21 wrz 2017

Sekretarka Diabła I

SEKRETARKA DIABŁA I 

Tytuł: The Devil's Secretary
Autor: frostykitten
Autor tłumaczenia: Vixen
Beta: Katja

Zgoda: Jest

Fandom: Harry Potter
Para: Dramione
Gatunek: Humor/Romance
Rating: T
Status: Zakończone
Rozdział: 1 z 7




Source: FanFiction.net
Cześć, Kochani! Przybywam do was po wakacjach, pełna teoretycznej energii (bo pracować to mi się nie chce) z nowym tłumaczeniem. Nie jest tak długie, jak TTN i... JEST ZAKOŃCZONE, a do tego jest śmieszne, a ostatnio właśnie mam ochotę popisać taki gatunek, ale sama specjalnie śmieszna nie jestem i raczej niemrawo mi idzie takie pisanie. Stąd tłumaczenie opowiadania, które wcale nie jest ambitne, ani żadnym odkryciem i nie ma w sobie nic nowego. Ale wciąż jest przyjemne. Wieczorem dodam podstronę z wszystkimi informacjami do niego, so stay tuned! : ) 


Betowała niezastąpiona Katja! 



Hermiona nie miała szczęścia. Magiczny Świat przechodził ostatnio ciężkie chwile, przez co została zwolniona ze swojej pracy w Ministerstwie. Ta strata zmusiła ją do poszukania nowego źródła utrzymania, zwłaszcza że w tej chwili rynek pracy był naprawdę ubogi. 

Percy Weasley przyszedł do niej osobiście, by dostarczyć złe wieści, zamiast wysłać zwykłą adnotację, którą dostała reszta pracująca w jej departamencie z powodu zatwierdzonych odgórnie cięć w budżecie. On sam był bardzo miły, położył dłoń na jej ramieniu w geście pocieszenia, co sprawiło, że chciała się odsunąć choć minimalnie. Percy nawet w swoich najlepszych momentach był dziwną osobą i pocieszanie nie należało do jego mocnych stron, jednak sam gest był niezmiernie słodki i to, że próbował, było po prostu miłe. 

Przyjaciele i rodzice zapraszali Hermionę do zamieszkania z nimi przy każdej okazji, jaka się nadarzyła, tak, by mogła wynająć swoje mieszkanie i mieć dzięki temu jakiś dochód. W tym czasie ona sama mogłaby spokojnie szukać nowej pracy. Jednakże byłej Gryfonce wydawało się to zbyt bliskie dobroczynności, a tego zaakceptować nie mogła. Najzwyczajniej w świecie była na to zbyt dumna. Może skorzystałaby z oferty, jeśli jej sytuacja by się znacznie pogorszyła, ale wierzyła i miała nadzieję, że do tego nie dojdzie. Hermiona Granger była samowystarczalna i nie chciała tego zmieniać. 

Zdawała sobie sprawę, że sięgnęła dna, kiedy ubrana na rozmowę kwalifikacyjną, znalazła się przed wejściem do wielkiego budynku Malfoy Industries. 

Z tydzień temu wysłała CV i w podejrzliwie krótkim czasie dostała entuzjastyczną odpowiedź. Gdyby Hermiona nie była tak bardzo zdesperowana, nawet przez myśl nie przeszłoby jej składać podanie w miejsce, gdzie istniało duże ryzyko spotkania twarzą w twarz z Malfoyem. 

Wzięła uspokajający wdech, nim otworzyła wielkie, szklane, złote drzwi ostentacyjnego budynku i weszła. Wnętrze było tak samo przesadzone, jak zewnętrzna część budynku. Wszystko marmurowe, a do tego wzdłuż ścian przez całą drogę do recepcji znajdowały się potężne filary. Będąc szczerą, to właśnie tego spodziewała się kobieta po budynku zarządzanego przez Malfoya. 

Pewna siebie, z uśmiechem na ustach podeszła do biurka, za którym siedziała kobieta. 

— Nazywam się Hermiona Granger i mam umówione spotkanie z panią Woods — powiedziała lakonicznie. 

