23 maj 2017

KG - BLOG MIESIĄCA - EDYCJA JUBILEUSZOWA

Cześć, Kochani! <3 Dziś przybywam do Was z krótką informacją i prośbą. Na Katalogu Granger, który bardzo lubię jest nowa edycja na BLOG MIESIĄCA, ale tym razem jego forma jest inna, wyjątkowa bym powiedziała na tą jubileuszową, dziesiątą edycję ; ) Otóż tym razem udział biorą wszystkie blogi, które zwyciężyły w poprzednich edycjach, w tym mój, który wygrał PIERWSZĄ edycję. Jak ekstra jest ten pomysł?

Kiedy patrzę na śmietankę towarzyską w tej edycji nie spodziewam się zwycięstwa, ale będzie mi niezmiernie miło, gdy  poświęcisz swój czas, wejdziesz na KG ---> TUTAJ <--- przeczytasz notkę dziewczyn i zagłosujesz na swój ulubiony blog ze wszystkich jakie są dostępne. Może będzie to phenylethylaminee, może twórczośc Kerci albo kompletnie co innego, nie ważne, ważne żebyś tylko poświęcił swój czas czytelniku i zagłosować na blog, który twoim zdaniem zasługuje na wygraną!

BUZIAKI DLA WAS :**



6 maj 2017

Dziesięć Dni na Miłość

Tytuł: Dziesięć Dni na Miłość
Autor: Vixen
Rodzaj: Family/Comfort/Friendship/Humour
Status: Miniaturka, zakończona.
Beta: Ania, Katja, Hope - buziaki <3
Opis: Kiedy Harry radzi Hermionie przestać czekać na miłość, kobieta nie myślała, że znajdzie ją ona jeszcze tego samego dnia.

Dziś jest bardzo ważny dla mnie dzień, dokładnie 4 lata temu i niecałe osiem godzin temu na świat przyszedł mój syn. Przewrócił całe moje życie do góry nogami, chwilami nie było łatwo, kiedy indziej jeszcze trudniej. Ale uśmiechy pełne szczęścia, każde "kocham cię" pełne dziecięcej szczerości, mokre buziaki i przytulasy porankami, nawet oglądanie po raz tysięczny tego samego odcinka danej bajki, na której w tym czasie ma bzika... Każdy płacz, każda niewiadoma w świecie młodych i niedoświadczonych rodziców, każde zdenerwowanie, strach o własne dziecko, niepewność czy kształtujesz je prawidłowo, każda nie przespana noc i każda walka, którą trzeba z nim stoczyć. To wszystko znika, gdy wdrapuje ci się na kolana, z zaczerwionymi polikami, wielkimi, zapłakanymi oczami i wtula się w ciebie ufnie. Bo tylko ty i tata potraficie odgonić wszystko co złe. To ty jesteś lekarstwem na całe zło tego świata. I rozpiera cię duma i tak wielka miłość, którą nie myślałaś, że w sobie masz. 

Mimo, że mój A. nigdy tego nie przeczyta, to dedykuję tą mini jemu, bo dał mi wiele do napisania tej miniaturki. 

Kocham cię, A <3 



— Tato! Tato… Tato! — Na placu przy fontannie rozległ się głośny i zrozpaczony krzyk małego dziecka. — Tatusiu…

Niewysoki, a przy tym szczuplutki chłopiec stał w miejscu, gorączkowo rozglądając się dookoła. Wielkimi z przerażenia oczami obserwował mijających go ludzi i przejeżdżające ulicą samochody. W dłoni ściskał swoją ulubioną maskotkę — Pana Kostka — która przedstawiała pluszowego kościotrupa. Na czubku głowy leżał czarny cylinder, miał też czerwoną różę przyszytą na wysokości klatki piersiowej.



— Harry, nic się nie stało, po prostu mam dość tej pracy, nieudanych związków…

— Było ich aż dwa, trudno tu mówić o “związkach” — zaprotestował głos w głośnikach samochodowych, na co kobieta prychnęła zirytowana tym, że jej przerwał, wytykając, jak biedne było jej życie romantyczne.

— … oraz faktu, że wszyscy się zaręczają albo chodzą z tymi przeklętymi, słodkimi brzuszkami.

— Hermiona! — zawołał rozbawiony Harry, po czym parsknął śmiechem. — Mogłaś zostać panią Weasley, miałabyś już z trójkę dzieci do przewijania — oznajmił jej.

Hermiona skręciła w lewo i westchnęła, widząc korki dookoła niej.

— Czy ja ci wyglądam na Lavender? — zapytała retorycznie, na co ponownie odpowiedział jej śmiechem. — Dobrze wiesz, że gdybym została panią Weasley, Ron w końcu by mnie znienawidził… — przerwała na chwilę, by uchylić okno. Londyn tego czerwca był wprost nieznośny, ale nie chciała narzekać, wszystko było lepsze od ciągłych opadów deszczu, bo zazwyczaj płakali, gdy tylko lało. Zamierzała się cieszyć z promieni słońca, miętowych lodów i sukienek, ale cholera, pot się z niej lał. — Po prostu chciałabym kogoś, kto pokochałby mnie taką, jaka jestem. Żeby chodził ze mną na wystawy w muzeum, nawet jeśli ma się tam nudzić przez trzy godziny, bym później mogła mu się odwdzięczyć lodem w samochodzie. Chcę gotować meksykańskie w małej czarnej, którą ze mnie zdejmie po przyjemnej rozmowie. Chcę, by rozumiał, gdy coś jest dla mnie ważne, i tego nie negował, mówiąc, że są to bzdury. Chcę, by nie chciał zmieniać tego, że mam mózg i więcej szarych komórek w głowie niż połowa dziewczyn z naszego rocznika, bo to, do cholery, nie jest moja wina. Nie oczekuję debat o ekonomii świata czy recytowania pieprzonego Szekspira. Chcę być sobą, bez udawania głupiej, zawsze perfekcyjnej i układnej. Czy to tak wiele? — zapytała zmęczonym głosem.

Korek posunął się o pół maski.

— Dla tego loda żałuję, że to nie ciebie pokochałem pierwszą — usłyszała i mimowolnie się uśmiechnęła. — Ale przynajmniej dla ciebie byłem pierwszy we wszystkim — dodał, a ona wróciła wspomnieniami do wojny i czasu, gdy Ron zostawił ich samych. — A tak serio, to przestań w końcu czekać. Miłość przychodzi, gdy najmniej się tego spodziewamy.

Już miała coś odpowiedzieć, gdy w tłumie ludzi na placu ujrzała małego chłopca. Skupiła na nim wzrok, bo wiedziała, że mimo patrzenia w tamtym kierunku z dobre pięć minut, to dopiero teraz go spostrzegła. I była chyba jedyna. Złość się w niej zagotowała, widząc czerwone policzki i drżącą wargę. Hermiona mogła się mylić, ale wyglądał, jakby się zgubił, a żaden z mijających go przechodniów w żaden sposób nie zareagował, nie podszedł.

— Hermiono, jesteś tam?

— Muszę kończyć, Harry!

Przesunęła się samochodem kolejne pół maski, zaciągnęła ręczny i nie bacząc na protestujących ludzi, wysiadła. W odkrytą skórę uderzył żar słońca, a ona przebiegała między samochodami na drugą stronę ulicy. Odkrzyknęła do denerwującej się kobiety w samochodzie i przepchnęła się między ludźmi do chłopca.

Z tej odległości idealnie widziała wielkie łzy spływające po zaróżowionych policzkach i jak bardzo pobielałe były palce zaciśnięte wokół nietypowej jak na jej gust maskotki.

— Tatuś…

Hermionę chwyciło za serce, gdy usłyszała przerywany łkaniem głos. Nie chcąc dłużej czekać, złapała chłopca za ramię i przykucnęła, żeby zrównać się z nim wzrokiem i móc spojrzeć prosto w jego niesamowicie niebieskie oczy.

Wydawały się znajome, zwłaszcza z tymi czarnymi włosami niechlujnie wystającymi spod kapelusza.

— Cześć, kolego, jestem Hermiona — powiedziała, starając się brzmieć przyjaźnie.

— Jestem O...rion, pomoże mi pani zna...leźć tatę?



Zatrzymała się pod Grimmauld Place, które od ponad roku było jej domem. Westchnęła, opierając się wygodniej na siedzeniu. W lusterku spojrzała na tył samochodu, gdzie znajdował się duży fotelik transmutowany z długopisu, a w nim zapięty mały Orion. Po krótkiej kłótni z głupimi bucami w garniturach i polówkach od Ralpha Laurena o to, że stanęła na ulicy i wysiadła z samochodu, udało jej się przekonać chłopca, by jej zaufał i rozsiadł się wygodniej. Nie bacząc na ludzi, przeszła na tył samochodu i udała, że z bagażnika wyciąga fotelik, w którym zapięła powoli uspokajającego się chłopczyka. Po spytaniu, kim są jego rodzice, zamilkł.

Pierwszy raz od dłuższego czasu kobieta nie wiedziała, co ma zrobić. Miała ze sobą dziecko, które na pewno szukali właśnie rodzice. W pierwszej chwili planowała iść na policję, ale kiedy uderzyło w nią, jak ma na imię, zrozumiała, że mugole nie nazywają tak swoich latorośli. Dla pewności dotknęła go swoją magią i poczuła, jak jego wciąż jasna i niewinna nieśmiało jej odpowiedziała. Miała sto procent pewności, że na tyle samochodu spało magiczne dziecko.

Dlatego też postanowiła wrócić do domu. Miała tylko nadzieję, że nie zastanie tam Rona ani nikogo innego, bo nie chciała przytłoczyć małego Oriona zbyt dużą liczbą obcych ludzi. Wiedziała też, że Harry uspokoi trochę jej rozbiegane myśli spowodowane pracą, którą chciała rzucić. Była też pewna, że razem znajdą rozwiązanie, jak wybrnąć z obecnej sytuacji.

Sięgnęła po torebkę leżącą na siedzeniu pasażera na przedzie, wysiadła i skierowała się na tył, gdzie wyciągnęła małego z fotelika. Z ulgą przyjęła fakt, że chłopiec się nie obudził.

I podziękowała za to Merlinowi, lepiej będzie Harry’emu wszystko wyjaśnić na osobności.

Weszła do domu, a w przedpokoju odrazu przywitał ją przyjaciel z łyżką w dłoni.

— Dobrze, że już jesteś, zrobiłem meksyka… — urwał, a zielone oczy wpatrywały się w nią intensywnie. — Hermiona?

Obiecując, że wszystko wyjaśni, jak tylko położy gdzieś małego, przeszła do salonu. Ułożyła go na kanapie, ściągnęła czerwone trampki ze stóp, wsunęła pod ramię maskotkę i nakryła cienkim kocem.

Rzuciła zaklęcia, by nie spadł z wąskiej kanapy, oraz alarmujące, które miało ją powiadomić gdyby coś się działo albo chłopiec się obudził.

Siedzieli przy stoliku, zajadając się zupą meksykańską, którą zrobił Harry po tym, jak wspomniała o niej w ich rozmowie telefonicznej. Widziała, jak mężczyzna przetrawiał to, co mu właśnie powiedziała, a także odmalowującą się złość na jego pięknej twarzy. Sięgnęła ręką nad stołem i kciukiem rozmasowała zmarszczenia pomiędzy czarnymi brwiami. Wiedziała, że pojawiają się wtedy, gdy ogarniało go zmartwienie, zestresowanie i prawdziwe wkurwienie. Często skutkiem ubocznym tak intensywnych emocji były krótkie, ale mocne bóle głowy.

— I nikt się nawet, kurwa, nie zdziwił, że pięciolatek jest sam w centrum miasta? — zapytał, niedowierzając.

W odpowiedzi mogła tylko pokręcić głową.

— Nie wiem… — powiedziała. — Pytałam, jak się nazywa, ale wszystko co mi mówi, to swoje imię, więc będzie trzeba sprawdzić w ministerstwie ilu jest zarejestrowanych chłopców o tym imieniu, z jego wyglądem i w jego wieku. To zadanie dla Harry’ego-Wybrańca-Pottera.

— Pójdę teraz, jest otwarte jeszcze przez dobre pół godziny, więc może dziś się czegoś dowiemy.



Hermiona miała same czarne scenariusze w głowie, kiedy Harry wrócił po długich dwóch godzinach. Spełnił się jeden z najgorszych. Po kilkukrotnym sprawdzeniu katalogów wynik pozostawał taki sam. Kimkolwiek było śpiące dziecko na ich kanapie, nie należało do populacji magicznej Wielkiej Brytanii. Pozostało im skontaktować się z innymi ministerstwami, ale nie będąc rodziną chłopca, nic tak naprawdę nie mogli wskórać. Informacje były przekazywane tylko rodzinie, bez względu na okoliczności, chyba że chcieliby, aby chłopiec trafił do domu rodzinnego, otwartego w Walii po drugiej wojnie. Na początku było dużo dzieci pozbawionych rodziny, w tym też z tej ciemnej strony, ale na przestrzeni lat coraz więcej pojawiało się tam charłaków, dzięki czemu mogli nauczyć się niemagicznego życia.

Za żadne skarby nie chciała, by Orion tam trafił, dlatego następnego ranka skontaktowała się z Kingsleyem. Długo zajęło jej namówienie go na użycie swojego tytułu ministra, by dowiedział się, skąd pochodził chłopiec.

Dopiero kiedy powód ich rozmowy wszedł do kuchni z zaspanymi oczami i rozczochranymi ciemnymi włosami, Kingsley skapitulował.

— Niczego nie obiecuję i może to potrwać.

— Dziękuję, będę ci dłużna — odpowiedziała.

— Powiadomię twój department, że bierzesz nieokreślony urlop z powodów rodzinnych. — Już otwierała usta, by zaprotestować, gdy zza pleców dziecka wyłonił się Harry.

— Słusznie, znając ciebie to i tak masz mnóstwo zaległego urlopu — powiedział były Gryfon.

Kingsley wyszedł, a Harry wsypał płatki do miski, do których dodał ciepłego mleka i miodu. Postawił je na stole wraz ze szklanką soku pomarańczowego.

— Cześć, mały. Jestem Harry, miło mi cię poznać — powiedział, wyciągając przed siebie dłoń. Chłopiec niepewnie ją chwycił i lekko potrząsnął.

— Dzień dobry, panie Harry.

— Po prostu Harry. Powiedz, lubisz płatki?

— Tylko z miodem! — odpowiedział malec, biorąc w drobne dłonie łyżkę.




Pierwszy dzień spędzili na zakupach. Hermiona zdała sobie sprawę, że Orion nic nie miał. Chyba że mieli liczyć Pana Kostka. Dlatego razem z Harrym wybrali się do centrum handlowego. Kupili tam niewiele ubrań z dużą liczbą majtek i skarpetek. Tak, jak Orion mógł pochodzić w tej samej bluzce przez dwa dni, tak Hermiona nawet nie chciała myśleć o codziennym ręcznym praniu dziecięcej bielizny. Kiedy już mieli w siatkach wygodne, a przy tym ładne ciuchy, Harry zaprowadził ich do świata zabaw dla dzieci. Razem razem bawili się w niezliczonej liczbie kulek, do których tylko chwilę namawiali ich małego towarzysza.


Trzeciego dnia, gdy poświata księżyca nieśmiało zaglądała przez okno, Hermionę obudził cichy płacz. Zrywając się z łóżka z wciąż posklejanymi powiekami, pobiegła do drugiego pokoju, gdzie nocował Orion.

Małe ciałko szamotało i kręciło się w wielkim łóżku, a z dziecięcego gardła wydobywało się wołanie o pomoc. Czarne kosmyki przykleiły się do spoconego czoła, a pobielałe palce ściskały Pana Kostka.

— Orion. Orion, hej. No dalej, budzimy się — szepnęła. Nawet nie zdążyła potrząsnąć ramieniem, gdy na sam dotyk dłoni wyrwał się do pozycji siedzącej. Wielkimi, załzawionymi oczami rozglądał się dookoła, a Hermiona doskonale widziała moment, w którym niebieskie oczy rozpoznały pomieszczenie. Biorąc to za dobry znak, przesunęła się z powrotem do łóżka i pojawiła w zasięgu jego spojrzenia.

— Hermina? — zapytał drżącym głosem, a ona zaczesała jego długie, spocone, czarne loki do tyłu, uśmiechając się na niepoprawną wymowę imienia.

