu mógł spędzać w domu i często nie musiał brać udziału w misjach, a ona nie drżała już ze strachu za każdym razem, gdy wychodził do pracy. Jej klinika, którą otworzyła z pomocą Dracona – prezent, jak to lubił powtarzać – miała się dobrze. Pieniędzy im nie brakowało, Harry wręcz marudził czasami, że ze skrytki, zamiast ubywać, to tylko przybywa i w życiu tego nie wydadzą.

Mogli to zrobić, prawda?

„Może to przeznaczenie próbuje powiedzieć nam, że to nie my mamy zmienić czyjś świat. Może jakaś inna siła w ten sposób pokazuje, że to właśnie ty, ty i Potter macie zmienić ich życie”.

W głowie zabrzmiał jej głos przyjaciela. To, z jaką pewnością i przekonaniem to powiedział. Jak bardzo wierzył w to, co mówił.

— Hermiona? — usłyszała z oddali głos męża, a kiedy potrząsnęła głową i spojrzała w jego szmaragdowe oczy, zrozumiała, wiedziała.

W ich życiu było wystarczająco dużo ciepła i miłości, by obdarzyć nimi jeszcze więcej osób. Zrozumiała też, że z nim u swego boku była gotowa na wszystko. Bo był jej przyjacielem, mężem, oparciem, najlepszym tatą dla ich dzieci.

— Adoptujmy — powiedziała i nie musiała długo czekać, by zaskoczenie ustąpiło miejsca szerokiemu uśmiechowi.


18 sty 2018

Sowia Poczta




Cześć! Mam nadzieję, że święta minęły w dobrej atmosferze, a Nowy Rok przygotowaliście z hukiem! 

Ktoś tu jeszcze jest, zagląda, czeka na jakąś nowość? Jeśli tak to super, i kłaniam się nisko przepraszając, ale to chyba tradycja będzie, że po wrześniu łapię takie wielkie przerwy w publikowaniu! Ale mam nadzieję, że jak już odetchnę po grudniu (tak jeszcze nie doszłam do siebie, ponad 120 godzin w dwa tygodnie! -never again) to wrócę ze zdwojoną siłą. Jestem na etapie, że dłonie wciąż mam tak... słabe, że bolą i trzęsą się, cierpię na jakąś bezsenność - kręcę się jak głupia i nie mogę znaleźć sobie miejsca w wielkim łóżku, a wieczorami mój mózg chyba zapomina do czego służy. Nie umiem sklecić nic sensownego do żadnych z opowiadań, ani tłumaczenia mi nie idą. 

Teoretycznie mam dla Was drugą część Niech stanie się cud, którą jestem mega podekscytowana, nawet jeśli nie dorasta nawet do pięt swojej poprzedniczce, ale nie zawaliłam jej! Z czego się mega cieszę, bo powiem wam, że ta Drastoria podniosła poprzeczkę nieźle. Macie może jakieś pomysły na podtytuł dla pierwszej części? Dajcie znać. 

Tymczasem pozdrawiam ;* 

21 wrz 2017

Sekretarka Diabła I

SEKRETARKA DIABŁA I 

Tytuł: The Devil's Secretary
Autor: frostykitten
Autor tłumaczenia: Vixen
Beta: Katja

Zgoda: Jest

Fandom: Harry Potter
Para: Dramione
Gatunek: Humor/Romance
Rating: T
Status: Zakończone
Rozdział: 1 z 7




Source: FanFiction.net
Cześć, Kochani! Przybywam do was po wakacjach, pełna teoretycznej energii (bo pracować to mi się nie chce) z nowym tłumaczeniem. Nie jest tak długie, jak TTN i... JEST ZAKOŃCZONE, a do tego jest śmieszne, a ostatnio właśnie mam ochotę popisać taki gatunek, ale sama specjalnie śmieszna nie jestem i raczej niemrawo mi idzie takie pisanie. Stąd tłumaczenie opowiadania, które wcale nie jest ambitne, ani żadnym odkryciem i nie ma w sobie nic nowego. Ale wciąż jest przyjemne. Wieczorem dodam podstronę z wszystkimi informacjami do niego, so stay tuned! : ) 


Betowała niezastąpiona Katja! 



Hermiona nie miała szczęścia. Magiczny Świat przechodził ostatnio ciężkie chwile, przez co została zwolniona ze swojej pracy w Ministerstwie. Ta strata zmusiła ją do poszukania nowego źródła utrzymania, zwłaszcza że w tej chwili rynek pracy był naprawdę ubogi. 

Percy Weasley przyszedł do niej osobiście, by dostarczyć złe wieści, zamiast wysłać zwykłą adnotację, którą dostała reszta pracująca w jej departamencie z powodu zatwierdzonych odgórnie cięć w budżecie. On sam był bardzo miły, położył dłoń na jej ramieniu w geście pocieszenia, co sprawiło, że chciała się odsunąć choć minimalnie. Percy nawet w swoich najlepszych momentach był dziwną osobą i pocieszanie nie należało do jego mocnych stron, jednak sam gest był niezmiernie słodki i to, że próbował, było po prostu miłe. 

Przyjaciele i rodzice zapraszali Hermionę do zamieszkania z nimi przy każdej okazji, jaka się nadarzyła, tak, by mogła wynająć swoje mieszkanie i mieć dzięki temu jakiś dochód. W tym czasie ona sama mogłaby spokojnie szukać nowej pracy. Jednakże byłej Gryfonce wydawało się to zbyt bliskie dobroczynności, a tego zaakceptować nie mogła. Najzwyczajniej w świecie była na to zbyt dumna. Może skorzystałaby z oferty, jeśli jej sytuacja by się znacznie pogorszyła, ale wierzyła i miała nadzieję, że do tego nie dojdzie. Hermiona Granger była samowystarczalna i nie chciała tego zmieniać. 

Zdawała sobie sprawę, że sięgnęła dna, kiedy ubrana na rozmowę kwalifikacyjną, znalazła się przed wejściem do wielkiego budynku Malfoy Industries. 

Z tydzień temu wysłała CV i w podejrzliwie krótkim czasie dostała entuzjastyczną odpowiedź. Gdyby Hermiona nie była tak bardzo zdesperowana, nawet przez myśl nie przeszłoby jej składać podanie w miejsce, gdzie istniało duże ryzyko spotkania twarzą w twarz z Malfoyem. 

Wzięła uspokajający wdech, nim otworzyła wielkie, szklane, złote drzwi ostentacyjnego budynku i weszła. Wnętrze było tak samo przesadzone, jak zewnętrzna część budynku. Wszystko marmurowe, a do tego wzdłuż ścian przez całą drogę do recepcji znajdowały się potężne filary. Będąc szczerą, to właśnie tego spodziewała się kobieta po budynku zarządzanego przez Malfoya. 