Kobieta nawet nie zaszczyciła jej ani jednym spojrzeniem, wciąż wbijając swój wzrok w kiczowaty romans, który czytała. Również ledwo, jakby z łaską, wskazała w stronę windy pomalowanym na krzykliwy, czerwony kolor paznokciem. 

— Piąte piętro. 

Trochę zniechęcona przez niemiłe zachowanie recepcjonistki, Hermiona przeszła obok kobiety i weszła do wnętrza windy. Tak jak wcześniej się nie martwiła, teraz przez rozmach z jakim był urządzony budynek, Hermiona zaczęła czuć iż może być źle ubrana przez praktyczne czółenka na niskim obcasie i konserwatywną spódnicę do kolan. 

To poczucie powiększyło się jeszcze bardziej, gdy po wyjściu z windy zobaczyła czekającą na nią kobietę. Swoje lśniące, czarne niczym heban włosy miała elegancko zaczesane do tyłu za pomocą ozdobnego grzebienia wypełnionego kryształkami. Czarna, krótka sukienka miała wyraziste linie, które wręcz krzyczały “droga i od projektanta”. I nikt nigdy nie użyłby słowa praktyczne do opisania jej szpilek, które idealnie eksponowały pedicure na stopach.

Była Gryfonka czuła się kompletnie nie na miejscu, porównując siebie do kobiety przed sobą. Do tego oceniające spojrzenie, którym przywitała Hermionę kobieta, nie zmniejszyło niezręczności sytuacji. Dezaprobata wręcz wylewała się w stronę byłej Gryfonki. 

— Dzień dobry, jestem Hermiona Granger i miałam się spotkać… 

— Ze mną — przerwała jej kobieta. Ponownie Hermiona poczuła na sobie oceniające spojrzenie, po czym kobieta wymamrotała cicho: — Wolałabym kogoś z poczuciem stylu, ale będziesz musiała wystarczyć. Przejdźmy do rzeczy. Twoimi obowiązkami będą... 

Hermiona była zmieszana. Miała wrażenie, że przyszła na rozmowę kwalifikacyjną, a nie żeby słuchać jakiś obelg pod swoim adresem. 

— Emm, przepraszam, ale nie przyszłam tutaj dziś na rozmowę? 

Pani Wood obdarzyła ją dzikim uśmiechem, który ukazał wszystkie zęby. 

— Jeśli przeżyjesz do końca dnia bez beczenia i rzucania zaklęciami w kogoś — będziesz zatrudniona. 

Wydawało się, że ludzie w Malfoy Industries byli tak samo zachęcający jak i mili. Hermiona nawet nie wiedziała, czemu tak bardzo dziwiło ją, że ludzie tutaj pracujący nie byli wcale przyjaznymi pracownikami — w końcu spójrzmy, dla kogo pracowali. To samo w sobie było wytłumaczeniem. 

Zatrzymały się naprzeciw ciemnobrązowych drzwi z wygrawerowaną, złotą plakietką, która informowała, iż jest to biuro Draco Malfoya, CEO*. Hermiona przeniosła nagle swoje przerażone oczy w stronę kobiety obok niej. 

— Opis pracy nie mówił nic o bezpośredniej współpracy z żadnym z Malfoyów! Założyłam, że będę odbierać wiadomości, zajmować się ksero, a nie mieć jakąkolwiek styczność z CEO!

— Gdybyśmy mówili osobom aplikującym, co będzie ich prawdziwym zadaniem, nie mielibyśmy żadnych chętnych na to stanowisko. A to jest coś, na co nie możemy sobie pozwolić, ponieważ jeśli nikt się nie pojawi, ta robota spadnie na mnie. 

Hermiona była pewna, że istnieje prawo, które zajmowało się kłamaniem w sprawie obowiązków w pracy tylko po to, by zdobyć chętnych na stanowisko, jednak tak długo, jak wypłata będzie się zgadzała, będzie musiała sobie poradzić. 

— Więc czym dokładnie będę się zajmować? — zapytała przerażonym głosem. Nie podobało jej się, że została zrobiona w balona, ale w końcu firma należała do Malfoya, więc czego ona się spodziewała?