— Ale się zgrzałeś, mój drogi — odpowiedziała, podchodząc do komody, w której razem z Harrym zrobili miejsce na te kilka rzeczy, które kupili dla Oriona. Wyciągnęła drugą piżamę i wróciła do chłopca. — Trzeba cię przebrać, bo jeszcze się rozchorujesz, a wtedy tata z mamą będą bardzo, bardzo źli.

— Chcę do taty! — powiedział stanowczym, a przy tym zrozpaczonym głosem, a Hermionie dosłownie pękało serce.

Dzisiejszego dnia dostali odpowiedź z ministerstwa magii w Irlandii, od którego dowiedzieli się, że Orion nie jest obywatelem tego kraju. Następnym krokiem Kingsleya było skontaktowanie się z przedstawicielami ministerstw we Francji i Niemczech, ale oboje wiedzieli, że istniały marne szanse na uzyskanie jakiejkolwiek znaczącej odpowiedzi. Przynajmniej nie bez żadnej przysługi od ich ministerstwa, a chociaż bardzo Kingsley im pobłażał i zawsze pomagał, nie było opcji, by wyłożył się na tacy dla “jakiegoś” dziecka.

— Och, Orionie, wiem o tym, kochanie — powiedziała, siadając na łóżku. Otworzyła szeroko ramiona; chłopiec nic więcej nie potrzebował. Rzucił się jej na szyję z głośnym płaczem, prosząc ją raz po raz, by zabrała go do taty, bo tak bardzo za nim tęskni.

— Jestem pewna, że tatuś też za tobą tęskni i że szuka cię cały czas, bo się boi, wiesz? — zagadnęła, a widząc sceptyczną minę na tak młodej twarzy, parsknęła śmiechem. — Nie żartuję! — powiedziała poważnie, po czym wbiła delikatnie palce w jego boczki i zaczęła łaskotać. — Boi się i będzie cię szukał, dopóki cię nie znajdzie, a jeżeli tatusiowi się nie uda, to my znajdziemy jego, co ty na to? — zapytała, ale odpowiedział jej tylko dziecięcy perlisty śmiech.


Czwartego dnia wszyscy domownicy (ci tymczasowi i permanentni) złapali jakąś chandrę po wiadomościach z Niemiec — Orion nie był obywatelem Niemiec — i Francji — Orion był, a może nie był ich obywatelem — czyli jednym słowem zero dobrych wieści.

Słysząc dzwonek do drzwi, Hermiona pierwszy raz od kilku godzin ruszyła się z kanapy i skierowała swoje kroki do holu. Zanim jeszcze otworzyła drzwi, poczuła zapach pizzy, którą Harry zamówił na obiad. Tak jak ona i Orion, był Gryfon nie ruszył się z kanapy, na której wszyscy siedzieli.

Zapłaciła młodemu chłopakowi i z dwoma wielkimi kartonami jedzenia wróciła do salonu. Zauważyła, że Orion wraz z Harrym posprzątali ze stolika kartki, na których były różnokolorowe pieczątki zrobione przez Hermionę z ziemniaków.

— Jak zwykle nie ma rzeczy, której byś nie wymyśliła — skwitował Harry, gdy pokazywała Orionowi, że wystarczy zamoczyć wycięty w ziemniaku kształt w danym kolorze farby i przycisnąć do kartki, by uzyskać pieczątkę.

Upodobał sobie tę o kształcie samochodu-garbusa, przez co za każdym razem pokazywał im kolejne nowo odbite auto, wykrzykując przy tym jego kolory. Śmiał się, a śmiech miał tak wesoły i ładny, że Hermiona nie chciała, by ta chwila przeminęła.


Szóstego dnia Hermiona znalazła Oriona w bibliotece. Siedział po turecku na granatowym dywanie przed ścianą, na której widniało wielkie drzewo rodzinne Blacków.

— Orion, kolacja już jest — powiedziała, opierając się o framugę drzwi, ale chłopiec nawet nie zareagował. Wpatrywał się oczami w jeden punkt, więc Hermiona podeszła do niego, domyślając się, że pewnie nawet jej nie usłyszał.

— Orion? — zapytała, a on podskoczył zaskoczony.

— Co to? — odpowiedział po chwili, wskazując na drzewo, do którego podszedł.

— To jest drzewo rodzinne Blacków. Kiedyś była to duża i ważna rodzina, ale teraz niewielu członków tego rodu wciąż żyje — rzekła. — Nie lubimy o niej rozmawiać, ale spójrz — powiedziała, wskazując na twarz Syriusza. — To jest chrzestny Harry’ego, zostawił mu to miejsce. A tutaj jest Andromeda, kuzynka Syriusza, która ma wnuka o kilka lat starszego od ciebie. Wiesz, co was łączy?

— To, że mamy imiona po gwiazdach? — zapytał, a jej zaparło dech, bo mimo iż myślała tymi kategoriami, to niedosłownie w ten sposób.

— Miałam na myśli to, że macie imiona jak gwiazdy, ale masz rację, oni, będąc z rodziny Blacków, dostali imiona właśnie po gwiazdach. Jest to rodzinna tradycja, jedyna, która naprawdę mi się podoba.

— To tak jak my! — powiedział, wstając niezdarnie z podłogi i ciągnąc ją w stronę zapachu kurczaka.


Ósmego dnia Hermiona zabrała Oriona po śniadaniu na plac zabaw, gdzie z zaróżowionymi policzkami biegał jak szalony. W pierwszej chwili obawiała się, że może się czuć niekomfortowo, nie wiedziała, czy chłopiec będzie wiedział, co to za miejsce. Po dziesięciu minutach zrozumiała, że było to niepotrzebne. Orion czuł się jak ryba w wodzie, ciągle zjeżdżał na ślizgawce, machał nogami, gdy kazał się wysoko bujać, bawił się w piasku i śmiał się. Bez przerwy. Uśmiech nie schodził z małych ust, za co była wdzięczna, bo od czasu robienia pieczątek nie słyszała jego dziecięcego śmiechu.

A starała się bardzo, by go wywołać.

Domyślała się, że bardzo tęsknił za tatą, ale dzisiaj nie spytał o niego jeszcze ani razu. Przyjęła ten fakt z ulgą, bo już nie wiedziała, jak po raz kolejny miała znieść rozczarowanie w jego oczach i drżącą dolną wargę.

Po długich czterech godzinach biegania Orion przewrócił się na chodniku okalającym plac zabaw, zdzierając sobie kolano. Już zbierała się, żeby do niego podejść, ale on ją uprzedził. Przybiegł do niej z ogłuszającym płaczem. Po pulchnych policzkach spływały wielkie łzy, a po odkrytej nodze w spodenkach ciekła ścieżka krwi. Łagodnym głosem próbowała przebić się przez kwilenie, mówiąc mu, że to tylko małe zadrapanie i zaraz wszystko będzie dobrze.

Wzięła go na kolana, a on wtulił się w nią ufnie, oplatając małymi rączkami jej szyję. Rozglądając się szybko dookoła, uniosła dłoń ponad ranę i używając niewerbalnego zaklęcia, popchnęła swoją magię, a rana zasklepiła się. Zostało po niej tylko zaczerwienienie i zaschnięta krew, którą także usunęła zaklęciem.

Nim skończyła, wyczerpany Orion zasnął wtulony w jej ramionach.

Mam cię.


Dziewiątego dnia odwiedził ich Ron, który zastanawiał się, dlaczego Hermiona po raz kolejny odmówiła przyjścia do Nory i dlaczego nie chodziła do pracy.

— Mam urlop — odpowiedziała, próbując ignorować zszokowaną minę na twarzy rudzielca. — Coś mi wypadło i nie mam na razie czasu. Jestem pewna, że Molly mi to wybaczy.

Jako że wciąż bardzo kochała Rona, jako przyjaciela, to doskonale wiedziała, że był temperamentny. Dlatego subtelnie próbowała się go pozbyć, nim Harry i Orion wrócą do domu na obiad. Zdawała sobie sprawę, że dawno dowiedział się od pijanej Ginny, że Harry i Hermiona mieli coś w czasie wojny, gdy najmłodszy Weasley ich zostawił, i do tej pory mu się to nie podobało. Wciąż pamiętała ostre słowa, które sprawiły więcej bólu niż powinny, gdy Harry zaproponował jej wspólne mieszkanie. W głowie Rona uroiła się jakaś fantazja o wiecznej orgii, która miała się odbywać pod nieobecność jego siostry, gdy ta podróżowała z Harpiami.

Słysząc brzdęk kluczy i perlisty śmiech Oriona, Hermiona poczuła, jak jej ramiona automatycznie się napięły w oczekiwaniu na atak.

Chłopiec wbiegł do kuchni, od razu przylegając do jej nóg i z ekscytacją w głosie opowiadał o dzieciach, które dziś spotkał. Hermiona kiwała głową, ciągle nie spuszczając oczu ze swojego byłego chłopaka.

— Słońce, jesteśmy tak głodni, że zjedlibyśmy konia z kopytami…

Hermiona zaklęła siarczyście, słysząc słowa Harry’ego i widząc, jak piegowata twarz pokrywa się wielkim rumieńcem złości. Instynktownie zjechała dłońmi z głowy Oriona na jego uszy, by choć trochę ochronić go przed słynnym Weasleyowskim językiem.

— Co, kurwa?! — zapytał uniesionym głosem Ron, a Hermiona miała ochotę trzepnąć go porządnie, porządnie w głowę. — Co to za dzieciak? I czy Ginny wie, że zabawiacie się w dom pod jej nieobecność?

Harry przewrócił oczami, spodziewając się takiej reakcji, a była Gryfonka miała wielką ochotę zrobić to samo. Jednak powstrzymała się z powodu wpatrujących się w nią niebieskich oczu Rona. Świdrowały ją, jakby chciały przewiercić się przez niewidzialne osłony wokół niej i odkryć wielki sekret.

Co to był za sekret, miała ochotę parsknąć śmiechem. Zamiast tego skupiła się, a na jej twarzy odmalowała irytacja, która często towarzyszyła kobiecie w pobliżu swojego byłego.

— Po pierwsze, Ronaldzie, wyrażaj się, bo jest z nami dzieciak, Orion — powiedziała, kładąc największy nacisk na słowo określające chłopca, którego użył Ron, by dać mu do zrozumienia, po jak cienkim lodzie stąpał. — Po drugie, nawet nie będę się zniżać do twojego poziomu, bo jest gorszy niż kiedyś. Teraz tak, jak wrażliwość nie mieści się on w pieprzonej łyżeczce do herbaty!

— Słucham? — zapytał, a Harry parsknął śmiechem. — I czego rżysz, Harry! Ginny ciężko pracuje, a ty rządzisz tutaj z Hermioną!

Widząc rosnącą irytację na twarzy Harry’ego, który jeszcze dziesięć sekund wcześniej był rozbawiony, Hermiona zdecydowała się działać. Kucnęła, by wziąć czterolatka w ramiona i wyszła z kuchni. Wychodząc, usłyszała jeszcze odpowiedź przyjaciela, która była tak bardzo zabarwiona jadem, że aż przeszły ją ciarki.

— No tak, bo twoje urojenia o mnie i Hermionie pieprzących się jak króliki w rui wymagają pełnej powagi. Z Hermioną mamy wspólną przeszłość, tak, ale jest to w pieprzonej przeszłości, bo jestem po uszy zakochany w twojej siostrze. Skoro ona się pogodziła, że dostając mnie, dostaje mnie z Hermioną, ty musisz zaakceptować, że nie byłeś ani jedyny, ani pierwszy.

Ron wyszedł, trzaskając drzwiami, obiad został zapomniany, a przestraszony Orion ani na chwilę nie opuścił jej ramion, aż w nich zasnął.

Hermiona nie mogła się nadziwić, jak ufny w stosunku do ich dwójki był mały Orion. Tym bardziej kiedy brało się pod uwagę, jak zachowywał się przy i po wizycie Rona. Bez skrępowania zadawał milion pytań: kim jest Harry, co robi Hermiona, czyj jest ten brzydki, rudy kot (na to pytanie kobieta się obruszyła, a jej przyjaciel ryknął takim śmiechem, że mało nie spadł z kanapy), gdzie w ogóle byli, czy tata po niego już jedzie, czy nie uważają, że Pan Kostek powinien mieć Panią Kostkę? Miała wrażenie, że nie było dziesięciu minut, w ciągu których nie pytałby o to czy o tamto i siamto. Z łatwością opowiadał im, że chodzi do przedszkola, a jego najlepszą przyjaciółką była Alice, której jego dziadek naprawdę, naprawdę nie lubił, ale nigdy nie chciał powiedzieć czemu. Zły dziadek, prawda? Uwielbiał playdooh, ale nie bawił się nim często, bo zawsze nim bałaganił, tak mówiła babcia. Babcia kochała porządek!

Za każdym razem, gdy rozwiązywał mu się język i z przejęciem opowiadał o ulubionych lekcjach, jak piękny był kolor różowy, i że miał białą fretkę o imieniu Smok (tym razem Harry spadł z kanapy i śmiejąc się turlał po dywanie, a twarz miał tak czerwoną, że Hermiona martwiła się, czy zaraz nie eksploduje), ona czekała na jakąś informację, małą wzmiankę.

Nazwa miasta czy nawet przedszkola!

Jakiekolwiek imię, oprócz Alice, ale nawet gdy pytali, jak nazywał się tatuś albo babcia, odpowiadał — tatuś i babcia — jakby to była najoczywistsza rzecz na calutkiej kuli ziemskiej, a nawet i we wszechświecie!

Chciała, nie, skreśl to, potrzebowała czegokolwiek, bo ta bezczynność ją wprost zabijała. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie mogła nic zrobić, by komuś pomóc. Dobijała ją ta bezradność za każdym razem, jak przyłapywała Oriona, gdy wyglądał, jakby się wyłączał. Siedział wtedy przez dłuższą chwilę, wpatrując się w jeden punkt przed sobą, a żadne nawoływanie nie budziło go z tego letargu, dopóki nie poczuł ciepła dotyku.


Dziesiątego dnia Hermiona po raz kolejny znalazła Oriona w bibliotece. Ponownie siedział ze skrzyżowanymi nogami przed rodzinnym drzewem, a w rączkach miął Pana Kostka. Spojrzał na nią, gdy kucnęła obok niego. Miał swoją minę myśliciela, jak to Harry lubił ją nazywać, a w niebieskich oczach, które zdążyła pokochać, tliło się łaknienie wiedzy.

— Hermina, to drzewo jest rodzinne? — zapytał, a Hermiona uśmiechnęła się lekko, słysząc, w jaki sposób sformułował zdanie.

Przez te kilka dni trudno jej było pamiętać, że Orion to wciąż mały chłopiec, bo wiele razy pokazywał, jak wspaniałym, mądrym i pojętnym był dzieckiem. Dlatego kiedy wychodziły mu takie kwiatki, sprowadzał ją na ziemię i przypominał, jak mały i niewinny jeszcze był.

— Tak. Rodzina Blacków, pamiętasz? — zapytała, a on pokiwał głową.

— To dlaczego tam jest mój tatuś? A on nie jest Black? — zapytał, a serce Hermiony zwolniło, żeby po trzech długich sekundach znowu przyśpieszyć. Poczuła ulgę, że wreszcie coś się ruszy, że odpowiedź mieli przed samym nosem, ale byli zbyt krótkowzroczni. Ale kiedy euforia powoli z niej zeszła, poczuła ukłucie smutku, bo zrozumiała, że Orion zniknie z jej życia.

— Twój tatuś tutaj jest? — zapytała, siląc się na wesoły ton głosu, gdy poczuła, że dobry humor ją opuścił. Wstała i podeszła bliżej do ściany. Spojrzała tam, gdzie Orion pokazywał palcem. — Draco? Draco Malfoy jest twoim tatą? — zapytała, kręcąc przy tym głową. — Malfoy nie ma syna, spójrz, widzisz, nie ma żadnej nitki od jego zdjęcia — powiedziała.

Ma mnie! — krzyknął zdenerwowany. — I chcę do taty!



— Draco-skacząca-fretka-Malfoy?! — zawołał zdziwiony Harry, po zakrztuszeniu się mlekiem, które pił prosto z kartonu. Hermiona przewróciła oczami, czego jej przyjaciel nie mógł zauważyć. Korzystając z tego, że Orion potrzebował drzemki po wybuchu magii, który towarzyszył jego zdenerwowaniu, kobieta postanowiła w pełni wykorzystać ten czas.