Pewna siebie, z uśmiechem na ustach podeszła do biurka, za którym siedziała kobieta. 

— Nazywam się Hermiona Granger i mam umówione spotkanie z panią Woods — powiedziała lakonicznie. 

Kobieta nawet nie zaszczyciła jej ani jednym spojrzeniem, wciąż wbijając swój wzrok w kiczowaty romans, który czytała. Również ledwo, jakby z łaską, wskazała w stronę windy pomalowanym na krzykliwy, czerwony kolor paznokciem. 

— Piąte piętro. 

Trochę zniechęcona przez niemiłe zachowanie recepcjonistki, Hermiona przeszła obok kobiety i weszła do wnętrza windy. Tak jak wcześniej się nie martwiła, teraz przez rozmach z jakim był urządzony budynek, Hermiona zaczęła czuć iż może być źle ubrana przez praktyczne czółenka na niskim obcasie i konserwatywną spódnicę do kolan. 

To poczucie powiększyło się jeszcze bardziej, gdy po wyjściu z windy zobaczyła czekającą na nią kobietę. Swoje lśniące, czarne niczym heban włosy miała elegancko zaczesane do tyłu za pomocą ozdobnego grzebienia wypełnionego kryształkami. Czarna, krótka sukienka miała wyraziste linie, które wręcz krzyczały “droga i od projektanta”. I nikt nigdy nie użyłby słowa praktyczne do opisania jej szpilek, które idealnie eksponowały pedicure na stopach.

Była Gryfonka czuła się kompletnie nie na miejscu, porównując siebie do kobiety przed sobą. Do tego oceniające spojrzenie, którym przywitała Hermionę kobieta, nie zmniejszyło niezręczności sytuacji. Dezaprobata wręcz wylewała się w stronę byłej Gryfonki. 

— Dzień dobry, jestem Hermiona Granger i miałam się spotkać… 

— Ze mną — przerwała jej kobieta. Ponownie Hermiona poczuła na sobie oceniające spojrzenie, po czym kobieta wymamrotała cicho: — Wolałabym kogoś z poczuciem stylu, ale będziesz musiała wystarczyć. Przejdźmy do rzeczy. Twoimi obowiązkami będą... 

Hermiona była zmieszana. Miała wrażenie, że przyszła na rozmowę kwalifikacyjną, a nie żeby słuchać jakiś obelg pod swoim adresem. 

— Emm, przepraszam, ale nie przyszłam tutaj dziś na rozmowę? 

Pani Wood obdarzyła ją dzikim uśmiechem, który ukazał wszystkie zęby. 

— Jeśli przeżyjesz do końca dnia bez beczenia i rzucania zaklęciami w kogoś — będziesz zatrudniona. 

Wydawało się, że ludzie w Malfoy Industries byli tak samo zachęcający jak i mili. Hermiona nawet nie wiedziała, czemu tak bardzo dziwiło ją, że ludzie tutaj pracujący nie byli wcale przyjaznymi pracownikami — w końcu spójrzmy, dla kogo pracowali. To samo w sobie było wytłumaczeniem. 

Zatrzymały się naprzeciw ciemnobrązowych drzwi z wygrawerowaną, złotą plakietką, która informowała, iż jest to biuro Draco Malfoya, CEO*. Hermiona przeniosła nagle swoje przerażone oczy w stronę kobiety obok niej. 

— Opis pracy nie mówił nic o bezpośredniej współpracy z żadnym z Malfoyów! Założyłam, że będę odbierać wiadomości, zajmować się ksero, a nie mieć jakąkolwiek styczność z CEO!

— Gdybyśmy mówili osobom aplikującym, co będzie ich prawdziwym zadaniem, nie mielibyśmy żadnych chętnych na to stanowisko. A to jest coś, na co nie możemy sobie pozwolić, ponieważ jeśli nikt się nie pojawi, ta robota spadnie na mnie. 

Hermiona była pewna, że istnieje prawo, które zajmowało się kłamaniem w sprawie obowiązków w pracy tylko po to, by zdobyć chętnych na stanowisko, jednak tak długo, jak wypłata będzie się zgadzała, będzie musiała sobie poradzić. 

— Więc czym dokładnie będę się zajmować? — zapytała przerażonym głosem. Nie podobało jej się, że została zrobiona w balona, ale w końcu firma należała do Malfoya, więc czego ona się spodziewała?

— Generalnie będziesz zajmować się naszym kochanym szefem i trzymać go w ryzach. — To zdanie zawierało więcej sarkazmu, niż Hermiona kiedykolwiek słyszała. Nikt nigdy nie włożył przy niej tyle jadu w jedno zdanie. — Jesteś bohaterką wojenną, więc powinno to być jak spacer po parku w porównaniu do pokonania Czarnego Pana. 

Wcale, a wcale nie uszło uwagi pannie Granger, że kobieta użyła zwrotu Czarny Pan, zamiast Voldemort. 

Powiedziawszy to, kobieta otworzyła drzwi i wepchnęła Hermionę do środka i nim była Gryfonka była w stanie wyrazić swój sprzeciw, zatrzasnęła drzwi prawie przed jej nosem. Co dokładnie miała na myśli mówiąc “trzymać w ryzach”? Z tego, co czytała w gazetach, Draco Malfoy był nikim innym jak osobą profesjonalną i przestrzegającą prawa od samego zakończenia wojny. 

Z chwilą, gdy jej oczy spoczęły na postaci znajdującej się za potężnym biurkiem, Hermiona wiedziała, że publiczny image Malfoya istniał tylko dzięki osobie, której miejsce zajęła była Gryfonka. Co więcej, była ona w niej cholernie dobra. 

Garnitur, który miał na sobie, był odpowiedni do pracy, jednak pod marynarką brakowało koszuli, a do tego zauważyła, że nie miał założonych skarpetek do swoich drogich mokasynów. Głowę miał ułożoną na biurku, uniósł ją jednak na dźwięk zamykanych drzwi. Wyglądał tak, jakby ten jeden ruch kosztował go wiele wysiłku.

W taki sam sposób, jak pani Woods, Malfoy zmierzył ją od stóp po czubek głowy z grymasem na twarzy. 

— Przecież mówiłem jej: duże piersi — wymamrotał zirytowany, po czym z powrotem przykleił policzek do blatu biurka, wyglądając na kompletnie niezainteresowanego. 

Hermiona dodała molestowanie do listy rzeczy, które już miała przeciwko niemu.