— Draco Malfoy wystarczy, Harry — powiedziała, podpisując się pod listem, który właśnie skończyła pisać do departamentu transportu magicznego. Zaraz po tym, jak Orion zasnął, Hermiona skontaktowała się z Kingsleyem, który poinformował ją, że Malfoy mieszka we Francji i zdobędzie dla niej pełen adres. — Skoro fakt, że szkołę skończyliście trzy lata temu nie zmienia twoich uczuć, to to, że zajmowałeś się jego dzieckiem przez ostatnie kilkanaście dni już powinno.

— Draco—pieprzony—Malfoy, bardziej ci nie ustąpię — powiedział, sięgając po list z blatu stołu. — Potrafisz wyobrazić sobie jego minę, gdy cię zobaczy?

— Myślę, że zmieni ją bardzo szybko, gdy dowie się, dlaczego mnie widzi.

— Pewnie masz rację, jak zawsze. Ale obiecaj mi, że będziesz ostrożna.

Hermiona wstała i odwróciła się w stronę przyjaciela. Wiedziała, że nie podobało mu się, że kazała mu zostać w domu, gdy ona weźmie świstoklik do Francji, ale nie chciała zostawiać Oriona z obcymi osobami. Dlatego Harry musiał zostać.

— Naprawdę myślisz, że Malfoy mógł wychować tak cudowne dziecko, gdyby wciąż był tym samym, wrednym chłopcem sprzed wojny? — zapytała cicho, a Harry westchnął.

Oboje wiedzieli, że było to wręcz niemożliwe.



Wylądowała na trzęsących się nogach w ministerstwie magii we Francji. Widząc zaciekawione spojrzenia i kilku fotografów, cieszyła się, że nie wylądowała na tyłku albo co gorsza twarzą do posadzki. To by była dopiero gratka dla fotoreporterów. Po szybkim sprawdzeniu przez zbyt miłego pracownika, Hermiona wyszła na ulicę Paryża. Chowając się w pustej alejce, spojrzała po raz tysięczny już na skrawek kartki, na której widniał adres zamieszkania, po czym zamykając oczy, zniknęła z cichym trzaskiem.



Wylądowała przed białymi drzwiami, o które uderzyła łokciem, przez co poczuła prąd biegnący wzdłuż ręki. Rozmasowując wciąż bolące miejsce, nie zauważyła nawet, że drzwi przed nią zostały otwarte, a w nich stanął mężczyzna z laską.

— Słucham? — zapytał, a Hermiona wciąż z grymasem na ustach spojrzała w górę.

— P...pan Malfoy! — powiedziała zaskoczona.

— Panna Granger, czy może już Pani Potter? — zapytał z drwiącym uśmiechem na ustach.

— Nie Weasley? — mruknęła zaciekawiona. — Zresztą nieważne, muszę porozmawiać z... pańskim synem.

— Mój syn jest pediatrą, nie psychiatrą, zresztą jest tymczasowo niedostępny. Więc jeśli ministerstwo wysłało cię jako żarcik, by nas sprawdzić, to możesz im powiedzieć, że do kolejnej kontroli…

— Panie Malfoy — przerwała mu stanowczo. — Muszę natychmiast zobaczyć się z Draconem — dodała, decydując się na użycie rodzonego imienia jej szkolnego wroga, mając nadzieję, że pokaże to starszemu czarodziejowi, jak bardzo jej zależało i jak bardzo poważna była sytuacja.

Chyba zrozumiał, bo po minucie milczenia, przesunął się obok i uchylił mocniej drzwi do wielkiej willi. Nic nie mówiąc, zaczął się kierować jednym z korytarzy, który biegł od wejściowego holu. Zatrzymał się dopiero przed uchylonymi drzwiami do pomieszczenia, z którego słychać było podniesiony głos i taką wiązankę przekleństw, że nawet Ron się przy tym chował.

— Wychowałem cię lepiej, więc tak się wyrażaj — powiedział Lucjusz, pchając drzwi.

Malfoy stał pośrodku gabinetu z telefonem komórkowym, przez który musiał właśnie rozmawiać. Widziała, jak przewrócił oczami i z krzywym uśmiechem spojrzał w ich stronę. Zauważyła także, że jego ojciec stanął tak, że była cała zasłonięta.

— Ty mnie hodowałeś, jak bydło na rzeź, tato — odpowiedział słodkim głosem, aż po plecach przeszły jej ciarki. Przez chwilę zastanawiała się, czy pomylili się z Harrym i młody mężczyzna w gabinecie wciąż był wrednym szesnastolatkiem.

— Niemniej jednak, wyrażaj się, bo masz… gościa.

Hermionę zawsze zastanawiało, jak to możliwe, by tak normalne słowo, można było zamienić w obelgę. Widocznie jad, który nadawał zwykłym słowom moc, można było wypić z mlekiem matki albo był dziedziczny.

Lucjusz odsunął się, a Hermiona zauważyła nawet z tej odległości, jak szare oczy rozszerzają się ze zdziwienia oraz niepewności.

— Granger?

— Malfoy.



Hermiona usiadła w fotelu naprzeciwko biurka, które wskazał jej mężczyzna. Czekając, aż porządzi trochę skrzatami, na co musiała mocno zacisnąć zęby, rozejrzała się po pomieszczeniu. Zauważyła kilka ramek ze zdjęciami, na których znajdowali się Orion i on, razem i osobno. Sięgnęła po to, co było najbliżej niej i przyjrzała się chłopcu, który wyglądał jakby miał lekko ponad rok, i siedział Malfoyowi na barkach. Zdjęcie było czarodziejskie, więc mogła zauważyć, że już wtedy uśmiechał się tak szeroko, że pokazywał wszystkie zęby. W głowie nawet słyszała perlisty śmiech, który przez te kilka dni poznała na pamięć, gdy mężczyzna zaczął się z nim kręcić i biegać po ogrodzie, jak szalony.

— Jak pijesz…

— Mam Oriona — przerwała mu zdenerwowanym głosem i powiodła spojrzeniem w jego stronę. Zauważyła, jak z twarzy spadła mu maska, a na jej miejscu pojawiło się zaskoczenie i napięcie. Jak za dotknięciem różdżki spostrzegła ciemne wory pod oczami i poszarzałą skórę, która straszyła niezdrowym wyglądem. Niepokój wręcz bił od całej jego postaci, a drżące dłonie zdradzały zdenerwowanie. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego nie zauważyła tego od razu, ale zrzuciła to na próbę utrzymania swoich własnych emocji w ryzach.

— Granger… — przerwał, ale Hermiona nie zamierzała go popędzać. — Skąd wiesz o Orionie? Jakt to go masz? Jak długo? I przede wszystkim, gdzie on, kurwa, jest? — warknął zdenerwowany, a ona mimowolnie podskoczyła na zmianę tonu. — Szukam go wszędzie!

Wzięła głębszy oddech i policzyła do dziesięciu, starając się opanować i nie odpowiedzieć równie opryskliwie. Bycie dorosłym i rozumiejącym innych czasem było trudne.

— Od dziesięciu…

— Dziesięciu dni! — krzyknął, podrywając się z krzesła, a ona razem z nim.

Nie zamierzała wdawać się w żadną kłótnię, ale jeśli Malfoy potrzebował wykrzyczeć swoje frustracje, wolała być mniej więcej na tym samym poziomie. Czuła się wtedy o wiele bezpieczniej, chociaż wiedziała, że to irracjonalne uczucie, bo nic jej tutaj nie groziło.

Draco Malfoy nie mógł być złym mężczyzną. Tak naprawdę nawet nie był złym dzieckiem, tylko zagubionym chłopcem, który od małego miał wpajane kłamstwa, uprzedzenia i rasistowskie opinie. Hermiona miała nadzieję, że tak, jak przez Lucjusza, a później Voldemorta nigdy nie miał szansy stać się swoją własną osobą, tak będąc uwolnionym po wojnie, nauczył się żyć dla siebie, decydować za siebie i zostać takim mężczyzną, jakim nigdy nie mógł być za dziecka.

— Tak, dziesięć. Rozumiem, że jesteś zły, ale usiądź, proszę? — zapytała z nadzieją. — Dla Oriona? — dodała, widząc zaciętą minę byłego Ślizgona. Kiedy usiadł, sięgnęła po filiżankę herbaty, do której dodała łyżeczkę miodu i jednym ruchem palca, posłała ją w stronę zdziwionego Malfoya, po czym zajęła się przygotowaniem napoju dla siebie.

— Orion uwielbia miód, a także mówić wszystkie mało istotne fakty o sobie i bliskich mu osobach — wyjaśniła, widząc nieme pytanie na zmęczonej twarzy. Kiedy nie odpowiedział, a jej zaczęły pocić się ponownie dłonie, zacisnęła palce mocniej wokół rozgrzanej porcelany.

— Znalazłam Oriona w mugolskiej części Londynu. Nie wiem, czy to czysty przypadek, czy tak miało być, jak to Kingsley lubi powtarzać, ale ciesze się, że tak się stało. Orion był przerażony… do tego stopnia, że w upalny dzień był zmarznięty i oblany zimnym potem.

— Kurwa — szepnął Malfoy, a Hermiona zauważyła, jak ściska blat biurka, by nie eksplodować.

— Nie wiem, ile tak stał, ale nikt, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Z początku chciałam zabrać go na policję, ale kiedy powiedział swoje imię, musiałam się upewnić... — przerwała, biorąc głębszy wdech, wiedząc, że kolejna część wypowiedzi może się jemu, jako czarodziejowi czystej krwi, nie spodobać. Wszak dotknęła swoją brudną magią, czystą i niewinną Oriona. — Sprawdziłam swoją magią jego. — Kiedy nie usłyszała żadnego komentarza, przekleństwa, kontynuowała. — Kingsley od dnia następnego próbował skontaktować się z innymi ministerstwami. U nas i w Anglii nie było żadnych dokumentów chłopca o imieniu Orion, w Niemczech też nie, a Francja odmówiła współpracy, broniąc się, że takie dane są tylko dla rodziny. Jestem wściekła, bo mogli się chociaż skontaktować z tobą, nawet jeśli do końca nie wiedzieli, o co chodzi! — zawowała. — Orion już dawno byłby w domu, z tobą, tatą, za którym tak cholernie tęskni, Malfoy!

— Czy on wie? — zapytał, a ona pokręciła głową.

— Nie byłam pewna — odpowiedziała. — Wiesz, jak dowiedziałam się, że jesteś jego tatą? — zapytała, ale nie czekała na jego odpowiedź. — W Grimmauld Place wciąż jest drzewo rodzinne Blacków. Od samego początku bardzo zainteresowało Oriona. Wyjaśniłam mu, co to jest, ale dopiero za czwartym razem, gdy przyłapałam go znowu przed tą głupią ścianą, spytał dlaczego jego tatuś tam jest, skoro nie jest Blackiem — powiedziała i zauważyła zrozumienie w szarych oczach mężczyzny. — Oboje wiemy, że Orion nie jest twoim synem z krwi i kości, więc nie chciałam ryzykować brania go ze sobą w taką podróż, nie mając pewności, że jesteś tym, kim mówił.

Orion jest moim synem — powiedział stanowczo, a ona uśmiechnęła się, przypominając sobie wybuch Oriona w bibliotece.

— Wiem.

— Adoptowałem go zaraz po tym, jak Wizengamot oczyścił mnie z zarzutów i dał pod nadzór Aurorów, miał tylko dziesięć miesięcy. Orion nie wie jeszcze, że nie jest… mój — wyjaśnił, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem, mimo że tak naprawdę nie rozumiała prawie nic.

Malfoy był nastolatkiem, gdy adoptował małe dziecko. Ale dlaczego? I czyj był Orion? Tyle pytań, których nie miała prawa zadać. A ciekawość i pragnienie poznania prawdy, wręcz ją zżerało.

Spojrzała na komórkę, a później na Malfoya.

— Za piętnaście minut uruchomi się świstoklik. Jesteś gotowy zobaczyć syna?



Hermiona ze łzami w oczach patrzyła na płaczącego ze szczęścia Oriona. Zauważyła nawet, jak Malfoy wierzchem dłoni wycierał swoje blade, nieogolone policzki, gdy przytulał małe ciałko. Harry wszedł do salonu z torbą, w którą spakował wszystkie rzeczy Oriona. Po jednym spojrzeniu w jej stronę, podszedł do niej i objął od tyłu jednym ramieniem. Czując jego ciepło, miała ochotę się w nim zatopić i wybuchnąć głośnym płaczem. Przez te wszystkie dni, gdy tak szukali taty ich — ich — małego chłopca, ani razu nie myślała, co się stanie, gdy już go znajdą.

Teraz wiedziała.

— Hermina! — krzyknął Orion, na co Malfoy parsknął śmiechem. Chłopiec puścił byłego Ślizgona i podbiegł do niej niemal podskakując na krótkich nóżkach. — Dziękuję.

Rzucił się w jej stronę, a gdy kucnęła by być na jego poziomie, poleciała do tyłu przez siłę uderzenia. Nie zwracając na to uwagi, zacisnęła swoje ramiona wokół niego, myśląc, jakby to było, gdyby już go nie wypuściła. Wciągnęła zapach i poczuła jabłkowy płyn dla dzieci.

— Mówiłam, że jak nie tatuś nas znajdzie, to my jego! — powiedziała łamiącym głosem, ale wciąż starała się brzmieć, jakby był to najszczęśliwszy dzień jej życia.

— Nie płacz, Hermina — szepnął smutno, a ją coś ścisnęło. Używając całej siły, jaką miała, zmusiła się do nikłego uśmiechu. — Tak lepiej. Piękna jesteś, jak mère — powiedział swoim słodkim, dziecięcym i podekscytowanym głosem, a z jej gardła wydobył się stłumiony płacz, chociaż nie zrozumiała co znaczy mère.

— Przepraszam… już… już nie będę — powiedziała, uśmiechając się przez łzy, czując przyjemne ciepło w sercu. Orion odwzajemnił jej uśmiech i podbiegł do Malfoya, który stał, przyglądając im się z torbą przewieszoną przez ramię. Orion coś mu powiedział, a później szybko do niej wrócił.

Znowu ją przytulił, szepcząc, że też będzie tęsknił, po czym włożył coś w jej dłonie i zniknął wraz z Malfoyem z Grimmauld Place.

Kiedy spojrzała w dół, zauważyła statek z papieru, który miał pełno kolorowych samochodowych pieczątek, a pomiędzy masztem a ściankami statku schował różę Pana Kostka. Statek nie był idealny, bo to pierwszy, w którego składaniu nie pomagał mu Harry. Cały był zrobiony samodzielnie małymi rączkami, które mocno trzymały cały jej świat.

— Mówiłem ci, żebyś przestała czekać, bo miłość sama cię znajdzie — powiedział Harry, a ona wtulona w niego wybuchła płaczem.



Pierwsze trzy dni, odkąd Orion wrócił ze swoim tatą do Francji, były ciężkie dla Hermiony. Po godzinie płakania w ramionach Harry’ego, zamknęła się w pokoju Syriusza, w którym ulokowali ich małego gościa. Powtarzając sobie, że zachowuje się głupio i przesadza, zakopała się w pachnącej Orionem pościeli.

Czując zielone jabłko i zapach, który jest specyficzny dla małych dzieci, wypuściła ze świstem powietrze spomiędzy drżących ust. Opatuliła się czerwoną pościelą i pozwoliła, by jej ciepło rozluźniło napięte mięśnie, a ćwierkanie ptaka w domku, który Orion zamontował z Harrym na parapecie okna, otuliło ją do snu.

Kiedy obudziła się kilka godzin później, w głowie dudniło jej od płaczu, a przez okno wpadała poświata księżyca.

— Nareszcie — usłyszała głos Harry’ego za sobą.

Czując owinięte wokół jej talii ramię, przekręciła się, by móc zobaczyć przyjaciela. Sięgnął do jej twarzy by wsunąć zbłąkany kosmyk włosów w elastyczną gumkę na czubku głowy.

— Czemu nie śpisz? — zapytała zachrypniętym głosem.

— Pierwszy raz od dziesięciu dni, nie wymęczyło mnie żadne dziecko — powiedział z uśmiechem na ustach — Chyba potrzebuję jakiegoś psa, z którym mógłbym zużywać energię — dodał, a ona pokiwała głową.

— Brakuje mi go Harry, tak cholernie brakuje, a to tylko dziesięć dni — szepnęła.

— Wiem — powiedział, sięgając do kieszeni jeansów. Wyciągnął coś z niej. — Daj rękę.

Hermiona sięgnęłą między nimi dłoń, na której były Gryfon ułożył delikatny łańcuszek z zawieszką. Przewróciła palcem zawieszkę, by lepiej jej się przyjrzeć, po czym sapnęła zaskoczona.

— Gobliny były wniebowzięte tym projektem — szepnął, unosząc się do pozycji siedzącej. Zabrał biżuterię z jej ręki i sięgnął za jej głowę, by pomóc jej zapiąć naszyjnik. — Powiedzieli, że jeszcze nigdy nie zamienili dziecięcego obrazka w srebro.

Chłód na rozpalonej skórze był przyjemny, wręcz kojący. Ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach spojrzała na Harry’ego, a później na zawieszkę, którą był mały srebrny statek, kiedyś z papieru, z kolorowymi diamencikami w kształcie garbusów. Idealna kopia statku Oriona, który wręczył jej wcześniej. Każde zgięcie, nawet delikatne rozerwanie na maszcie, wszystko było idealnie oddane.

— On za tobą też tęskni, nie da się inaczej.



Z ulgą nie do opisania, Hermiona rozsiadła się wygodniej w fotelu. Dzisiejszego ranka prawie w podskokach dostała się do Ministerstwa, a później do swojego biura. Nie mogła się doczekać aż minie weekend, by w poniedziałek wreszcie wrócić do pracy, a kiedy do niej wróciła, nie przeraził jej nawet stos dokumentów i kilogramy papierów. Otwartymi ramionami przygarnęła całą pracę, która nazbierała się pod jej nieobecność, bo wiedziała, że zajmie ona rozbiegane myśli i na chwilę zapomni o Orionie.

Szło jej całkiem dobrze. Podzieliła dokumenty na terminy, na bardziej i mniej ważne, i te, gdzie musiała postawić tylko swój podpis. Nim się obejrzała, wybiła godzina lunchu, na który nie miała specjalnej ochoty. Mimo tego sięgnęła do torebki, gdzie spoczywał pojemnik z sałatką i piersią kurczaka, którą przygotował dla niej Harry. Nie chcąc później słuchać wywodów na temat tego, że za dużo pracuje, nie dba o siebie i zacznie ją karmić jak małe dziecko, zdecydowała się zjeść choć trochę.

Już miała się rozkoszować fetą, gdy ktoś zapukał do drzwi.

— Proszę! — krzyknęła, po czym wyciągnęła kalendarz, który jej asystentka uzupełniła przełożonymi spotkania dla Hermionny. Kiedy usłyszała skrzypnięcie klamki, ciche kroki, ale nikt się nie odezwał, uniosła głowę, a jej żołądek ścisnął się ze zdenerwowania. — Malfoy… Czy coś się stało? — zapytała, a gdy nic nie odpowiedział, tylko obserwował ją, jakby czegoś szukał, dodała. — Orion?

Na samo imię, usta byłego Ślizgona rozciągnęły się w uśmiechu. Usiadł w fotelu naprzeciw niej i powoli rozejrzał dookoła.

— Orion — odpowiedział. — Nie wiem, jak tego dokonałaś, bo jest on nieufnym dzieckiem, ale zdaje się, że jest tobą… zauroczony — zakończył, robiąc śmieszną minę, kiedy wypowiadzaił ostatnie słowo. Skwaszoną, jakby spróbował najbardziej kwaśną cytrynę na świecie.

— Gdybym cię nie znała, to powiedziałabym, że to komplement.

— Lepszego nie dostaniesz — odparł. Przez chwilę widziała, jak nad czymś intensywnie myśli, nim spojrzał na nią, a jego twarz stała się nie do odczytania.

— Więc w czym mogę ci pomóc, Malfoy? — zapytała. — I gdzie mój ulubiony chłopak, byłam pewna, że przez jakiś czas nie wypuścisz go z zasięgu wzroku.

— I miałaś rację, jak zawsze, wszystko-wiedząca — odpowiedział i pierwszy raz nie miała mu tego za złe, bo wydawał się rozbawiony, a na ustach błąkał się lekki uśmiech. — Twoja asystentka nie chciała mnie wpuścić, kazała mi umówić się na spotkanie. Poszedłem więc do Pottera, przy okazji odbębniłem kontrolę różdżki. Orion jest z nim za drzwiami.

— Orion tutaj jest? — zapytała podekscytowana tak bardzo, że nawet nie zauważyła zaciekawionego spojrzenia, które posyłał jej Malfoy. — I ufasz Harry’emu?

— Orion dał mu taką rekomendację, że muszę mu chyba jakiś prezent kupić, może mi z tym pomożesz — powiedział.

— Najlepiej psa, strasznie się nudzi bez Oriona — powiedziała rozbawiona, a on przekrzywił śmiesznie głowę.

— Zobaczymy… A teraz, chciałabyś zjeść z nami lunch? Orion się ucieszy, widząc cię.

Nie odpowiedziała, a Malfoy parsknął bardzo nie Malfoyowskim śmiechem, widząc jak bursztynowe oczy zrobiły się wielkie ze szczęścia, a ich właścicielka kiwała gorliwie głową.



Hermiona westchnęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, gdy tak spoglądała na chłopca, który po godzinie latania po placu zabaw i zjedzeniu lekkiego lunchu, zasnął w jej ramionach. Przez dziesięć dni, które z nim spędziła, przywykła do tego słodkiego ciężaru, dlatego kiedy Malfoy chciał jej go zabrać, by ją odciążyć, odgoniła jego dłonie jak natrętną muchę.

— Daj mi jeszcze chwilę nim go zabierzesz — szepnęła. przymykając oczy. Mogła wtedy prawie udawać, że dalej nie znaleźli taty chłopca i wciąż przebywał z nimi na Grimmauld Place. Prawie, bo przeszkadzały jej szare oczy, które ani na chwilę nie spuszczał z niej wzroku.

— Chciałem ci podziękować… Gdybyś go wtedy nie zobaczyła… Nawet nie chcę o tym myśleć.

— Przestań. Nie powiem, że było łatwo, bo często mu cię brakowało, ale były to najfajniejsze dni od długiego czasu. Orion jest wspaniałym chłopcem, muszę powiedzieć, że spisałeś się z nim na medal! — powiedziała oraz z rozbawieniem obserwowała, jak jej towarzysza rozpiera duma.

— Muszę powiedzieć, że z twoich ust, Granger, brzmi to jak stoprocentowy komplement.

— Proszę, dobrze wiesz, że nim był. Zaczyna się robić chłodno. Może zechciałbyś wpaść do nas na herbatę? Harry ma coś dla Oriona.



Czując deja vu, Hermiona ułożyła na kanapie chłopca, który wciąż trzymał w rączce paczkę mgiełkowych żelek. Znając zamiłowanie Oriona do słodyczy, Harry od razu je kupił, nim jeszcze stały się nowością u George’a. Po zetknięciu ze śliną zmieniały się w buzi w mieszankę wybuchową owocowych smaków i stawały się… strzelającą mgiełką. Pod ramię włożyła mu Panią Kostkę, którą uszyła Molly, po tym jak Harry opowiedział jej o chłopcu. Na stopach miała czerwone baletki, a na głowie tiarę z czerwonymi różyczkami — była idealna dla Pana Kostka. Rzuciła zaklęcie, by młody Malfoy nie mógł spaść, przykryła go lekkim kocem i pocałowała w czoło, po czym skierowała się w stronę kuchni. W jej wejściu stał Malfoy, który obserwował jej poczynania z wyrazem twarzy nie do odczytania Prześlizgnęła się pomiędzy nim a framugą, by wejść do jasnego po remoncie pomieszczenia. Jasna zieleń ścian uspokajała jej rozszalałe ze zdenerwowania serce, bo teraz kiedy Orion spał, nie wiedziała, jak potoczy się dalej to niespodziewane spotkanie.

— Więc… — zaczęła, a Draco jej przerwał.

— Wierzę, że dalej pamiętasz, jaką piję herbatę — powiedział, a ona poczuła ulgę, wiedząc, że daje jej czas na zebranie myśli przy robieniu ciepłego napoju.

Krzątając się w kuchni, wyciągając kubki, saszetki i miód z szafek, nastawiła czajnik elektryczny. Błagała, by czas gotowania wody wydłużył się o jakieś kilkanaście minut.

Zagrzała się po pół minuty. Jej pech.

Gotowe napoje postawiła na filcowych podkładkach, a z szafki wyjęła rurki waflowe o smaku czekoladowym z miętowym nadzieniem.

— To wcale nie jest niepokojące, że wiesz, jak piję herbatę, choć nie widzieliśmy się tak naprawdę od mojej sprawy te cztery lata temu, to jeszcze masz moje ulubione mugolskie łakocie.

— Wcale — przyznała, uśmiechając się na rozbawiony głos byłego Ślizgona. — Widzę, że od Hogwartu pod tym względem się nie zmieniłeś, a Orion ma zamiłowanie do wszystkiego co słodkie po tobie. Jesteście jedynymi osobami, które tolerują Lukrowane Toffi, a mają one w sobie więcej cukru, niż wszystkie słodkości w Miodowym Królestwie.

— Cóż mogę powiedzieć, rodzice mnie pod tym względem nigdy nie pilnowali, a do tego zasypywali tonami słodyczy — rzekł, by po dłuższej chwili dodać — wszystko, by mieć chwilę spokoju.

— A już chciałam powiedzieć, że cię rozpuścili — mruknęła, sięgając po jedną rurkę.

— Och, Granger, chyba nie zapomniałaś, że mówisz o rozwydrzonym księciu ze Slytherinu? — zapytał, udając zdziwienie, a kobieta parsknęła śmiechem, który próbowała zagłuszyć przyłożeniem dłoni do ust. 

— O byłym rozwydrzonym księciu ze Slytherinu, owszem, zapomniałam! To czar Oriona i tych wszystkich jego opowieści. Nie pomyślałabym, że ten chłopiec, który uważał, że mugole są poniżej jego godności, gdy dorośnie, będzie żył w ich świecie, uczył swojego syna piłki nożnej, odrabiał zadania z matematyki i chodził z nim na place zabaw.

— Lubię zaskakiwać — powiedział, sięgając po kubek z letnią już herbatą. Zamoczył w niej usta, a te szare oczy wręcz ją paliły, gdy czuła na sobie cały czas to nie odgadnięte spojrzenie. Miała wrażenie, że zastanawia się bardzo intensywnie nad tym, co jeszcze chce i może jej powiedzieć. A kiedy usłyszała kolejne słowa wypływające z wąskich ust, zrozumiała czemu mógł mieć obawy, by powiedzieć to, co chciał. — Chociaż wierz mi, gdyby nie wojna i fakt, że musiałem zaopiekować się Orionem, bo moi rodzice nie dostali by do niego praw, a nie chciałem by wylądował w Walii i każdy go nienawidził za zbrodnie jego rodziców, to nadal byłby tym pieprzonym gnojkiem, któremu złamałaś nos.

— To kim byli jego rodzice? Nie wierzę, że ktoś mógłby go nienawidzić przez to, kto jest jego rodzicami.

— Nie chcę, byś zmieniła o nim zdanie — powiedział niepewnie, a Hermiona poczuła ssącą ciekawość w podbrzuszu, mimo lekkiego niepokoju, który zaczął skradać się i owijać swoje lepkie macki wokół jej osoby.

Draco wstał z krzesła i bez słowa skierował się do salonu, gdzie na kanapie wciąż smacznie drzemał Orion. Usiadł na fotelu, który stał od strony kanapy, gdzie leżała chłopca głowa.

Wciąż trzymając kubek z herbatą, którą podgrzała jednym skinieniem palca, czując zimne dreszcze przebiegające jej po plecach przez obrót, jaki obrała ich rozmowa, skierowała się do wersalki. W przeciwieństwie do mężczyzny nie usiadła na wolnym fotelu, a raczej spoczęła na kanapie, układając sobie chłopca nogi na swoich kolanach.

Niby kto taki mógł być rodzicem Oriona, nim Malfoy go adoptował magią krwi, robiąc z niego Malfoya, że były Ślizgon obawiał się jej reakcji i zmiany nastawienia do tego cudownego chłopca?

— Nie zmienię — przyrzekła, doskonale wiedząc, że nawet jakby był synem Voldemorta, to i tak nie zmieniłoby to jej uczuć do tego małego urwisa z czupryną czarnych włosów.

— Nie wiesz tego.

Czupryną czarnych włosów. I niebieskich oczu. Myśl Hermiono, myśl. Czarne włosy, niebieskie oczy, powiązany z rodziną Malfoyów, ale Malfoyowie nie posiadali takich cech.

Serce zabiło jej mocniej.

Kiedy pierwszy raz zobaczyła Oriona, wydał jej się dziwnie znajomy, jakby już kiedyś go widziała. Tak naprawdę widziała takie włosy i kolor niebieskich tęczówek, praktycznie idealnie takich samych, na ile to było możliwe, bo wszyscy wiedzieli, że nie ma takich samym drugich oczu na świecie.

Syriusz.

Tylko, że nie mógł być Syriusza, więc czyj?

— Bella… — Z jej ust wydobył się drżący szept. Widzą, jak Draco napina mięśnie, jakby oczekiwał ataku, rozluźniła palce na porcelanie, a jej pobielałe palce wróciły do naturalnego koloru. — Dlaczego miałoby to cokolwiek zmienić?

— Bo jest synem kobiety, która nienawidziła cię całą sobą, chciała zobczyć martwą i torturowała w moim rodzinnym domu?

— Powiedz mi, czy ty znienawidziłeś swoich rodziców po tym, jak musiałeś się dla poświęcić nich? — dopytała, do końca nie będąc pewną, czy uzyska odpowiedź. Jednak bardzo na to liczyła.

— Nie — odparł, a w lekko zachrypniętym głosie wyczuła nutkę napięcia i niepewności.

— Dlaczego?

— Bo mimo wszystko ich kocham — odpowiedział, a Hermiona pokiwała ze zrozumieniem głową.

— Ja pokochałam Oriona, Draconie — powiedziała, odgarniając czarne włosy z czoła chłopca. Po czym uniosła spojrzenie na byłego Ślizgona. — Zresztą, on jest twój, nie Belli.

Pierwszy raz, odkąd zobaczyła go te kilka dni temu, Hermiona zauważyła, jak maska, którą zawsze przywdziewał, rozsypuje się na kawałki pod wpływem jej słów. Szare oczy zrobiły się wielkie, a było w nich widać tyle emocji, że zakręciło jej się w głowie na myśl, co musi się dziać w jego wnętrzu.

Szok. Niedowierzanie. Zaskoczenie. Zaciekawienie. Uznanie. Szczęście. Ulga. Miłość.

— Jeszcze żadna kobieta, z którą myślałem, że mogę dzielić życie, nie potrafiła pokochać Oriona — powiedział oniemiały. — A wszystko, co musiałem zrobić, to wrócić do Anglii i dać ci na dziesięć dni, dzięsięć! dni Oriona. Nie wiem, jak to zrobiłaś.

— Przestań — mruknęła.

— Nie. Jestem śmiertelnie poważny, Granger. Żadna go nie pokochała, bo Orion jest trudnym dzieckiem, mówię to z bólem, ale taki jest fakt. I za każdym razem, gdy miałem kogoś, na kim mi zależało, on nie dał się im poznać, nie chciał pokazać, jak cudownym jest chłopcem i je odtrącał. Ale ty, ty pojawiasz się w naszym życiu...

— Teoretycznie, to on w moim… — mruknęła, ale Draco kontynuował, ignorując ją.

— … i w dziesięć dni, dziesięć! przekonujesz do siebie Oriona, gdzie niejedna miała miesiące, rozumiesz co to znaczy? Dziś pojawiliśmy się w twoim biurze, tylko dlatego bo od tygodnia nie zamykał się i mówił tylko o tobie. Bo Hermina to, a Hermina tamto. Uwielbiam go, ale myślałem, że ucho mi zwiędnie.

Mówił i mówił, a Hermiona czuła, jak policzki jej różowieją. Czuła uderzające w nią gorąco, ale nie było ono spowodowane upałem wciąż szalejącym na zewnątrz, a tyradą wydobywającą się z ust arystokraty. Wypluwał on z siebie taki zasób słów i z taką prędkością, że momentami nie mogła go zrozumieć, a innymi chciała bardzo nie rozumieć, bo komplementy od Malfoya nie były codziennością i sprawiały, że czuła się niepewnie.

— Draco… — szepnęła jego imię, gdy wołanie po nazwisku nic nie dało.

Zamilkł na chwilę, a ona odetchnęła.