Z tęsknym spojrzeniem w stronę drzwi, powtórzyła sobie w myślach, dlaczego tutaj stała. Potrzebowała pieniędzy, i to desperacko, a to była najlepiej płatna praca, jaką mogła znaleźć — w sumie to jedyna praca, jaką była w stanie znaleźć. Więc jeśli chciała zatrzymać swoje mieszkanie, musiała dać sobie radę i stać się sekretarką Diabła — czy jak tam oficjalnie nazywała się jej posada.

— A ja nie miałam w opisie pracy nic o niańczeniu dwudziestopięcioletniego dziecka — warknęła w jego stronę. Rozmiar jej stanika nie miał nic wspólnego z tym, jak wykonywała pracę i nie zamierzała pozwolić mu, by sprawił, że będzie źle się czuła z powodu tego, co miała.

Skoro byli na tyle zdesperowani, by zatrudniać ludzi, którym kłamali na temat tego, co będą robić, to ona zdecydowanie mogła pozwolić sobie na wiele, nim ją zwolnią. Przynajmniej miała taką nadzieję. 

— Może i mam w tej chwili gigantycznego kaca, ale nie oznacza to, że możesz odpowiadać mi w taki sposób już pierwszego dnia. 

Nawet nie uniósł głowy z biurka, gdy do niej mówił!

Hermiona oparła dłonie na biodrach i odezwała się głosem, który używała zazwyczaj tylko w stosunku do Rona, gdy zachowywał się kompletnie idiotycznie — nawet jak na niego. 

— Będę traktować cię z szacunkiem, kiedy sobie na niego zasłużysz. Do tego czasu będę mówić do ciebie jak do dziecka, którym stwierdzam, że jesteś. 

— Oficjalnie zabraniam ci używać tego przemądrzałego tonu względem mojej osoby. Znowu zaczynasz przypominać tę hogwarcką, nieznośną dziewczynę, która brzmiała jak...

Nagle przerwał i uniósł głowę na tyle wysoko, by spojrzeć na nią jednym, przekrwionym okiem. To jedno oko obejrzało ją jeszcze raz, by zatrzymać się na wciąż lekko nieokiełznanych lokach, nim rozszerzyło się w szoku. 

— Kurwa, to nie jest mój dzień — powiedział depresyjnym głosem. 

— Malfoy, posłuchaj… — zaczęła, by przerwać, gdy tylko podniósł głowę całkowicie z biurka, wyglądając po raz pierwszy na pobudzonego, odkąd weszła do gabinetu. 

— Nie, to ty posłuchaj, Granger. Pracujesz dla mnie i jako mój pracownik będziesz odnosić się do mnie z szacunkiem, jeśli chcesz dostać wypłatę. Także za godzinę mam spotkanie. Potrzebuję eliksiru pieprzowego* i nowej koszuli. 

O wiele bardziej podobało jej się, gdy był zbyt zmizerniały, by się nią zająć. Ten chwilowy przebłysk, w którym zobaczyła, jakim szefem mógłby być Malfoy, napawał ją przerażeniem odnośnie tego, z czym przyjdzie jej się zmierzyć, skoro kazał jej załatwiać eliksir pieprzowy, ale dało jej też iskierkę wiary w niego jako pracodawcę. 

Spojrzała na niego zaciekle, ale w głębi wiedziała, że nie pozostało jej nic innego, niż zrobić to, co powiedział kretyn. 



— Zero łez! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem — powiedziała czekająca na zewnątrz gabinetu pani Woods, wyglądając na nieco rozczarowaną. — Masz, to jest twoja karta firmy, by zdobyć cokolwiek będzie chciał. Wystarczy, że pokażesz to sprzedawcy, a będą wiedzieć, by dodać rachunek na konto firmy. 

Hermiona zabrała małą, sztywną kartę, użyła windy i wyszła z budynku. Zdała sobie sprawę, że nawet nie zna rozmiaru tego idioty, więc jak mógł oczekiwać, że kupi mu ubrania?

Po krótkim namyśle kobieta zdecydowała, że musi udać się do najdroższego krawca w mieście. Miała duże szanse, że właśnie tam Malfoy robił swoje zakupy, więc krawiec powinien znać jego rozmiar. Miała taką nadzieję. W innym wypadku przejdzie się do najtańszego sklepu, jaki będzie w stanie znaleźć, i kupi mu coś z hawajskim nadrukiem. 



Kiedy do umówionego spotkania Malfoya zostało zaledwie dziesięć minut, Hermiona wbiegła do gabinetu. Włosy miała potargane, a policzki pokrywał najprawdopodobniej wielki, czerwony rumieniec od tego szaleńczego biegu, na który się zdecydowała, żeby tylko zdążyć na czas. 

— Spóźniłaś się. 

Kobieta przewróciła oczami i położyła koszule na blacie biurka. Kupiła kilka, na wypadek gdyby miała jeszcze zdarzyć się podobna sytuacja. Gadka pani Woods pozwoliła jej wierzyć, że nie jest to pierwszy raz, gdy blondyn stawił się w pracy w mniej odpowiednim stanie. 

— Wcale nie. Wciąż masz kilka minut do spotkania. 

Nie mogła nic poradzić na to, że zauważyła twarde mięśnie pleców i torsu, gdy ściągnął marynarkę, w ogóle nie przejmując się, że była obecna w pomieszczeniu razem z nim. Gdyby nie Mroczny Znak ozdabiający jego ramię, na widok którego poczuła chłód, kobieta mogłaby dokonać karygodnej rzeczy i obślinić się na widok dobrze zbudowanego ciała swojego szefa. 

Skończył zapinać guziki koszuli i wyciągnął w jej stronę dłoń po eliksir, który pozbawi go większości objawów kaca. 

Hermiona była ostrożna, by ich dłonie nie zetknęły się ze sobą, gdy podawała mu małą buteleczkę. Nie chciała, by jego wężowata skóra dotknęła jej; dałaby sobie uciąć rękę, że równałoby to się z jakimś Ślizgońskimi bakteriami. 

— Ogarnij gabinet czy coś, jak mnie nie będzie — zawołał, obracając się do niej przez ramię, po czym wyszedł przez drzwi, narzucając marynarkę na ramiona.

— Dowodziłam całym departamentem w Ministerstwie, a jestem zmuszona do pracy sprzątaczki — marudziła. 

Na pierwszy rzut oka gabinet wyglądał całkiem czysto, niestety to spostrzeżenie znikło tak szybko jak się pojawiło, gdy zajrzała pod biurko. 