— Nie rozumiesz — powiedział. Potarł dłońmi twarz, na której odbił się temat ich rozmowy i poważnie na nią spojrzał. Zniknął szelmowski uśmieszek w kąciku ust, rozbawiona nuta w głosie i sarkastyczny humor. Zostało to penetrujące spojrzenie, ale szukające czego, nie wiedziała. — Mère, znaczy mama po francusku, Granger.

— Ale… Ale… — zamilkła. Nie wiedziała, co miała na to odpowiedzieć. Za to czuła wypełniające ją powoli szczęście, które próbowała stłamsić. Nic dobrego z tego nie mogło wyjść.

— Chciałem się ciebie spytać na lunchu, czy chciałabyś widywać Oriona, ale teraz myślę, że…

— Przepraszam! — pisnęła, po czym przykryła zaskoczona usta dłonią.

— … że dostając jego, dostajesz w pakiecie mnie — powiedział, znowu ją ignorując, a Hermiona zamrugała powiekami, próbując zdecydować, czy śni. — Moje piętnastoletnie ja pewnie wali gdzieś głową w mur, ale ja chciałbym poznać kobietę, którą się stałaś, bo musisz być wyjątkowa, skoro skradłaś serce mojego syna.

— Wyjątkowa… — wyjąkała, a on się zaśmiał.

— Tylko tyle zrozumiałaś? — zapytał, a ona wystawiła mu język, na co pokręcił rozbawiony głową. — Wyjątkowa, ale jeśli komuś powiesz, że to powiedziałem, wszystkiego się wyprę!

— Więc?

— Więc randka. Byłaś kiedyś w Luwrze?



* mère - znaczy mama po francuzku.
* mgiełkowe żelki wymyśliła Wiktoria R. z grupy Dramione PL na facebooku, bardzo dziękuję! <3 

2 maj 2017

Tying The Nott Chapter III





Oryginalny tytuł: Tying the Nott
Autor: ShayaLonnieBeta: Katja
Zgoda: Jest




Wiem, wiem. Miał być 30 Kwietnia! Ale jeśli przeczytaliście tłumaczenie Black Rose, to bardzo dobrze wiecie z czego wynikało te dwu dniowe opóźnienie, jeśli nie, to serdecznie na tą miniaturkę zapraszam. Jednak nic już na to nie poradzę, nie będę przepraszać jeszcze raz, ale za to od razu zapraszam Was na tak długo wyczekiwana trzecią część! Ciekawi, co postanowi Panna Granger?:> 

5 Marca 2004

Hermiona odeszła od Malfoya i wybiegła z kawiarni najszybciej, jak tylko mogła. Obietnica, że jeszcze rozważy ślub z jego przyjacielem — z kompletnym nieznajomym — wisiała w powietrzu. Miała zamiar iść cieszyć się przyjemnym, tradycyjnym już obiadem w weekendy z rodzicami w ich domu, a później wrócić do domu, by zastanowić się nad sposobem wyjaśnienia Draconowi, że prędzej piekło zamarznie niż zwiąże swoje życie z Theodorem Nottem. Złączyć siebie i swój rdzeń z jego osobą... 

Może powinna się skontaktować z Billem i zobaczyć, czy istniał lepszy Łamacz Klątw niż Nott, by sprawdzić klątwę Mrocznego Znaku. Ciepła herbata, ciasteczka i wieczór z książkami oraz poszukiwaniami — to właśnie coś, co pomoże jej odwrócić uwagę od poczucia winy, w które wpędził ją Malfoy. 

Problemem był fakt… że wcale się nie pomylił — czego nienawidziła — co do jej tendencji do poświęcania siebie. 

Praca z Draconem, nie mówiąc już o uczęszczaniu do tej samej szkoły przez siedem lat, nauczyła Ślizgona, że Hermiona była gotowa zaryzykować własne życie, by ocalić inne. Jej krucjata, by uwolnić Skrzaty domowe w czasie czwartego roku, nigdy tak naprawdę nie dała o sobie zapomnieć. Tak naprawdę stoczyła publiczny pojedynek z czarodziejem znęcającym się nad skrzatem, rok temu, przez co Draco musiał śpieszyć z nią do Świętego Munga po tym, jak oberwała wyjątkowo paskudnym zaklęciem tnącym, a Harry aresztować jej przeciwnika. 

— Jesteś idiotką — powiedział wtedy Draco, kiedy uzdrowiciel magią zszywał jej skórę ramienia. 

Ron, który już był w szpitalu z Artiem, który dostał łagodnej smoczej ospy, skrzywił się w stronę Ślizgona. 

— Odwal się, Malfoy. 

— Odwal się, Mowfoy — powtórzył Artie i zachichotał. 

— Cholera — mruknął Ron. — Nie mów tak przy mamusi — dodał, na co chłopiec wybuchnął śmiechem, by następnie kichnąć i wydmuchać iskry z nosa, które poleciały na szaty jego taty, podpalając je.

— Kurwa, kurwa! — krzyknął. — Pieprzona smocza ospa! Artie, weź eliksir! 

— Nie! — wykrzyknął histerycznie. 

Hermiona zaśmiała się, krzywiąc się lekko, gdy uzdrowiciel zakończył pracę nad jej ramieniem. — Chodź do cioci Hermiony — powiedziała i rozłożyła ramiona dla chłopca z pozieleniałą twarzą. 

— Tatuś powiedział cholera — szepnął Artie Hermionie na ucho i ponownie zachichotał. — Mamusia się wścieknie!

— Właśnie tak. — Hermiona z uśmiechem sięgnęła po eliksir znajdujący się w dłoniach Rona, po czym podała go dziecku, które wzięło go od niej bez żadnego marudzenia, co wywołało niedowierzenie na twarzy Rona. 

Draco przewrócił oczami. 

— Ratowanie skrzatów domowych, wilkołaków, a teraz jeszcze przytulasz się z gryzącym kostki nosicielem Smoczej Ospy. Na Merlina, Granger, czy ty nie masz żadnego instynktu samozachowawczego?

Była w stanie zrobić prawie wszystko, by ocalić czyjeś życie. Ale małżeństwo? Po tym wszystkim, co przeszła w czasie wojny, nie zasługiwała przynajmniej na coś romantycznie normalnego? Nie mogła mieć oddania jak Draco z Luną? Pasji jak Blaise i Ginny? Miłości Harry’ego i Dafne? I czegokolwiek, co mieli Ron z Pansy? 

Harry. Boże. Draco powiedział, że Dafne była skłonna zerwać zaręczyny, żeby tylko ocalić Theo poprzez ślub z nim. Było to okrutne dla Malfoya, by rzucić tę kartę przetargową na stolik. Hermiona niemal czuła się szantażowana; miłosne życie Harry’ego za jej własne. Merlinie, dopomóż jej, wiedziała, że zrobi to, jeśli do tego miało dojść. Harry Potter zasłużył na szczęśliwe zakończenie po tym wszystkim, a Hermiona rozprawi się z każdym, kto wejdzie w drogę temu szczęściu. 

Zepchnęła swoje problemy na bok, kiedy pojawiła się w domu rodziców, teleportując się na końcu ulicy, by przejść resztę drogi. Mimo zapewnień, że ciągle czuli się swobodnie wokół magii — nawet kiedy zostali dzięki niej zmanipulowani przez ich własną córkę — Hermiona zdawała sobie sprawę, że czasami odczuwali niepokój. Raz teleportowała się prosto do ich salonu i przestraszyła matkę tak mocno, że obie kobiety skończyły na płakaniu. 

— Jak praca, kochanie? — zapytał ją ojciec przy obiedzie. Brązowy ryż i warzywa na parze zajmowały większą część ich talerzy, zamiast tradycyjnej już przepysznej lasagne jej mamy czy ulubionego chińskiego żarcia na wynos, które zdecydowanie wolał jej tata. 

— Jesteście na diecie? — zapytała w zamian, wskazując na sałatę, która zdawała się nie mieć nawet sosu. Spojrzała na mamę, która była zdecydowanie zbyt szczupła, by nawet myśleć o zmiejszeniu swojej wagi, a jej tata też wyglądał, jakby zgubił z sześć albo i dwanaście kilogramów przez ostatnie lata. Hermionac zrzucała to na stres związany ze wszystkimi informacjami o czarodziejskiej wojnie — przynajmniej tymi, o których chciała im powiedzieć. 

Jej mama, Helen, zmusiła się do sztucznego uśmiechu. 

— Nie bądź głupia, moja droga — powiedziała, zaczynając przesuwać warzywa po talerzu, wcale ich nie jedząc. — Po prostu staramy się być bardziej świadomi tego, co jemy. 

Kłamstwo. Hermiona rozpoznała je od razu. Praca z Draconem Malfoyem miała wiele negatywnych aspektów, ale jednym z plusów był fakt, że nauczyła się spostrzegać nieprawdę dzięki mistrzowi w tym fachu. Tylko dlaczego jej mama miałaby kłamać na temat jedzenia?

— Co się dzieje? — zapytała.

— Jak tam praca? — Jej ojciec, Richard, powtórzył swoje pytanie. — Wciąż się dogadujesz z tym małym zepsutym terrosystą ze szkoły? — zapytał ze śmiechem. 

— Co ukrywacie? 

Helen uśmiechnęła się i odchrząknęła. 


— Czy żona Rona doczekała się już rozwiązanie? Czy nie miała daty na wiosnę? 

Hermiona zmrużyła oczy. 

— W następnym miesiącu. Dlaczego mnie okłamujecie?

Richard westchnął głośno, wstał od stołu, by skierować się do kuchni i wrócić chwilę później z butelką starej szkockiej oraz dwoma szklankami w dłoni. Rozlał drinki, wręczył jeden Hermionie, a drugi postawił przed sobą. Helen stuknęła palcem w powierzchnię stołu koło siebie i uniosła wyzywająco brew w stronę swojego męża. Richard spojrzał na nią z nachmurzoną miną, bezgłośnie błagając ją, ale zastukała w stół mocniej i mocniej, aż westchnął pokonany i popchnął szklankę w stronę żony. Sam wstał i wrócił z nową szklanką dla siebie. 

Hermiona wychyliła drink na raz, domyślając się, że będzie go potrzebowała. 

I to jak. 

— … nie czuję się dobrze od jakiegoś czasu… lekarze nie wiedzieli, co to jes

Czuła się, jakby ściany jadalni zamykały się i zaciskały wokół niej. 

— … nie chcieliśmy cię martwić… ból nie jest już tak zły w ostatnich dniach, chociaż nigdy nie wiesz, czy to dobry znak, a tak przynajmniej mówią… 

Serce mocno łomotało jej w piersi i czuła rwący puls z jednej strony głowy, zagłuszający większość słów rodziców. Jedne słowa i zdania była wstanie wyłapać pomiędzy uderzeniami serca i spanikowanymi oddechami, ale tylko jedno dźwięczało najgłośniej spomiędzy ich wszystkich.

Śmiertelny. 

— Czy to przeze mnie? — Hermiona przerwała niezręczną ciszę, gdy jej rodzice w końcu zamilknęli. — Czy to dlatego, że… — zadławiła się płaczem, nie będąc w stanie dalej mówić. 

— Nie — zapewniła córkę Helen. — Jest to rzadkie i oni… nie wiedzą, co mają jeszcze z tym zrobić. To nie ma nic wspólnego z twoją zmianą naszych wspomnień. To nie ma nic wspólnego z magią. 

Hermiona spojrzała w dół, na dłonie, które trzymała jej mama, siedząc obok niej na kanapie. Kiedy przenieśli się do innego pokoju? Czy dłonie jej mamy zawsze były takie małe? Dlaczego ją pocieszała? Nie ona powinna pocieszać mamę? Czy nie powinna była robić coś, by to naprawić? Była czarownicą, na gacie Merlina! 

— Może magia… Powinniśmy iść do Św. Munga i… 

— Nie. 

Hermiony rozmazany wzrok uniósł się, a ona zamrugała kilka razy, by pozbyć się łez i móc zobaczyć jej zdecydowanego tatę, stojącego obok końca kanapy. 

— To nie to, że nie ufamy magii, raczej to… że już próbowaliśmy tej opcji — przyznał. — Przez lata utrzymujemy kontakt z Minerwą i Poppy. To one robiły nam wizyty kontrolne po tym, jak zwróciłaś nam nasze wspomnienia. Więc kiedy twoja mama zachorowała, a mugolscy lekarze nie mogli już pomóc, poprosiliśmy ich o pomoc. Chociaż może jakiś z tych twoich Uzdrowicieli mógłby coś zrobić. 

— I? 

Potrząsnął głową. 

Wzięła głęboki wdech i wytarła wierzchem dłoni oczy. 

— Więc co robimy teraz? — zapytała, przygotowując się na walkę. Jej rodzice się nie odezwali. — Co robimy teraz? — zapytała ponownie, tym razem unosząc głos. 

— Nic — odpowiedziała miękko Helen. — Richard, przynieś książkę. Będzie chciała zobaczyć. 

Richard opuścił pokój ponownie, by wrócić chwilę później z wielkim trzykołowym segregatorem, wypchanym papierami. 

— Tu jest wszystko, co dotyczy choroby twojej mamy. Każda jedna recepta, opinie każdego lekarza i specjalistów, których widzieliśmy, dodatkowe poszukiwania, które zrobiliśmy sami z różnymi dziennikami czy ze znajomymi z uniwersytetu — powiedział, wręczając jej książkę. — Wiemy, że chciałbyś przeszukać to wszystko sama, ale… księżniczko, nie licz na wiele — dodał łamiącym się głosem. 

Helen się uśmiechnęła. 

— Nie powiedzieli, jak wiele czasu mi zostało, ale szczerze, wolę nie wiedzieć. Wolę żyć przez resztę dni, najbardziej normalnie, jak się da. To jest moja decyzja i chciałabym, żeby wszyscy ją uszanowali. Teraz… Powiedz nam, co słychać w pracy — powiedziała, a w głosie pobrzmiewała prośba. 

Hermiona zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć wszystko, czego się dowiedziała. Przywołała swoją gryfońską odwagę, jeszcze bardziej pewna niż kiedykolwiek wcześniej, że gdyby jej mama była czarownicą, należałaby do domu Godryka. Hermiona wzięła jeszcze jeden, powolny wdech, by się uspokoić i odchrząknęła. 

— Ja… Wreszcie udało mi się nakłonić Wizengamot do obniżenia kosztów wywaru Tojadowego. 

— Och! — Helen wykrzyknęła radośnie. Zachowanie to zszokowało córkę, która wciąż się zastanawiała, jak jej mama mogła być tak spokojna w perspektywie umierania. — Czy to pomoże, och… Lupin, prawda? — zapytała. — Był zawsze takim miłym mężczyzną. 

Hermiona powoli pokiwała głową. 

— Tak, on… umm… To właśnie z nim pracowałam i… Przepraszam, nie mogę… Nie mogę tego zrobić. 

Helen złapała Hermionę za dłoń. 

— Potrzebuję normalności — powiedziała córce. — Nie chcę być smutna albo przerażona. Pragnę kontynuować relację z moją córką, dowiadując się o jej życiu jak najbardziej regularnie się da. Dorosłaś za szybko przez okoliczności, nad którymi nie miałaś kontroli, i nie chcę, żebyś wypełniła teraz swoje życie zajmowaniem się mną. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat i musisz robić normalne rzeczy. Nie chcę niczego żałować. Ja… ja już mam ich za dużo. 

Kobieta spojrzała na mamę, wreszcie widząc pęknięcia w fasadzie, która ukazywała się w jej zmęczonych oczach. 

— Nie będziesz niczego żałować — przyrzekła. — Obiecuję ci to. 

Helen poklepała dłoń Hermiony. 

— Och, będę miała i się pogodzę z… z tym, że nigdy… Nigdy nie zobaczę… Jak będziesz miała swoje własne dzieci, jak weźmiesz ślub albo… — I w końcu polały się łzy.

Hermiona usunęła się z kanapy, gdy jej ojciec podszedł, by zająć miejsce przy boku matki i zamknąć w ramionach żonę, a ona stała tam z otwartymi ustami, jej mózg przetwarzał miliony pomysłów na sekundę, gdy ona próbowała się skupić na jednym sposobie, by wszystko naprawić. Jej mama umierała, a ona nic nie mogła zrobić, by ją ocalić, do tego sprawiła, że chora kobieta się rozpłakała. Ale musiała być odważna. Gryfoni byli odważni. Odważni, rycerscy, umyślni, brawurowi i… Lekkomyślni.

Och, to był tak bardzo zły pomysł. Myśl przeleciała przez jej umysł, gdy z jej ust wydobyły się te trzy słowa: 

 Właściwie to jestem zaręczona. 

Jej rodzice odwrócili się i wpatrzyli w nią z szeroko otwartymi oczami. Jej mama przestała płakać. No cóż, przynajmniej to zadziałało, pomyślała Hermiona, gdy zasypali ją stertą pytań. 

— On, umm… To stało się całkiem szybko. Bardzo nie jak ja, wiem — powiedziała, czując się sfrustrowana. — Nazywa się Theodore Nott. Tak, byliśmy razem w Hogwarcie, ale w innych domach. Słucham? — zapytała i chrząknęła. — Ummm… Ślizgon. Nie, nie był jednym z tych niemiłych dla mnie chłopców. Tak naprawdę to się… nie znaliśmy… wtedy. Tatuś, mogłabym dostać jeszcze jeden drink? — Hermiona zaczęła się nerwowo śmiać. — Umm… Draco, tak naprawdę… Draco nas umówił. Umówił mnie — powiedziała przez zaciśnięte zęby. — Och, dzięki ci, Merlinie — powiedziała, gdy jej tata wręczył jej kolejny drink, który szybko wypiła. 




Hermiona przełknęła głośno, jak wypadła z wyznaczonego na sieć Fiuu kominka w Malfoy Manor, zielone płomienie zniknęły za nią. Jej włosy były w nieładzie, maskara rozmazana na twarzy, a szminka, która ozdabiała jej usta, zniknęła, odbijając się na postawionych przed nią przeróżnych drinkach w Dziurawym Kotle, do którego poszła po odwiedzeniu rodziców.

— Wychodzę za mąż! — wykrzyknęła Hermiona do zatłoczonego pubu, unosząc szklankę ognistej w geście toastu. Okrzyki uniosły się wokół niej, a kilka osób kupiło jej nawet gratulacyjny napitek.

Pewien czarodziej wyszczerzył się do niej od ucha do ucha. 

— Kim jest ten farciarz, piękna pani? — zapytał, a ona parsknęła śmiechem. 

— Nie mam, kurwa, zielonego pojęcia. Nawet nie pamiętam, bym spotkała tego drania — powiedziała i osuszyła pokal piwa do dna, nie zdając sobie nawet sprawy, że należał on do kogoś innego.

Hannah ostatecznie popchnęła ją do kominka, przez sieć Fiiu, przerywając jej rozmowę, sama z niedowierzeniem wpatrując się w kobietę, gdyż Hermiona wykrzyknęła: Malfoy Manor nim zniknęła. 

— Granger? Kurwa mać, odbiło ci? — wykrzyknął Draco, kiedy do niej podszedł, z oświetlającą mu drogę różdżką w dłoni. — Czy ty wiesz, która, do cholery, jest godzina?! 

— Myślę, że ona jest pijana, Draco — powiedziała cicho Luna, przechodząc koło swojego męża. — Rozumiem, że powiedziałeś jej o Theo? 

Draco niechętnie potwierdził ruchem głowy, wyglądając, jakby poczucie winy trochę go męczył pod czujnym spojrzeniem blondynki. Najwidoczniej mieli plan, jak rozegrać całą sytuację, ale Draco się go nie trzymał. 

Hermiona zachichotała na zimnej, marmurowej podłodze, miejsca, w którym właśnie się znajdowała. 

— Będziesz moją druhną, Luna? — wybełkotała. — Nie wydaje mi się, by Ron i Harry wyglądali dobrze w tafcie. 


*tafta — materiał jedwabny.




Pamiętaj, że Twoja opinia wiele dla mnie znaczy, jedno małe słowo, świadomość ile z osób, z których wchodzi na bloga, nie zamyka od razu strony, a faktycznie czyta to co piszę, tłumaczę. Dlatego będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad: jedno słowo, emotka, czy nawet oznaczenie nad etykietami, jaki twoim zdaniem był tekst. 

Tying The Nott Chapter II

W BUDOWIE. 

30 kwi 2017

Black Rose

Tytuł o.: Black Rose
Rodzaj: Romance/Drama
Rating: M
Status: Miniaturka/Tłumaczenie/Zakończone
Zgoda: Czekam!
Ostrzeżenie: wulgaryzmy/sceny seksu/wzmianka o narkotykach
Beta: Katja z betowanie.blogspot.ie, która przetłumaczyła dla Was nawet jeden fragment, będzie od oznaczony * na początku i jego końca ;  ) 

Summary: Draco powoli zakochiwał się w Hermionie, swojej współpracownicy, która go szczerze nie znosiła. Równocześnie był zaangażowany w namiętny związek opartym na seksie z Black Rose, przepiękną tancerką w czarodziejskim grzesznym klubie nocnym — jednak prześliczna czarownica zawsze, kiedy byli razem, miała maskę karnawałową na twarzy.

Witajcie Kochani w ten ważny dla mnie dzień! Tak, tak, kolejna cyferka się zamieniła za dwójeczką i znowu jestem starsza o rok. Jakoś specjalnie inaczej się nie czuję, no okej, w tej chwili to jestem wykończona i mam generalnie zlasowany mózg po zarąbiście ciężkim tygodniu w pracy i suprise party dla przyjaciela wczoraj. Dawno tak dobrze się nie bawiłam i to w towarzystwie samych irish people! Gry karciane, gdzie piło się miks alkoholowy z kubka (stary dobry Jack Daniells z pepsi, szampan, co śmierdział occtem, nie dobre piwo, wódka z sokiem do rozcieńczania z wodą i kolejny drink) - i tak, zgadliście, ja przegrałam i musiałam tą mieszankę wypić! A dziś? Misiek widząc, jak ciężki miałam tydzień, zgodził się z okazji mego święta iść do kina. Randka z Piękną i Bestią? Yes, please <3 

Dzisiejsza miniaturkę dedykuję Wam, moi drodzy, jak mój prezent dla Was ode mnie! Mam nadzieję, że spodoba Wam się tak samo mocno, jak mi. Jest inna, zaskakująca, wciągająca i pełna emocji, zwłaszcza w samej końcówce, która potrafi zniszczyć, by w ostatnich zdaniach poskładać nas cegiełka po cegiełce i pokazać ciepłe słońce nieśmiało wyglądające zza szarych chmur. 

Zapraszam!


Była niczym trucizna.

Najmroczniejszy, a przy tym najsłodszy i cierpki eliksir — śmiertelny przy pierwszym dotyku. Jej zapach… Ta kosmiczna i niebezpieczna mieszanka cynamonu, cytrusów i sosny — był niczym zabójczy koktajl pożądania, drapieżny afrodyzjak. Oczy, w których płonął nieujarzmiony ogień, jej ciało — niczym gładko wyrzeźbione dłutem. Smakowała czarnymi czereśniami. 
Była zbyt piękna. 

Draco czuł jej toksyny wolno rozchodzące się po jego ciele, przechodzące do krwiobiegu, by zatrzymać jego serce po każdym uderzeniu. 

Zabijała go. 

Ale nigdy nie przestanie do niej przychodzić. Smak jej jadu był jedyny w swoim rodzaju i zbyt kuszący. 

Czuł pod stopami drżenie spowodowane głośnym basem, którego melodia zgubiła się gdzieś w ścianie, oddzielającej go od głównego parkietu klubu. I jeszcze raz znalazł się u jej drzwi jak zwykły najemnik, czekając na pozwolenie, by wejść do środka. Jeszcze nigdy mu nie odmówiła, jak twierdziła, że zrobiła to z dziesiątkami innych beznadziejnych, śliniących się na jej widok mężczyzn. 

Myślał, że to kłamstwo. Nie była na wyłączność, a już na pewno nie dla niego. 

Ale ignorował to kłamstewko, bo był uzależniony, i tak jak z mugolską amfetaminą, z którą eksperymentował, rzucenie było niemalże niemożliwe. 

Drzwi zostały otwarte z chwilą, gdy bas zmienił się na inną, bardziej skoczną piosenkę, a on wszedł do jej prywatnego pokoju, zesztywniały i cichy. Pomieszczenie było wypełnione wonią perfum — jej perfum — które połączyły się dziwnie z wodą kolońską ochroniarza kobiety.

Pociły mu się dłonie. Zawsze tak się działo, gdy miał ją za chwilę zobaczyć. 

Krzesło, na którym siedziała, nie było odwrócone ku niemu, ale i tak mógł zobaczyć jej niesamowite, szczupłe nogi, skrzyżowane na oparciu. Powoli i kusząco wyprostowała je, po czym przekręciła krzesło.

— I jak? — wychrypiała, a jej głos był zabarwiony tym pięknym, ale wciąż niemożliwym do rozgryzienia akcentem, który miała. 

— Pięknie — wyszeptał. 



Przynajmniej miała powód, prawnie uzasadniony, by pracować w Departamencie Tajemnic. 

Obiecała sobie, że po wojnie pozbędzie się wszystkich lęków, jakie nawiedzały ją w tym okropnym czasie. I jeden z nich był właśnie ukryty pomiędzy tymi ścianami. Lęk, który prześladował ją w snach noc w noc, karmiąc jej umysł obrazami czarnego marmuru i świecącymi kulami. 

Przygotowała się i zebrała w sobie całą odwagę, żeby odegnać strach poprzez całkowite zatracenie się w sprawie i pozwolenie na to, żeby każdy aspekt procesu pochłonął jej uwagę.

Najgorsze, że kiedy strach zaczął znikać…

Pojawił się on. 

Hermiona pracowała w Sali Czasu. Był to zawód logiczny, idealnie dobrany do jej zdolności — zwłaszcza gdy wzięło się pod uwagę jej doświadczenie ze Zmieniaczem Czasu — i był wystarczająco związany z Salą Przepowiedni, co spełniało jej psychologiczne potrzeby. Każdego dnia przechodziła obok tych cholernych drzwiach od tej sali, i każdego dnia jej strach się zmniejszał. 

Była to dobra teoria. 

I, na Merlina, sprawdzała się znakomicie, dopóki ta znajoma, blondwłosa postać nie weszła do tej cholernej windy. 

Wszystko zepsuł. 

Teraz, kiedykolwiek szła tymi korytarzami, dawała się zjeść nerwom, bojąc się możliwości natknięcia się na niego, gdy będzie zmierzał do Sali Przepowiedni. Przecież nawet nie miał powodu, by się tym zajmować — ani żadnych kwalifikacji. Merlinie, jego doświadczenie z wróżbiarstwem było tak samo paskudne jak Hermiony. 

To wszystko powodowało u niej palpitacje serca i zostawiało jej umysł w strzępach. Przez pierwsze tygodnie jego pracy marnie wykonywała swoje obowiązki. Zaczęła nawet przybywać później i wychodzić wcześniej. Wszystko, żeby tylko go uniknąć. 

Uniknąć tego. 
Tego uczucia. 
Pojawiło się ono nagle w czasie ich szóstego roku w Hogwarcie. Opierało się na czymś tak irracjonalnym, że Hermiona chciała rwać włosy z głowy. 

Opierało się na jednej. Pojedynczej. Chwili. 

Jednej nocy uczyła się do późna w bibliotece — w sumie nic nowego — z nosem między kartkami podręcznika do numerologii. Miała otumaniony przez liczby umysł i jej ciało czuło się całkiem podobnie, kiedy go zobaczyła. 

Idealna pułapka Przeznaczenia. Chore poczucie humoru Kupidyna.

Oczywiście, że była otoczona zapachem pergaminów i tuszy, swoimi praktycznie ulubionymi zapachami na ziemi. Oczywiście, że czuła przyjemne ciepło z wchłonięcia wiedzy i trzaskającego ognia w kącie biblioteki. No i oczywiście, że otaczające ich powietrze było duszne, a jednocześnie kojące. 

Oczywiście. Oczywiście. Oczywiście.

I oczywiście musiał spojrzeć na nią w ten sposób. 

Nigdy wcześniej nie pomyślała jakoś łagodniej o Malfoyu. Samo jego imię potrafiło przywołać cierpkie obrazy szyderstw, jasnych włosów oraz nową irytację. O tym wstrętnym słowie, które obiecała sama sobie nigdy o nim nie myśleć. 

Właśnie dlatego ta jedna chwila powinna bezsprzecznie nic nie znaczyć. Mogła być ewentualnie w najlepszym przypadku krótką, przelotną fantazją.

Jednak nie znaczyło to nic. I nie było to zwykłe widzimisię. 

Za to było trwałe i bezlitosne niczym śmierć 

Chcąc ulżyć zmęczonym oczom, spojrzała na ułamek sekundy znad książki, przy okazji kątem oka łapiąc jego — Dracona Malfoya — siedzącego w fotelu, znajdującym się po przeciwnej stronie biblioteki. Czytał. Z długimi nogami — czy one zawsze były tak długie? — wyciągniętymi przed sobą, skrzyżowanymi w kostkach i opartymi o podnóżku. Jego ciało — było wcześniej takie duże? — było niedbale i swobodnie ułożone, z łokciem leniwie balansującym na podłokietniku. W dłoni trzymał książkę, a drugą ręką bawił się jasnymi kosmykami. 

Kosmyki.  Czy wcześniej to też były kosmyki? Nie. Nigdy. Były to wyblakłe, zwykłe nici, bez żadnej tekstury i oklapnięte na głowie zepsutego chłopca. I te dłonie? Czy kiedykolwiek wcześniej tak bardzo ich pragnęła? Pożądała, by te długie, jasne (niczym kość słoniowa) palce błądziły po jej skórze? Dotykały jej ust? Wnętrza?

Nie. I nie. 

Nigdy. Nigdy. Przenigdy. 

Szok wywołany nagłym atakiem emocji spowodował u niej zachłyśnięcie się powietrzem, przez co spojrzał do góry. 

Te oczy…

Och, kiedyś były dla niej puste i bez życia. Nawet bezlitosne. I znaczyły dla niej tyle co nic, aż do tego momentu. 

Teraz znaczyły wszystko. 

Chciała załkać. Krzyczeć, odepchnąć krzesło do tyłu, uciec oraz nigdy nie wrócić. Ale została, sparaliżowana ich pięknem. Jego pięknem. Tak innym, nieszablonowym, ale wciąż silnym.

Książka ciążyła w jego dłoni, chyląc z każdą nieskończoną, przemijającą sekundą. Wyglądało to tak, jakby i on utknął w tej chwili z nią. Jakby kupidyn nie przeklął tylko ją, a ich dwoje. 

Ale po chwili spojrzał z powrotem w dół, potrząsnął krótko głową i nigdy więcej nie podniósł już wzroku. 

I wtedy wiedziała, że w tym nagłym, niegasnącym piekle utknęła sama. 

Zakochała się w nim w tej jednej chwili. 

I nigdy się nie odkochała.



Często się na tym przyłapywał.

Działo się to porankami. 

Porankami, kiedy, z nieznanych powodów, większość pracowników ministerstwa zaczynała tłoczyć się w dużym, marmurowym lobby, gdy kierowali się na swoje piętra i stanowiska. Musiało to mieć jakiś związek z wybranymi dniami, w które praktycznie całe ministerstwo pracowało, a może to był po prostu pech albo za dużo ludzi zaspało do pracy… 

Jakikolwiek był powód, zdał sobie sprawę, że używał tych poranków, by zobaczyć głowę pokrytą brązowymi lokami. Nigdy świadomie, oczywiście, ale jednak instynktownie. Jego oczy odnajdywały ją bez problemu, jakby podążały za magnesem, przez co gorączkował się i złościł na samego siebie, kiedy zdawał sobie sprawę, co robi. 

Ale, na Merlina, była piękna…

Piękna w dziwny i hipnotyzujący sposób, ale też piękna w sposób, który nie powinien taki dla niego być. Nawet trochę. 

Była piękna w swojej upartości. Była piękna, kiedy jeden kącik ust lekko opadał, a oczy jej się zwężały w najbardziej uroczym, dziecinnym sposobie, gdy coś obrażało jej uczucia. W tym, jak na policzkach powstawała czerwona plama, prawie jak przy rozlanym tuszu, kiedy się wstydziła albo czuła podekscytowanie. Była piękna zwłaszcza z tą trudną do ujarzmienia burzą loków, która odzwierciedlała jej osobowość prawie jak lustro. 

Była jak cukier. 

Cukier i miód, i wszystko, co ciepłe i słodkie. 