Znajdowały się tam zwitki papieru, coś, co wyglądało jak niedojedzona kanapka, oraz skórzana aktówka. Zaintrygowana, wsadziła głowę w miejsce pod biurkiem, gdzie zazwyczaj stało wsunięte krzesło i z bliska przyjrzała się teczce. 

Była ona otwarta, więc nie miała problemu z zobaczeniem jej zawartości. Znajdowały się w niej wielka butelka Ognistej Whisky — trzy czwarte wypite, para kajdanek, ananas i stanik, który zdecydowanie był przeznaczony dla piersi dużo większych niż Hermiony. Ani jednego papieru czy dokumentu w tym bałaganie, co powiedziało jej, że Malfoy wcale nie wierzył w przynoszenie pracy do domu. Za to nie miał żadnego problemu z przynoszeniem akcesori po imprezie następnego dnia do pracy. 

Zamknęła aktówkę z odrazą, wyrzuciła papiery z kanapką do śmietnika i rozejrzała po pomieszczeniu, by sprawdzić, czy coś jeszcze mogła uprzątnąć. Po krótkiej inspekcji doszła do wniosku, że reszta gabinetu wyglądała w porządku. Sprzątanie nie widniało w opisie pracy, więc Hermiona nie miała zamiaru udawać zapracowanej, czekając na Malfoya.

Wyślizgnęła się z gabinetu na poszukiwania pani Woods. Niestety kobiety nigdzie nie było, ale w czasie poszukiwań znalazła się przy sali konferencyjnej. Wyglądało na to, że Malfoy robił jakąś prezentację. Mogła to wszystko widzieć dzięki wielkiemu oknu, które zajęło większą część ściany. 

Nie wydawało się, by kac jeszcze go męczył, a gdy zwracał się do ludzi go obserwujących, otaczał się charyzmą i wdziękiem, które sprawiały, że nie sposób było oderwać od niego oczu. Widząc tę scenę na własne oczy, Hermionie było łatwiej zrozumieć, dlaczego był dyrektorem firmy — nawet jeśli należała ona do jego rodziny — skoro był tak nieodpowiedzialną i lekkomyślną osobą.

W tej samej chwili, gdy miała się odwrócić na pięcie i znaleźć sobie coś produktywnego do zrobienia w czasie czekania, szare oczy przyłapały ją na staniu i obserwowaniu ich właściciela. Szybko spojrzała w inną stronę i zawróciła do jego gabinetu, tak szybko jak tylko się dało bez biegu. Sposób, w jaki na nią spojrzał, sprawił, że po jej plecach przeszły dreszcze niepokoju. Zbyt dużo czasu poświęcił przez lata na nauczenie się zakładania na twarz bezemocjonalnej maski, która była nie do rozszyfrowania. Przez to nie była w stanie określić, co w tym spojrzeniu ją niepokoiło, ale w oczach miał błysk czegoś, co wytrąciło ją z równowagi. 

Niedługo po tym Malfoy wrócił ze spotkania. Były Ślizgon przeszedł prawie przez nią, bez żadnego zbędnego komentarza i zatrzymał się przy biurku. Dalej ją ignorując, schylił się po teczkę i wyjął z niej butelkę z bursztynowym alkoholem. 

— Na Merlina, jak ja nienawidzę spotkań.

Z niedowierzaniem i dezaprobatą, kobieta patrzyła, jak nalewa sobie dużą szklankę whisky i wypija ją w kilku szybkich łykach. 

— Nie patrz na mnie tym swoim dezaprobującym spojrzeniem, Granger — powiedział, równocześnie odstawiając szkło z łoskotem na blat. 

Skąd on w ogóle wytrzasnął tę szklankę? Musiał mieć je ukryte w szufladzie na takie okazje.

— Nie patrzeć na ciebie tak, jakbyś właśnie nie wytrzasnął całej prezentacji z tyłka i chodził dumny, jakbyś znał odpowiedzi na wszystkie odpowiedzi, mając na sobie, jak myślę wczorajsze ubranie, do tego bez skarpetek? 

Malfoy skrzywił się i nalał sobie drugą szklankę trunku, tym razem zatrzymując się dopiero, gdy whisky sięgała brzegu szkła. 

— Jeśli chcesz wiedzieć, nie wyciągnąłem jej całej z tyłka, małą jej część przygotowałem, idąc do konferencyjnej. 

Tym razem bursztynowy alkohol zniknął w jego gardle za jednym razem, tak jakby ścigał się sam ze sobą, by sprawdzić, czy uda mu się drugą skończyć szybciej niż pierwszą. 

— Malfoy, jak ty w ogóle funkcjonujesz? — zapytała, czując się sfrustrowana jego monumentalną nieodpowiedzialnością. Przyjście do pracy na kacu było jedną rzeczą, ale picie alkoholu w czasie niej jak zdesperowana ryba potrzebująca wody było czymś całkowicie innym. 

— Wystarczająca ilość Ognistej. Oraz zatrudnianie tak nudnych kujonic jak ty, które używają swoich naturalnych pruderyjnych zdolności do zabicia zabawy i odwalenia roboty. 

Gdy Draco sięgnął ponownie po butelkę, by nalać sobie trzecią szklaneczkę, Hermiona przesunęła się w jego stronę i wyrwała mu ją z dłoni. 

— Oho, obawiam się, że właśnie obudziłeś moje “pruderyjne zdolności” — powiedziała. — Nie powinieneś pić w godzinach pracy, a już nie tak dużo i nie tak szybko. 

— Jaki diabeł wykurzył cię z dziury w Ministerstwie, którą sobie sama wykopałaś? Dlaczego nie mogłaś tam po prostu zostać zamiast zjawiać się tutaj, by być moją osobistą panią męki i nieszczęścia? — zapytał żądającym głosem, do tego brzmiał, jakby był zły. Jednak spojrzenie szarych oczu, utkwione w butelce było bliskie bycia płaczliwym.

— Ministerstwo miało cięcia. Zamknęli mój departament — odpowiedziała szybko, nie chcą pokazać jak wielki smutek czuła, opuszczając jej stare miejsce pracy, by znaleźć się na każde skinienie palca jej prywatnego, dziecięcego wroga, który był dla niej okrutny. 

— Nic straconego. Awansowałaś z żałosnego Ministerskiego drona na osobistą asystentkę dyrektora Malfoy Incorporated. 

— Szczęściara ze mnie — powiedziała z przyklejonym sztucznym uśmiechem do twarzy. 

Zrelaksowana postawa Malfoya powoli znikała, aż pozostawiła za sobą poważnego mężczyznę. 

— Żebyś wiedziała, Granger, że cholerna z ciebie szczęściara. Przypuszczam, że pani Woods musiała być naprawdę zdesperowana, że ciebie wzięła, biorąc pod uwagę listy wysłane przez twoje kochane Ministerstwo, by nikt cię nie zatrudniał. 