I tak jak miód kleił się do palców, tak ona przykleiła się i utknęła w jego głowie. Często łapał się na tym, że wślizgiwał się do Sali Czasu, bez żadnego powodu, by później wymyślać jakieś kiepskie i słabe wymówki pod naciskiem jej pytań. 

Nie miał pojęcia, kiedy zrozumiał, że była bez wątpienia i bezwarunkowo wspaniała, ale musiało to być gdzieś pomiędzy tym alarmującym, rewolucyjnym i wyjątkowo mocnym ciosem w trzeciej klasie a tą zabójczą, lawendową sukienką na balu bożonarodzeniowym w czwartej. 

To właśnie od tego czasu trudno było mu na nią nie patrzeć — a poczucie winy, które go dręczyło, było wszechogarniające. To głęboko zakorzenione poczucie, że popełniał grzech przez samo pozwolenie swoim oczom być uwiedzionym jej widokiem. 

Ponieważ była sz...

Nie. 

Nie, nie, nie zgadzał się, by nawet myśleć o tym słowie. 

Zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Bo była w nim wyryta, i nieważne, czego próbował, nie mógł pozbyć się jej ze swojej głowy. 

Co wiodło do dywersji…

Co wiodło do alkoholu, narkotyków i wielu, wielu dziwek. 

A jego najnowsze zatracenie okazało się być jak na razie najbardziej efektywne. 




Nigdy nie była najbardziej otwartym indywidualistą. 

Często siedziała po turecku z dziewczynami w dormitorium, słuchając o chłopcach, seksie i innych takich, ale sama rzadko kiedy się udzielała. 

Pamiętała bycie wyzywaną od cnotek. Żywo. 

Tylko że nią nie była. 

A nawet daleko jej do niej było. 

W rzeczywistości dojrzewanie przypominało wielki, hormonalny atak, który zbił ją z tropu przez jej własne, nagłe i tajemnicze pragnienia. To było coś, czego nie mogła wytłumaczyć swojej mamie. A także coś, czego nigdy nie chciała tłumaczyć tacie. 

Udało jej się stłamsić te wszystkie pragnienia, co było istną torturą w Hogwarcie, gdzie tak wielu chłopców spało nawet nie dwadzieścia stóp od niej. 

I wojna tymczasowo położyła temu kres. 

Z tak dużą ilością krwi na dłoniach było to prawie niemożliwe, by myśleć o takich sprawach. Jednak kiedy walki dobiegły końca, Hermiona zrozumiała, że będzie musiała znaleźć sposób, by zaspokoić żądze. By uwolnić pełną życia i palącą seksualną energię.

To wszystko znalazła w dwóch małych słowach.

Ogród Edenu.

*
Natknęła się na to miejsce pewnego wieczora, gdy wracała do domu bocznymi uliczkami Londynu po długim dniu pracy. Robiło jej się niedobrze na samą myśl o użyciu Sieci Fiuu, a spacer w powietrzu wilgotnym od deszczu, który niedawno spadł, brzmiał relaksująco. 

Tylko że musiała gdzieś wybrać złą uliczkę, ponieważ po długich dwudziestu minutach zorientowała się, że się kompletnie i nieodwołalnie zgubiła. 

Więc użyła jednego ze strategicznie rozmieszczonych świstoklików prowadzących do ulicy Pokątnej, pewna, że stamtąd znajdzie już drogę do domu.

Ulica Pokątna była w nocy całkowicie inną dżunglą. Było niewielu dzieci, więcej emerytowanych członków czarodziejskiej społeczności. Nie — teraz nadchodził czas tych strasznych, nocnych ludzi. Tych, którzy, jak podejrzewała, rzadko ukazywali się w świetle dnia. Byli podpici oraz chamscy. Odkryła, że nie może przejść nawet pięciu lub dziesięciu stóp, nie wpadając na któregokolwiek z nich.

To było nie tyle przerażające, co… ekscytujące.

To nie był tłum, do którego przywykła. To było zupełnie nowe, interesujące i niebezpieczne doświadczenie.

Nie mogła odwrócić wzroku.

Przetaczała się w oszołomieniu przez ulice. Czuła się, jakby patrzyła na świat nowymi oczami. Światła, dźwięki, zapachy… Wszystko było inne. Ale nie aż tak odmienne, jak same ulice.

Witryny sklepów, które tak dobrze znała, zmieniały się przed jej oczami. Bank Gringotta przypominał szereg jarzących się światłami wyśmienitych restauracji, sklep Ollivandera — winiarnię. Kioski ulokowane wzdłuż chodników otwierały swoje podwoje z ciemnymi, niesamowitymi przedmiotami: klejnotami, tkaninami, egzotycznymi perfumami i afrodyzjakami, i wieloma innymi...

Ale Esy i Floresy...

Esy i Floresy...

Oczywiście, że to właśnie Esy i Floresy.

To był sklep, który zmienił jej życie w jednej chwili.

Jego okna, niegdyś zagracone wystawionymi książkami, teraz zostały zastąpione czarnymi cegłami, zza których dochodziło tylko głębokie buczenie. Na szyldzie zazwyczaj widniała znajoma nazwa księgarni, która teraz się zmieniła w te trzy niebezpieczne słowa:

Ogród Edenu.

Przez chwilę z dziecięcą naiwnością myślała — ale tylko przez moment, miejcie to na uwadze — że był to jakiś magiczny sklep ogrodniczy. Ta myśl odpłynęła, gdy Hermiona dostrzegła osobę pilnującą wejścia. Był potężnym, krzepkim mężczyzną — przynajmniej sześć stóp i trzy cale wzrostu — z rzeczowym wyrazem twarzy.

Rzucił jej sceptyczne spojrzenie.

Równie uparta jak zwykle, poczuła potrzebę odwzajemnienia dziesięciokrotnie wzroku i wtedy dziarsko przeszła obok niego. Musiał być tak zszokowany, że nie pomyślał o odstraszeniu jej, dopóki nie zgubiła się już w tlącym się morzu ciał.

To był klub.

Tylko tego jednego była pewna.

Ale wkrótce miała być tego więcej niż pewna.
*


Rozproszenie, rozproszenie.

Tak, właśnie to było najbardziej skutecznym sposobem. Przez ostatnie cztery miesiące czy coś takiego. Kiedy znajdował się tutaj, zauważył, że jego myśli powracały do Hermiony co jakieś pięć minut, a on uważał to za niezwykłe osiągnięcie. 

To Nott pokazał mu to miejsce i ujawnił wiele grzesznych przyjemności. Jednak mimo tego Draco starał się przychodzić samemu, tylko dlatego, że nie miał zamiaru spędzać czasu ze znajomymi, przebywając tam. 

Ponieważ Ogród Edenu nie był zwyczajnym klubem ze striptizerem, a zatem nie posiadał zwyczajnych striptizerek. 

Pamiętał pierwszy raz, gdy przykuła jego uwagę. 

Wśród wielu piękności przewijających się po czarnej marmurowej scenie klubu, ona była bez wątpienia wisienką na torcie. Pomiędzy zatrzymującą serce, blondwłosą Azaleą, piersiastą i długonogą Marigold i oczywiście, słodką, rudowłosą Red Rose, zawsze było na kogo popatrzeć. 

A jednak on miał oczy tylko dla niej, kiedy wyłaniała się zza swojej ciemnej kurtyny — zawsze była ostatnim aktem nocy. 

Black Rose.

Black Rose. 

Och, była przepiękna, i doskonale pamiętał jak oniemiał z wrażenia, widząc ją pierwszy raz przechadzającą się po scenie, jej krok miał w sobie delikatną sambę, w tych obcisłych i długich skórzanych kozakach. Kabaretki zakończyły jego podróż do jej bioder, a czarna, koronkowa bielizna z podwiązkami piekła oczy jak przyprawy. Usta miały czarny pasek po środku,czyniący ich stromość strukturą przeznaczoną do całowania, a tym bardziej zauważalną, a jej silne, czekoladowe oczy skrywały się za ciemną, zrobioną na zamówienie karnawałową maską. 

Miał szczęście, że nie ślinił się jak pies. 

— Uważaj. Barman powiedział, że ona tak się nie bawi. — Blaise uderzył go z łokcia w żebra. 

Do końca nie wiedział, jak się z tym faktem czuł. Coś w nim drżało na myśl, że nie miała innego mężczyzny każdej nocy, a jednak ta wiedza wpędzała go w depresję, wiedząc, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie wyjątkiem.


Dlaczego? Dlaczego nie mógłby? Z niepokojem poszukiwał swojej dumy, którą swojego czasu nosił niczym zbroję w Hogwarcie, ale wydawało się, że zardzewiała przez okres wojenny. 

Zrezygnował; nigdy nie stanie się wyjątkiem. Niemniej jednak wciąż wracał — oglądał — ignorując fakt, że był dla niej niewidoczny. Więc jak mógł to przewidzieć? Przewidzieć tę noc, której wyszła w tych wysokich, czarnych szpilkach, bliżej tłumu niż kiedykolwiek widział wcześniej. I przyzwała go odzianym w ciemny materiał palcem. 

Jego.

Nie innego mężczyznę. Nie tego z honorem i szanowaną przeszłością. 

Jego. 

W pierwszej chwili pomyślał, że to było tylko dla przedstawienia. Sposób, by jeszcze bardziej zaangażować jej już śliniącą się widownię. Ale kiedy kierował się do wyjścia na koniec nocy, jeden z bramkarzy zatrzymał go. 

— Malfoy? — zapytał szorstko. 

— Tak? — odpowiedział Draco, lekko zaskoczony. 

Nigdy nie podawał swojego imienia. Naprawdę był tak łatwo rozpoznawalny? 

— Chce cię widzieć. 

Nastąpiła oszałamiająca cisza. Draco nie potrzebował pytać kto. 

Kazali mu czekać na zewnątrz jej prywatnego pokoju, dając mu wystarczającą ilość czasu na przemyślenie wszystkich możliwości. Prawdziwie i mocno był zdenerwowany tylko kilka razy w swoim życiu; to był właśnie jeden z tych razów.

Nagle drzwi się otworzyły i oto tam stała. Pierwszy raz tak blisko. Jego oddech uwiązł w gardle. 

— Panie Malfoy — wymruczała. Słyszał, jak przemawiała na scenie, ale to było nic w porównaniu z czuciem tego słodkiego, delikatnego ciepła jej oddechu na swojej twarzy. 

Nie czekając, przeszła do sedna sprawy. 

— Jesteś tutaj każdej nocy, prawda? — Jej oczy zabłyszczały figlarnie. — Zakochałeś się we mnie? 


Te słowa sprawiły, że się zaczerwienił i mocno przełknął ślinę nim się odezwał: 

— Nie… nie, nie każdej nocy — wyszeptał głosem ledwo słyszalnym. Na drugi pytanie postanowił nie odpowiadać. 

— Każdej nocy, gdy tańczę ja — sprecyzowała. Przechyliła głowę niczym kot. — Dlaczego? 

Nie mógł uwierzyć, jak bardzo onieśmielony był, co sprawiło, że zezłościł się sam na siebie. Chrząknął, by się opanować, po czym powiedział: 

— Wiesz, dlaczego. 

Zamknęła na chwilę swoje ciemne oczy, przez co maska wyglądała jak wiązana opaska, a kiedy je ponownie otworzyła, jej twarz ozdabiał tajemniczy uśmiech.

Przesunęła się, robiąc dla niego miejsce. 

Pościel pachniała bardziej książkami niż perfumami. To było coś, co zawsze zwracało jego uwagę. A teraz pachniały seksem. 

Uwielbiał, gdy brała głęboki wdech, kiedy powoli zębami rozpracowywał guziczki gorsetu, tak jak lubiła. Ubóstwiał powolne i kuszące ujawnienie alabastrowej skóry. Raz był przy tym nerwowy, pierwszej nocy, kiedy drżącymi palcami odkrywał krągłości kobiecych bioder i piersi, tak bardzo przerażony, że coś spieprzy. 

Teraz to było jak odgrywanie zapamiętanego nokturn na Steinwayu. Ulubionego nokturnu. Jego dłonie wiedziały, gdzie mają być, i kiedy. Ustami podążał znajomą, słodką ścieżką wzdłuż szyi, gryząc delikatnie wrażliwą w tym miejscu skórę — uśmiechając się do siebie, słysząc jej kwilenie. Mówił brudne, zmysłowe słowa wprost do jej ucha, oddychając ciężko i gorąco, z dłońmi zaciśniętymi wystarczająco mocno na talii, by rozkoszować się jej wiciem, gdy w nią wchodził. 

Kurwa, tak bardzo pragnął, by ją ściągnęła. 



— A co to ma do ciebie, Malfoy? — wypluła, odwracając się, by ukryć emocje na twarzy. Dlaczego go to obchodziło? 

— Ciekawość — odpowiedział, przeciągając słowo, a z braku odgłosów kroków wywnioskowała, że nie kierował się w stronę wyjścia. 

— Po prostu lubię te ciuchy — wyszeptała. 

— Och, w to nie wątpię. Ale jeśli pozwolisz, wierzę, że zasady mówią: poniżej palców. — W jego głosie można było wyczuć uśmieszek. 

Warcząc pod nosem, Hermiona obróciła się przodem do niego, uderzając dłońmi o swoje uda. 

I przez jedną cholerną chwilę wiedziała, że jej przerażenie było widoczne na twarzy. 

Bo miał rację.

Ciemnoniebieska ołówkowa spódnica, którą kupiła w zeszłym tygodniu, kończyła się dosłownie nad czubkami małych palców. 

— Dress code, Granger — zacmokał Malfoy, uśmiechając się zadziornie, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął z Pokoju Czasu. Dopiero kiedy wyszedł, zdała sobie sprawę, że nie miał żadnego powodu, by się w nim pojawiać.



— Proszę…

— Nie — wyszeptała, a jej dotychczas wijące się ciało zesztywniało. 

Draco przestał natychmiast poruszać biodrami, będąc zanurzonym w połowie w niej, odmawiając kolejnego pchnięcia, dopóki mu nie odpowie. 

— Dlaczego? 

Rose zaskomlała, zamykając oczy pod maską, trudząc się, by złączyć ich biodra. Draco złapał kobietę w talii i przycisnął ją do materaca. 

— Odpowiedz mi. 

— Ja… Ja nie mogę. Tylko… nie mogę. 

Leniwie, ponownie zanurzył się w jej wnętrzu do samego końca, uciszając ją, gdy głośno jęknęła. 

— W takim razie zrobię to za ciebie. 

Jednak kiedy sięgnął po czarną maskę — czerwona koronka ją oprawiająca przysłaniała większą część twarzy — poczuł gwałtownie rosnący ból policzka.

Uderzyła go. 



Znajomy. 

Następnego dnia w pracy do niczego się nie nadawał, a wszystko przez to, że nie mógł przestać myśleć o tym policzku. 

Dlaczego? Dlaczego wydawało mu się to tak znajome? Jak ostre ugryzienie nostalgii. 

Bezmyślnie zataczał palcami małe kółka po zmaltretowanej i ciągle czerwonej skórze. 

Dziwny. 

Dlaczego się w nią wpatrywał?

Dlaczego po raz kolejny był w Pokoju Czasu? 

Dlaczego ciągle to robił? Przychodził, przeszukiwał bez celu kilka szuflad, nie spuszczając z niej wzroku, i wychodził? 

Tak bardzo dziwny…

Jego policzek wciąż ozdabiał róż. 

A jej dłoń wciąż mrowiła. 

Przełknęła gulę w gardle, patrząc wszędzie, tylko nie w jego twarz. 

— Nie dzisiaj — wyszeptała. 

Proszę, nie dziś, Draconie… 

— Gówno prawda — powiedział. 

— Słucham? 

— Nigdy mi nie odmówiłaś. Nigdy. 

Przygotowała się i w końcu spotkała jego palące spojrzenie. 

— Cóż… teraz to robię. Proszę, odejdź. Nie dzisiaj. Proszę. 

Szybko zamknęła drzwi od swojej garderoby, ale nie była w stanie nie usłyszeć głośnego, wściekłego łomotania jego pięści o drewno. 



Idź? 

Idź? 

Wściekły przeszedł szturmem obok bramkarza. Że co? I to wszystko przez to, że sięgnął po pieprzoną maskę? 

W cholerę z nią. 

Zawsze był szczery. Nigdy nie ukrywał się za maskami. Wiedziała, kim był przez cały czas. Czy tak trudno było oddać, kurwa, przysługę? 

Wrócił. Mogła go wyczuć za sobą. 

I bez wątpliwości ponownie grzebał w szufladach. 