Nie czekał na jej reakcję i zaczął grzebać w szufladach. 

— O czym ty mówisz, Malfoy? 

Blondyn zignorował ją na chwilę, ciągle grzebiąc w biurku. Hermiona zaczynała odczuwać frustrację na tyle silną, że miała już go zapytać o to samo po raz drugi, gdy rozciągnął usta w zwycięskim uśmieszku i wciągnął kolejną butelkę Ognistej whisky. 

— Mówię, że mimo tego, iż składałaś dużo aplikacji na różne stanowiska pracy, nie miałaś żadnego szczęścia w zdobyciu ani jednej, mimo tego, że jesteś Hermioną Granger, tak? — Nalał do szkła alkoholu, a ona pokiwała głową. — Dwa tygodnie temu wysłali sowę z rozkazem do Departamentu Zasobów Ludzkich. Wygląda na to, że moi podwładni zatrudnili cię mimo tego, a ja zamierzam na to pozwolić, ponieważ nie byłbym sobą, gdybym odrzucił okazję sprzeciwienia się Ministerstwu w granicach prawa. 

Przez chwilę Malfoy zapatrzył się w szklankę, z której wziął łyka, a kiedy na nią spojrzał z powrotem, zniknął względnie niebezpieczny alkoholik. Hermiona widziała w szarych oczach ślady groźby, która przypomniała jej, że mężczyzna przed nią kiedyś był śmierciożercą. 

— Jednakże, jeśli twoje problemy z ministerstwem w jakiś sposób sprawią kłopot mojej firmie, nie tylko zostaniesz zwolniona. Osobiście dopilnuję, byś nigdy więcej nie dostała żadnej pracy w tym kraju, rozumiemy się? 

Hermiona nie była potulna, ale mając do czynienia z taką intensywnością Malfoya, mogła tylko skinąć głową. 

Usta wykrzywił mu uśmiech, który nie miał nic wspólnego z radością. 

— Dobrze. Oddaj mi whisky i idź do domu. Zostałaś zatrudniona. Widzimy się jutro. 

Była Gryfonka powinna się cieszyć z tego, że zdobyła pracę, ale jedynie co czuła, to ulgę, że nie straci mieszkania. Malfoy najwyraźniej puścił ją wcześniej do domu, więc odwróciła się na pięcie i opuściła gabinet z butelką alkoholu w dłoni. Kretyn mógł rozkazać jej by ją zostawiła, ale jeśli oczekiwał produktywnie pracować, musiała zacząć trzymać go z daleka od procentów. To, i nie chciała by od początku myślał, że będzie jego popychadłem. 


*eliksir pieprzowy - w ang opowiadaniach często jest mowa o eliksirze na kaca, polskiej wersji go nie ma, ale dużo autorów używa także eliksiru pieprzowego na tą dolegliwość.
*CEO - dyrektor generalny. 

3 wrz 2017

NOWE SZANSE | ROZDZIAŁ 13



if you cannot find peace within yourself you will never find it anywhere else.



Szkolne korytarze świeciły pustkami tego wczesnego sobotniego poranka. Głośne szuranie papci odbijało się od ścian, a Lyra ubrana w legginsy i gruby sweter, splatała długie włosy w warkocz. Przystanęła dopiero przed dobrze znanymi sobie drzwiami. Nie siląc się nawet na pukanie, naparła na klamkę i weszła do środka.

W gabinecie panowały taki sam spokój i cisza jak za jego ścianami. Lyra, widząc, że jej mama jeszcze się nie krzątała po pomieszczeniu, westchnęła, po czym skierowała się w stronę sypialni.

Po raz pierwszy widziała, by jej śpiąca matka wyglądała tak spokojnie. Dziewczyna wyszła ze swoich różowych, włochatych papci (które wciąż wywoływały uśmiech u jej Ślizgona) i wślizgnęła się pod kołdrę, dalej wpatrując się w wolną od trosk twarz. Uniosła dłoń i przygładziła niesforne, brązowe loki, mimowolnie się uśmiechając.

Brakowało jej tego. Od tak dawna z własnej woli nie spędzała czasu ze swoją mamą, próbując się pozbyć palącej złości i gorzkiego smaku, które pozostawiły w niej kłamstwa. Wstyd jej było się do tego przyznać, ale nawet by nie wiedziała, że kobieta próbuje poskładać swoje miłosne życie, gdyby nie Hugo. To jej młodszy brat wbił się na imprezę, którą Ślizgoni urządzili, by świętować zwycięstwo ich drużyny z Krukonami — chociaż wbicie się to za dużo powiedziane, bowiem zaproszone były wszystkie domy — żeby odciągnąć ją na bok. Przyciszonym, dosadnym głosem powiedział jej, co myśli o cichych dniach (chociaż to bardziej były już tygodnie, a nie dni) w relacji z ich rodzicielką. Lyra zdawała sobie sprawę z tego, że ignorowanie ich mamy, sprawiało kobiecie wielki ból, wiedziała o tym od samego początku. Jednak w tym całym rozżaleniu, bólu i wściekłości bała się, co mogłaby powiedzieć swojej rodzicielce. Po pierwszym tygodniu doszła do wniosku, że traktowanie jej jak powietrze jest lepsze, niż gdyby miała wybuchnąć i dać się ponieść emocjom. Czasem łatwiej wybaczyć ignorowanie niż ostre słowa, które ciągle pchały jej się na język.

Ale Hugo miał rację. Potrzebowały siebie nawzajem, a kobieta i tak nacierpiała się wystarczająco.

Dlatego próbowała pogrzebać swoje wciąż buzujące emocje, zacisnąć zęby, by wrócić do relacji, jakie miały te kilka tygodni temu.

Czekając, aż powieki uniosą się, ukazując brązowe oczy, Lyra zasnęła, ukołysana cichym tykaniem zegara. Wybudziło ją delikatne głaskanie po głowie i cichy głos, co nucił jej ulubioną kołysankę.

Spojrzała na Hermionę, która była ubrana w mugolskie ciuchy i leżała na boku, podpierając się na łokciu.

— Cześć — wychrypiała blondynka, czując suchość w gardle.

Kobieta stuknęła różdżką w szklankę na szafce nocnej, która napełniła się wodą.

— Hej — odpowiedziała niepewnie, wręczając jej napój. Lyra przyjęła je z wdzięcznością, czując ulgę, gdy popękane usta dotknęły zimnej, orzeźwiającej wody. Kiedy dziewczyna odstawiła szklankę, wciąż się nie odzywając, Hermiona przypominając sobie w myślach, że jest matką i Gryfonką, odezwała się pierwsza. — Więc… Ty i Scorpius?

Lyra parsknęła śmiechem.

— Tak. — Hermiona widziała, jak jej córka marszczy brwi, zastanawiając się nad czymś, po czym siada po turecku w jej stronę. — Prawdę mówiąc, coś pomiędzy nami się stało …

— Coś? — zapytała retorycznie rozbawiona Hermiona, przerywając córce w pół zdania, doskonale zdając sobie sprawę, co kryję się pod słowem „coś”.

— Coś. W dzień, kiedy pozwoliłaś nam użyć swojego gabinetu.

— To ja powinnam ci powiedzieć, że ja byłam tamtego dnia na randce i…

— Iiii? — przerwała jej Lyra, podekscytowanym głosem.

— I „coś” się nie wydarzyło — dokończyła i zaśmiała się, widząc, jak jej córka przewraca oczami. — Ale jest to poważne, jestem szczęśliwa, próbuję wszystko naprostować i mam nadzieję, że z nim u mojego boku mi się uda.



Hermiona tego dnia promieniała. Dawno nie czuła się tak szczęśliwa, co zauważali wszyscy. Zaczynając od uczniów, którzy przyjęli zmianę w ich nauczycielce z ulgą, bo klasy ponownie były ciekawe, na współpracownikach i Draconie kończąc

Podekscytowanym głosem opowiadała mu, jak to Lyra sama do niej przyszła i się pogodziły. Co prawda nie wyjawiła powodu rozżalenia córki, ale zdawał sobie sprawę, że musiało to być coś naprawdę wielkiego. Z różnych opowiedzianych historii wiedział, że jest ona raczej racjonalną dziewczyną, więc przez byle głupotę nie odcięłaby się na tak długi okres od swojej matki, którą, jak doskonale widział, bardzo kochała.

Cieszył się, że pomiędzy nimi wszystko powoli się układało, bo po raz kolejny mógł obserwować, jak cholernie mocno musiało to wszystko ciążyć na Hermionie. Nawet kiedy uśmiechała się i śmiała na randkach, to wciąż mógł ujrzeć ten cień smutku chowający się w jej pięknej twarzy.

Dziś on zniknął. Rozdawała uśmiechy każdej obcej osobie, jaką napotkali. Zadziornie patrzyła mu w oczy, z wyprostowanymi ramionami szła u jego boku i pierwszy raz bez niepewności całowała go w usta.

Odnalazła na nowo tę słodką pewność sprzed lat.

Z rozbawieniem przyglądał się, jak kręciła się w kółko w kolorowych światłach karuzel i wesołego miasteczka. Włosy rozprostowały się od ciężaru padającego deszczu, przed którym on krył się pod daszkiem jednej z wielu budek z szybkim jedzeniem. Kącik ust drgał mu w górę w odpowiedzi na kobiecy śmiech wydobywający się spomiędzy czerwonych warg.

Odebrał zamówienie, które pachniało całkiem nieźle, i skierował się w jej stronę. Kiedy był już przy niej, złapał ją z zaskoczenia i nie przejmując się deszczem, złączył ich usta w powolnym, słodkim pocałunku. Puścił ją, dopiero gdy zabrakło mu tchu, i spojrzał w te bursztynowe oczy, w których płonął ogień, choć Potter mówił, że ostatnimi latami ledwo się tylko tlił.

Dziś się jarzył.

— Chodźmy do parku to zjeść, a później odprowadzę cię do bram — zdecydował, ale w jego głosie dało się usłyszeć pytanie, więc wiedziała, że gdyby tylko chciała, mogła zaproponować coś innego.

Z papierowej reklamówki wyjęła butelkę soku pomarańczowego i słomkę, a Dracon sięgnął swoją ulubioną colę. Chowając resztę do jej torebki, ruszyli do wyjścia z wesołego miasteczka, by po krótkim spacerze znaleźć się w parku.

— Minerwa ostatnio opowiadała uczniom o praktykach — poinformowała go, chwytając za słomkę wystająca z szyjki butelki. — Zastanawiam się, co wybierze Lyra. Boję się, że zdecyduje się na to, na co liczy Harry, i spróbuje załatwić sobie miejsce w Harpiach.

— Nie najgorszy zawód świata. Właściwie całkiem dobry i liczę, że Scorpius też pójdzie tą drogą. Zresztą dobrze wiesz, że sam, jak byłem dzieckiem, też chciałem być zawodowcem. Niestety, poznałem Pottera i stwierdziłem, że jeśli nie mogę pokonać dzieciaka, który na miotle lata o siedem lat krócej ode mnie, to nie jestem tak dobry, jak myślałem — odparł, wyjmując burgera z torebki.

Hermiona parsknęła śmiechem i spojrzała na mężczyznę z pobłażaniem.

— Mam nadzieję, że nie czekasz na zapewnienia, jak dobry jesteś, bo ich nie dostaniesz — powiedziała, a widząc, jak wywraca oczami i wgryza się w bułkę, ignorując ją, szybko dodała: — To, że nie jestem tak dobra, jak Snape w eliksirach, nie znaczy, że nie zdobędę tytułu mistrza, zwłaszcza że już dawno zostawiłam starego, dobrego Horacego w tyle. Tak samo jest z tobą i byciem ścigającym. To, że nie mogłeś pobić Harry’ego, nie znaczyło, że nie mógłbyś być wtedy zawodowcem i pokonać go teraz. Przecież nigdy nie miałeś problemu z Krukonami i Puchonami. — Złapała jego dłoń i rozluźniła palce, pochylając się, by pocałować go w policzek. — Zresztą teraz, kiedy nie jesteś zapatrzonym w siebie narcyzem, który chce pokazać ojcu, że wszystko ma pod kontrolą i jest najlepszy, masz szansę. W końcu miałbyś czysty umysł, będąc na miotle, i mógłbyś skupić na grze i złapaniu znicza.

Z bijącym sercem patrzyła, jak wąskie usta powoli rozciągają się w małym uśmiechu. Znowu poczuła szalejące bizony w podbrzuszu i po raz kolejny zastanawiała się, co ten jeden mężczyzna potrafił jej zrobić.

— Jeśli Lyra do ciebie przyjdzie, powiedz jej, że powinna rozważyć uzdrowicielstwo. Musi to wystarczająco lubić, skoro jest na tyle zainteresowana, by się tego uczyć, gdy nie jest to wymagane w programie nauczania.

— Myślisz, że ma do tego powołanie? — zapytała zaciekawiona, zwłaszcza że jeszcze chwilę wcześniej upierał się, że granie dla kariery nie jest złym sposobem na zarabianie na życie.