Nie chciała patrzeć w jego stronę, decydując się kontynuować swoją pracę nad zepsutym zmieniaczem czasu z większym zaangażowaniem niż przedtem. Niech grzebie sobie cały dzień. 

Tylko że wcale tego nie robił. 

— Granger, jedna z przepowiedni wspomina o zmieniaczu czasu. 

Jej serce zatrzymało się na moment.

Nie. Nie chciała się do niego odzywać. Rozmowa z nim znaczyła, że ewentualnie będzie zmuszona na niego spojrzeć. A to znaczyło przypomnienie sobie wygląd tych ust. A to znowu znaczyło przypomnienie sobie uczucia ich na skórze wewnętrznej strony ud… 

Znaczyło to… 

— Granger.

— Który zmieniacz czasu? 

— Ten, którym się bawisz. 

— Rozumiem — powiedziała cicho. — Przynieś tę przepowiednię i zostaw mi ją. 

A long pause.

Cisza. .

A później jego ciężkie — jakby złe — kroki. 

Oczekiwała, że zrobi tak, jak powiedziała. Położy na biurku przepowiednię i zniknie. 

Zamiast tego sięgnął ponad nią, i otarł się ramieniem o jej bark, gdy położył przepowiednię ostrożnie na blacie. I się nie odsunął. 

Nie, pozostawał niesamowicie blisko, tak blisko, że czuła jego gorący oddech na szyi. Bez dotykania. 

— C.. co? — powiedziała, nie śmiejąc ruszyć się nawet o cal. I usłyszała, jak głośno łapie oddech. 

Cisza. 

Jego wydech był chrapliwy i drżący w jej uchu:

— Będę za godzinę po to. 

I już go nie było. 




Minął już miesiąc. 

Miesiąc, odkąd ostatni raz go widziała w przednim rzędzie. Tęskniła za ciemnym i dużym cieniem mężczyzny. Brakowało jej gwałtownego przypływu podniecenia w brzuchu, kiedy światło łapało jego szare tęczówki, jak jeleń w reflektorach. 

A jej tańce…

Cóż, poczuła, że nie wkładała w nie już tyle serca.


He'd stopped coming to the Time Room.

Przestał również przychodzić do Pokoju Czasu. 


He was gone.

Zniknął. 



Nigdy nie wrócił po tę przepowiednię. 

Teleportował się prosto do domu. 

Kurwa, jak mógł być tak bardzo ślepy? Jak mógł nie wiedzieć?

Ponieważ nigdy wcześniej nie byłeś tak blisko niej. 

Tak, to była prawda. Nigdy wcześniej nie wszedł w taki kontakt z Granger. Nigdy nie był na tyle blisko, by złapać w nozdrza ten słodki, enigmatyczny zapach. Ten słodki, znajomy zapach. 

I to sprawiło, że to wszystko było kłamstwem.

Ponieważ był tak blisko niej wcześniej. Był bliżej. 

Tej nocy Draco zamknąć się w sypialni, odmawiając domowym skrzatom przyniesienia mu kolacji. Leżał na łóżku, bez żadnego ruchu, próbując wchłonąć nagą i odbierającą oddech prawdę. 

Granger. 

Przez cały ten czas to była Granger. 

Wszędzie rozpozna perfumy Rose.

Teraz jedyną emocją, którą był w stanie czuć, była oślepiająca, paląca furia. 




Widziała go. 

Tylko na krótką chwilę, kiedy przechodził przez ministerskie lobby, ale widziała go. 

A on uciekał spojrzeniem. 



Wszystko zderzyło się w czwartek. 

Zaczęło się porankiem, gdy znalazła się sama w pokoju korespondencji z Draconem. Sortował rachunki i listy, a ona udawała, że robi dokładnie to samo, podczas gdy tak naprawdę była w stanie tylko się w niego wpatrywać. 

Taki brak jego obecności po poprzedniej bliskości był porażająco bolesny. Jej oczy tęskniły za patrzeniem na niego. Jej dłoni tęskniły za jedwabną skórą. Jej język tęsknił za… 

— Na co się gapisz, Granger? — warknął, i usłyszała, jak z jej ust wydobywa się zaskoczone sapnięcie. Nie spodziewała się takiej… wrogości. 

Ścisnęła w palcach koniuszek nosa, zachowując się równie dziecinnie, jak on.

— Och, nie przejmuj się mną. Zastanawiałam się po prostu, jak można ukryć tyle głupoty pod wyrafinowanym płaszczykiem.

— Kosztował więcej, niż mogłabyś wyłożyć — odparł, zwracając całą swoją uwagę z powrotem na pocztę.

He was not himself.

Nie był sobą.

Wzdychając ciężko, ona również się odwróciła, po czym wrzuciła kilka listów do kosza.

Ale po drodze w stronę wyjścia usłyszała, jak powiedział trochę cicho:

— Wiem.

Zatrzymała się.

— Co wiesz?

Obejrzał się przez ramię, ale jego oczy nie napotkały jej własnych. Pozwolił jej tylko na zobaczenie ukochanego profilu.

— Wiem — powtórzył i zniknął za tylnymi drzwiami.



Ja wiem. 

Wiem? 

Wiem, ale co?

Hermiona czuła ukłucie niepokoju w podbrzuszu. Mógł mieć na myśli niezliczoną ilość rzeczy. Mógł dowiedzieć się o kilku kłopotliwych lub obciążających kawałkach z jej przeszłości.

Czuła jeden wielki supeł w żołądku. 

Poinformowała damę Theresę, że nie chciała dziś wychodzić na scenę, jednak starsza kobieta nie chciała o tym nawet słyszeć. 

— Jesteś naszym najlepszym występem. Większość mężczyzn przychodzi tutaj dla ciebie. Więc co proponujesz, żebym im powiedziała, hmm? 

Z całych sił postarała zebrać się do kupy, i oto stała tam, zaraz za kurtyną, sekundy od jej wyjścia. 

Wiem.

Wiem.

Wiem.

Uniosła głowę i połykając to, jak bardzo niekomfortowo się czuła, i przygotowała się do tego, co wiedziała, że widziała. Pełna sala… przyciemnione, namiętne światło… i jedno, puste, zarezerwowane miejsce w pierwszym rzędzie. 

Piosenka do jej najnowszego tańca się zaczęła, powolny bas, jakby to jej serce biło przez głośniki. Biorąc ostatni, głęboki wdech, wyszła. 

Omal się nie potknęła na wybiegu przez mięśnie, które zastygły w jednej sekundzie, a głębokie oddechy znaczyły teraz tyle co nic. 

Zamarła. 

Pojawił się. 


How long had it been? Two months. It must've been two months now.

Jak długo to było? Dwa miesiące. To musiały być dwa miesiące. 

Ale był tu, a ona nie mogła oddychać. 

Muzyka wciąż grała bez niej, pozostawiając ją z zawrotem głowy, gdy próbowała odnaleźć się w piosence, ale jego oczy nie spuszczały jej z zasięgu. I płonęły. 

— Wyrwał moje serce… Zabrałam swoją duszę… — zanucił głos, a ona wybrała ten moment na rozpoczęcie swojego tańca, kręcąc biodrami. Faceci zaczęli wrzeszczeć, gwizdać i wydawać z siebie okrzyki radości, ale jej uszy były ogłuszone, a oczy oślepione. 

Był tylko on.

Cichy i nieruchomy niczym posąg.

Stojąc na wybiegu, zacisnęła dłonie w pięści, próbując desperacko podjąć na nowo swój występ.

Ale jej myśli zostały nieodwracalnie rozproszone. 

Jeszcze nigdy nie sprawił, że tak się czuła na scenie. Jednakże… Było tak, jak mówili, prawda? Przy nieobecności serce zaczyna czuć więcej. 

Przymknęła oczy, spokojnie wykonując obrót i kołysząc biodrami, który zawsze przyciągał dużą uwagę, ale teraz modliła się o koniec piosenki. 

Kiedy on nadszedł, zastał ją zdyszaną. Bezdechu. Przytłoczoną. 

Odpuściła sobie tradycyjny już buziak, który wysyłała w stronę widzów, i pognała wybiegiem, aż znalazła się za bezpiecznymi kotarami. I już na niego nie spojrzała.

Uciekła do swojej garderoby, nim pani Theresa mogła ją złapać, kiwając głową w stronę swojego ochroniarza, i zamknęła się w pomieszczeniu. 

Musiała się uspokoić. 

Potrzebowała wziąć wdech. 

Musiała zapomnieć, że była w nim zakochana. 

Tak, to właśnie była prawda. 

Nienawidzę go.

Nienawidzę go.

Nienawidzę go

Nie miał prawa sprawiać, by tak się czuła. 

Wydawało się, że minęły tylko sekundy, nim jej ochroniarz zapukał do drzwi. 

— Pani Rose? 

— Tak? — zapytała, starając się panować nad głosem. 

— Ktoś do pani. — jego głos brzmiał dziwnie. 

— Proszę, powiedz madame, że nie czuję się za dobrze. 

Przez chwilę panowała cisza, a potem: 

— To nie madam, pani Rose. 

Przymknęła oczy. 

Nie… nie teraz. 

Kiedy ponownie się odezwała, jej głos był stłumiony.

— Nie… — wyszeptała prosząco. — Nie wpuszczaj go. Proszę. 

— Pani Rose. 

— Nie. 

— Pani Rose… on przyłożył różdżkę do mojej szyi. 

Zaparło jej dech ze zdziwienia. Zapominając wszystkie obiekcje, podbiegła do drzwi i je otworzyła. Ledwie miała szansę spojrzeć na osuwającego się po ścianie jej ochroniarza, nim wysoki i szeroki mężczyzna popchnął ją do środka i zatrzasnął za sobą drzwi. 

— Panie Malfoy… 

— Zamknij się. 

Przykrył swoimi ustami jej własne. Były rozpalone i wygłodniałe. Słyszała echo swojego stłumionego pisku w gardle. Trzęsącymi się dłońmi próbowała odepchnąć go od siebie, ale nie dał się. 

Silnymi dłońmi złapał jej nadgarstki, by szarpnąć je w dół i przytrzymać przy jej ciele. 

— Draco! Draco — proszę, co ty wyprawiasz!

Jeszcze nigdy nie był tak brutalny… tak wściekły… 

Był przerażający i wspaniały na raz. 

— Silencio… 

Uciszył ją. 

Uchyliła usta w niemym przerażeniu, co on wykorzystał, zdobywając je językiem. Dłonią przejechał wzdłuż ud, niszcząc jej podwiązki.




There would be welts on her, she felt sure.

Zostaną na niej zadrapania, była o tym przekonana. 



Draco...

Draco…


It was a final, inner plea. But a plea for what, she was no longer positive.

Była to finalna, wewnętrzna prośba. Jednak o co, już sama nie wiedziała. 



"Spread your legs," he commanded, eyes sharp and filled with more rage than she could fathom. He shoved her up against her dressing table, making the perfume bottles sing as the clinked together.

— Rozsuń nogi — rozkazał, spojrzenie wyostrzone, wypełnione większą ilością wściekłości, niż mogła sobie wyobrazić. Popchnął ją na blat toaletki, sprawiając, że perfumy zabrzęczały, gdy butelki obiły się o siebie. 

Wykonała rozkaz. 

Nie odrywając od niej oczu, opadł na kolana i ignorując gorset, zajął się koronkową bielizną. 

Rozerwał ją. 

Piękne, czarne kawałki materiału opadły delikatnie na podłogę przy jej stopach. 

I nagle znalazł się właśnie tam. Jego usta. Język. Jego gorący, torturujący oddech. 

Hermiona odrzuciła do tyłu głowę, rozsunęła usta w niemym krzyku, kobiece palce wbiły się w jego ramionona.

Był bezlitosny.

Był brutalny. 

Wodził językiem po jej kobiecości, do wnętrza, a pod powiekami widziała czerwień. I wtedy, gdy spektakularny pożar sięgnął tlącego się crescendo...

Przerwał. 

Przerwał, odsunął się i ponownie stanął. 

— Spróbuj siebie — warknął, ignorując zdesperowane, brązowe spojrzenie, i zmusił ich usta do ponownego zderzenia. Językiem przeniósł do ust słodko—słony smak jej własnej esencji. 

Po czym sprawnym ruchem obrócił ją dookoła. 

Sięgnął ramieniem zza jej osoby i złapał za brodę, zmuszając, by spojrzała w swoje odbicie w lustrze.

Słyszała wszystko mówiące kliknięcie paska. Usłyszała rozpięcie zamka. 

Zacisnęła oczy. 

— Nie — warknął. — Otwórz je. I patrz na siebie. 

Niepewnie, ponownie spojrzała w lustro. Zacisnął swoją dłoń mocniej na wrażliwej skórze, zaraz pod uchem, utrzymując kobiecą twarz w miejscu. 

— Wiesz, co widzę? — zapytał, a jego głos stał się nagle miękki. Prawie łagodny. Ocierający się o kochający. A mimo to wciąż miał w sobie subtelną ostrość. 

Zagryzła dolną wargę, gdy ich spojrzenia spotkały się w odbiciu.

— Widzę ciebie, Granger. 

Wypełnił ją do końca, jednym, szybkim pchnięciem, a z jej ust wyrwał się krzyk.

Jego dłoń na policzku. Palce zdzierające maskę z jej twarzy. Twardej, karającej ją jego długości, gdy w nią tak wbijał się bez żadnego rytmu. Tylko pasja. Tylko złość. 

Piersią oparła się o jego ramię, gdy przyspieszył znacznie tempo, żądny i nieugięty, aż obrotowe lustro w toaletce zaczęło się trząść. 

Obserwowała, zdumiona, jak jeden po drugiej buteleczki jej perfumów upadły roztrzaskując się i rozlewając ich mocny zapach po blacie i pomiędzy jej palcami. 

A Draco puścił jej twarz, by mocno złapać ją za biodra, i z dwoma finalnymi, mocnymi pchnięciami, pociągnął ją do siebie, dochodząc w niej ze zwierzęcym krzykiem. 

Nie mogła nic na to poradzić. 

Odpuściła, by eksplodować wokół niego, tak jak zawsze to robiła bez niepowodzenia, i poczuła, jak umysł jej się wyłącza, a kolana miękną 

Razem opadli na podłogę. 

Nosem smyrnął ją po uchu, chowając go w grubych, kasztanowych lokach. Był to pierwszy raz tego wieczora, gdy uraczył ją miłym gestem. 

— Powinienem cię nienawidzić — wymamrotał, gryząc delikatnie skórę jej ucha. — Finite Incantatum. 

— Dla… D… Dlaczego? — Jej głos był zdarty, mimo że odezwała się pierwszy raz od dłuższego czasu. 

— Okłamałaś mnie, Granger. 

Wciąż była w szoku. Wciąż nie mogła uporać się z faktem, że był tutaj z nią. Mówił jej imię. 

Że wiedział. 

— Ja… Ja musiałam — wyszeptała. 

— Dlaczego?

— Ty... ty nigdy byś… ty… nienawidzisz mnie. 

— Nie mów mi, co czuję — powiedział, a miękkość w jego głosie wyparowała. 

Hermiona milczała przez dłuższą chwilę, czekając aż jej puls zwolni, by jej oddech się wyrównał. 

— To co czujesz? — zapytała wreszcie cicho. 

Poruszył się za nią, po czym złapał w pasie i pomógł obrócić dookoła na jego kolanach. Po czym scałowała kropelki potu ze skroni. 

— Czuję…

Draco wziął głęboki wdech. 

— Czuję się wściekły. 

Oczy zabłyszczały łzami. 

— Wściekły — kontynuował — ponieważ zmarnowałaś cały ten czas na ukrywaniu się przed facetem, który jest w tobie tak zakochany, że nie może się na niczym skupić. 

Pocałował ją. Delikatne cmoknięcie w kość policzkową, gdzie wciąż widniał lekki zarys po odciśniętej maski. 

— Ty… Ty mnie kochasz? — wyszeptała, czując, jak kilka łez spłynęło jej po policzku. 

— Tak. Kocham.

— D… Dlaczego? 

— Och, zamknij się, Granger. 


Koniec.

Pamiętaj, że Twoja opinia wiele dla mnie znaczy, jedno małe słowo, świadomość ile z osób, z których wchodzi na bloga, nie zamyka od razu strony, a faktycznie czyta to co piszę, tłumaczę. Dlatego będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad: jedno słowo, emotka, czy nawet oznaczenie nad etykietami, jaki twoim zdaniem był tekst.