— Szczerze? Nie znam jej na tyle, Hermiono — kontynuował i tylko dzięki temu, że spojrzał na nią w tamtej chwili, wychwycił smutek, który szybko zamaskowała przed jego czujnym spojrzeniem. Uniósł w niemym pytaniu brew, ale postanowił jeszcze nic nie mówić. — Wiem, że bez problemu po części uzdrowiła moją dłoń i zrobiła to dobrze, ale też wychwyciła, co będzie musiał sprawdzić uzdrowiciel, bo zdawała sobie sprawę, że sama nie da rady. Mimo ambicji nie ryzykowała. Myślę, że gdyby chciała, to mogłaby być dobra, ale po ostatnim meczu Ślizgonów z Krukonami już wiem, że jest znakomita w quidditchu.

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to trzęsące się ramiona jej kuzynki, które pocierał Corbin. Widząc wielkie, spływające po piegowatych policzkach grochy łez, rzuciła torbę z książkami i w kilku krokach pokonała dzielącą ją odległość od kanap przy kominku.

— Lily? Słońce, co się stało? — zapytała, a Corbin ustąpił jej miejsca.

Ostatnimi czasy jej przyjaciel i kuzynka byli do siebie praktycznie przyklejeni. Zdziwiła się, kiedy zamiast zatrzymać Corbina przy sobie, Lily rzuciła jej się na szyję. Głośno zapłakała, a męskie dłonie zacisnęły się w pięści z palącej złości i bezradności. Dlatego oplotła swoje ramiona wokół trzęsącego się ciała i cicho zaczęła nucić piosenkę.

— Nie… nienawidzę… jej! Nienawidzę! — wyszeptała zapłakanym głosem, a Lyrę aż ścisnęło, bo doskonale wiedziała, o kim kuzynka mówiła. I nawet, teraz gdy sama przez tak długi czas była pokłócona ze swoją mamą, to wiedziała, że wciąż ją kocha.

— Szzz… No już. Nie może być tak źle — zawołała, ale tak, by tylko oni ją usłyszeli. Kątem oka zauważyła Corbina zaprzeczającego jej ruchem głowy i zrozumiała

Było gorzej niż źle.

Jej przyjaciel był jedną z bardziej realistycznych, a przy tym nieoderwanych od ziemi, osób, jakie znała. Nie znosił dram, zawsze mówił, co sądził bez owijania w bawełnę, więc skoro twierdził, że jest źle, to tak musiało być.

— Powiesz, co się stało?

Tak bardzo chciała, by Lily wszystko jej powiedziała. Wtedy mogłaby jej jakoś pomóc, coś doradzić, ale odpowiedziała jej głucha cisza przerywana płaczem. Lyra naprawdę nie znosiła płaczu, widziała go za dużo jak na swoje osiemnastoletnie życie i miała nadzieję długo nie usłyszeć tak rozdzierającego serce dźwięku.

— Na...napisała mi list… Nie...nie wiem, o co chodzi. Nic nie ma sensu… Coś, że tata ciągle pracuje, że Rose je...jej powiedziała o…o Corbinie. O tobie…

— O mnie? — mruknęła, a Lily wzruszyła ramionami.

— Nic. Nie...nie ma sensu! Rozpisała się...się o cioci, coś znowu o… o tacie i… i stwierdziła… zakazała mi z tobą przebywać! — Z każdym kolejnym słowem płacz i niepewność Lily ustępowały, a w głos wkradały się wyraźna złość i pogarda. — Rozumiesz? I… i powiedziała, że mam darować… sobie Corbina, bo… bo jestem gówniarą i mam… się skupić na nauce! Jakbym tego nie robiła! — wykrzyknęła, a Lyra nie wiedziała, co bardziej ją zszokowało. Fakt, że Ginny z jakiegoś powodu postanowiła tupnąć nogą i zrobić to, o czym pewnie od dawna marzyła, czyli spróbować się pozbyć Lyry z jej życia, czy to, że nazwała Lily gówniarą. Nie było nowością, że Lily miała lepszy kontakt z tatą niż z mamą, ale do tej pory kłóciły się jak każda mama z córką, a to, że kobieta była zazdrosną o córkę, zawsze ukrywała i maskowała. Zazwyczaj się to udało.

Coś się zmieniło.

— Nienawidzę jej — wyznała, a Lyra aż poczuła ciarki z powodu bólu, który można było usłyszeć w tych dwóch słowach. Odsunęła się i spojrzała jej w twarz.

— Lily, co jeszcze ci napisała?

— Nienawidzę jej — powtórzyła, kręcąc głową, a z zaczerwienionych oczu znowu poleciały łzy.

Lyra westchnęła, rozumiejąc, że Gryfonka już nic więcej jej nie powie. Zamiast naciskać, by dojść do tego, co tak mocno w nią uderzyło, przyciągnęła Lily do siebie, by ponownie głaskać ją po włosach i śpiewać.



Zakradła się po cichu do gabinetu jej mamy. Słysząc, jak bierze prysznic, przebiegła przez pomieszczenie i nie oglądając się za siebie, rzuciła proszek Fiuu do kominka.

— Gabinet Harry’ego Pottera — mruknęła, by w zielonych płomieniach pojawić się w gabinecie Harry’ego w Dolinie Godryka. Wyszła z kominka, otrzepała się z popiołu i ruszyła.

Znalazła Ginny w kuchni. Siedziała tyłem do niej przy stole, była z Jamesem, który jako pierwszy ją zauważył.

— Lyra? — zawołał zdziwiony, a na jego twarzy pojawił się wielki uśmiech. Odpowiedziała mu skinieniem głowy i zauważyła, jak ramiona jej przekochanej cioci spinają się na dźwięk jej imienia.

— Lyra — powiedziała, podnosząc się z krzesła i odwracając w jej stronę. — Nie powinno cię tu być — dodała sucho.

— James — mruknęła ostrzegawczo, by tylko się nie wtrącał, po czym spojrzała zimno na rudowłosą kobietę. — Powinnam, dziękuję bardzo.

— Tak? Umieram z ciekawości, powiedz, co mogę dla ciebie zrobić? — zapytała, a Lyra wywróciła oczami i przelotnie spojrzała na swojego kuzyna. Siedział z wysoko uniesionymi brwiami, ciągle wodząc wzrokiem to od swojej matki, to do Ślizgonki.

— Powiedzieć, co z tobą jest nie tak! — wykrzyknęła. — Co takiego zrobiła Lily, że tak ją potraktowałaś!

— Biedna Lily, już się poskarżyła, że nie podoba mi się jej towarzystwo? — zapytała słodko, a Lyra nie po raz pierwszy zastanawiała się, jak to możliwe, że ta kobieta była młodsza od jej mamy tylko o rok!

— Żartujesz sobie? — zapytała i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała. — Nie rób ze mnie idiotki, Lily nie chciała powiedzieć, co jej wypisałaś poza jakimiś swoimi żalami i niby rozkazami, ale obie wiemy, że to nie wszystko.

— Nic nie wiesz, a Lily dramatyzuje, jak zawsze — powiedziała Ginny, a Lyra zacisnęła ze złości usta.

— Wiem, że przez ostatnie trzy godziny płakała mi w ramionach - przez ciebie! Lily jest twoim dzieckiem i nie wiem, co jej wyznałaś, ale własna córka cię nienawidzi!

Lyra nie wierzyła, jak można być tak nieczułą żmiją, i to dla własnego dziecka. Zawsze wydawało jej się, że matki w porównaniu do mężczyzn otaczają swoje dzieci miłością od samego poczęcia. W końcu w odróżnieniu od nich miały one połączenie z dzieckiem od zarodka. Nosiły je pod sercem, by później nosić w swoich ramionach i kochać bezgraniczną miłością.

W kuchni zapanowała cisza. Mama jej kuzynostwa spoglądała na nią z nienawiścią w oczach, a z twarzy Jamesa zniknęły jakiekolwiek oznaki dobrego humoru, który jeszcze widziała kilka minut wcześniej.

— Jesteś jeszcze gorsza niż twoja matka! Wpychacie swoje nosy, tam, gdzie was nie chcą.

Blondynka parsknęła śmiechem. Jeśli miała to być obelga, to bardzo nietrafna. Hermiona Granger, mimo że daleko jej było do wyglądu Ginny albo nawet mamy Scorpiusa, bo miała swoją własną nietuzinkową urodę, była sto razy lepszą kobietą, niż była Gryfonka kiedykolwiek mogłaby być.

— Dziękuję, uznam to za komplement, ale skoro tak bardzo tego chcesz, to dam ci radę, tak jak zrobiłaby to moja mama. Obudź się, spójrz w lustro i zapytaj się, co wyprawiasz. Odepchnęłaś od siebie córkę, która chciała twojej miłości, ale przez swoją obsesję do wujka, bo to nawet nie jest miłość, i zazdrość, sprawiłaś, że do końca życia będzie myślała, że coś z nią jest nie tak! Twój mąż ma dość, a tak bardzo cię kocha, wiesz? Dałby ci cały świat, gdybyś tylko chciała, ale i tak byłoby to za mało — rzekła z palącym przejęciem.

Ile by dała, by Ron był takim mężem dla jej mamy. Ile by dała, by to właśnie w ramiona Harry’ego jej mama wpadła i w nim się zakochała!

— Zamknij się.

— Nie zamknę się! — krzyknęła rozjuszona widząc, że Ginny wcale nie wyglądała na przejętą swoją córką. Czując złość zbierającą się, zacisnęła dłonie w pięści. Wiedząc, że nie powinna, bo to zły pomysł, wzięła głęboki oddech i patrząc prosto w roziskrzone złością oczy, powiedziała to, co wiele osób myślało, ale bało się powiedzieć. Temperament Weasleyów był legendarny, zwłaszcza u Ginny, przez co większość ludzi obchodziła się z nią, jak z tykającą bombą. — Ktoś wreszcie musi ci powiedzieć tę bolącą prawdę. Musisz się obudzić, bo zostaniesz sama, zgorzkniała i nienawidząca całego świata. Lily już straciłaś, a nim się obejrzysz odejdzie James, Albus, a potem wujek. Musisz przestać być Molly Weasley, ponieważ jesteś Ginny Potter i nie jesteś tylko matką i kurą domową. Jesteś dziewczyną, którą ludzie uwielbiali oglądać, której zazdrościłam bycia w Harpiach i zawsze mówiłam, że będę tak dobra, jak ty. Jesteś bystra, towarzyska, z reguły dająca się lubić, więc wyjdź do ludzi i żyj i zrób coś dla siebie! Zrezygnowałaś z kariery ścigającej dla swoich dzieci, ale nie musiałaś rezygnować ze swojego życia! Quidditch nie kończy się na graniu, więc otwórz te cholerne oczy i zostań nawet cholerną dziennikarką sportową, jeśli cię to jara! Cokolwiek!



Wskazówki zegarka na nadgarstku wskazywały przed jedenastą, gdy wrócił do domu. Zdziwił się, widząc zapalone światła w każdym pomieszczeniu. Ginny zazwyczaj zamykała się w swojej sypialni. Wszedł do salonu i usłyszał śpiew dobiegający z kuchni. Im bliżej znajdował się do jej wejścia, tym bardziej marszczył brwi. Głos wydawał mu się dziwnie znajomy, ale był przy tym… dziwnie zagłuszony, przez co nie mógł dopasować do niego twarzy.

— Ochh, tatko! Lyra, ci.. ikk.. cicho! Ikk — zawołał jego syn z przerwami na czkawkę i Harry zrozumiał, dlaczego śpiewający głos wydawał mu się dziwny. Lyra była pijana, tak samo jak jego najstarszy syn. Siedzieli na zimnych, czarnych kafelkach z jedną pustą karafką whisky, a drugą rozpoczętą butelką polskiej wódki, którą dostał w prezencie. Jego chrześniaczka wciąż miała na sobie szkolny mundurek, a jego syn pogniecioną już teraz szatę aurorów.

— Co tu się dzieje? — zapytał, a Lyra pisnęła zaskoczona jego widokiem, po czym sięgnęła po przezroczystą butelkę i przyssała się do niej; aż zrobiło mu się niedobrze. James zaczął się śmiać i próbował wytrzeć kuchenną ściereczką wódkę spływającą po brodzie dziewczyny.

Harry nachylił się i wyrwał z małej dłoni butelkę, po czym z hukiem odstawił ją na blat stołu.

— Kurwa, ile wy macie lat?! — krzyknął, dziewczyna się wzdrygnęła, nieprzyzwyczajona do krzyczącego ojca chrzestnego, a Harry westchnął. James spojrzał na niego spod byka i zaczął coś po cichu szeptać, co częściowo słyszał, bo pijany James to głośny James. — Gdzie twoja mama, James? — zapytał — Jak was zobaczy, to chyba z domu mnie wyrzuci — dodał do siebie.

— Nie wyrzuci, bo odeszła — odpowiedział mu całkiem spokojnie syn, a Harry aż z wrażenia usiadł na krześle.