— Generalnie będziesz zajmować się naszym kochanym szefem i trzymać go w ryzach. — To zdanie zawierało więcej sarkazmu, niż Hermiona kiedykolwiek słyszała. Nikt nigdy nie włożył przy niej tyle jadu w jedno zdanie. — Jesteś bohaterką wojenną, więc powinno to być jak spacer po parku w porównaniu do pokonania Czarnego Pana. 

Wcale, a wcale nie uszło uwagi pannie Granger, że kobieta użyła zwrotu Czarny Pan, zamiast Voldemort. 

Powiedziawszy to, kobieta otworzyła drzwi i wepchnęła Hermionę do środka i nim była Gryfonka była w stanie wyrazić swój sprzeciw, zatrzasnęła drzwi prawie przed jej nosem. Co dokładnie miała na myśli mówiąc “trzymać w ryzach”? Z tego, co czytała w gazetach, Draco Malfoy był nikim innym jak osobą profesjonalną i przestrzegającą prawa od samego zakończenia wojny. 

Z chwilą, gdy jej oczy spoczęły na postaci znajdującej się za potężnym biurkiem, Hermiona wiedziała, że publiczny image Malfoya istniał tylko dzięki osobie, której miejsce zajęła była Gryfonka. Co więcej, była ona w niej cholernie dobra. 

Garnitur, który miał na sobie, był odpowiedni do pracy, jednak pod marynarką brakowało koszuli, a do tego zauważyła, że nie miał założonych skarpetek do swoich drogich mokasynów. Głowę miał ułożoną na biurku, uniósł ją jednak na dźwięk zamykanych drzwi. Wyglądał tak, jakby ten jeden ruch kosztował go wiele wysiłku.

W taki sam sposób, jak pani Woods, Malfoy zmierzył ją od stóp po czubek głowy z grymasem na twarzy. 

— Przecież mówiłem jej: duże piersi — wymamrotał zirytowany, po czym z powrotem przykleił policzek do blatu biurka, wyglądając na kompletnie niezainteresowanego. 

Hermiona dodała molestowanie do listy rzeczy, które już miała przeciwko niemu.

Z tęsknym spojrzeniem w stronę drzwi, powtórzyła sobie w myślach, dlaczego tutaj stała. Potrzebowała pieniędzy, i to desperacko, a to była najlepiej płatna praca, jaką mogła znaleźć — w sumie to jedyna praca, jaką była w stanie znaleźć. Więc jeśli chciała zatrzymać swoje mieszkanie, musiała dać sobie radę i stać się sekretarką Diabła — czy jak tam oficjalnie nazywała się jej posada.

— A ja nie miałam w opisie pracy nic o niańczeniu dwudziestopięcioletniego dziecka — warknęła w jego stronę. Rozmiar jej stanika nie miał nic wspólnego z tym, jak wykonywała pracę i nie zamierzała pozwolić mu, by sprawił, że będzie źle się czuła z powodu tego, co miała.

Skoro byli na tyle zdesperowani, by zatrudniać ludzi, którym kłamali na temat tego, co będą robić, to ona zdecydowanie mogła pozwolić sobie na wiele, nim ją zwolnią. Przynajmniej miała taką nadzieję. 

— Może i mam w tej chwili gigantycznego kaca, ale nie oznacza to, że możesz odpowiadać mi w taki sposób już pierwszego dnia. 

Nawet nie uniósł głowy z biurka, gdy do niej mówił!

Hermiona oparła dłonie na biodrach i odezwała się głosem, który używała zazwyczaj tylko w stosunku do Rona, gdy zachowywał się kompletnie idiotycznie — nawet jak na niego. 

— Będę traktować cię z szacunkiem, kiedy sobie na niego zasłużysz. Do tego czasu będę mówić do ciebie jak do dziecka, którym stwierdzam, że jesteś. 

— Oficjalnie zabraniam ci używać tego przemądrzałego tonu względem mojej osoby. Znowu zaczynasz przypominać tę hogwarcką, nieznośną dziewczynę, która brzmiała jak...

Nagle przerwał i uniósł głowę na tyle wysoko, by spojrzeć na nią jednym, przekrwionym okiem. To jedno oko obejrzało ją jeszcze raz, by zatrzymać się na wciąż lekko nieokiełznanych lokach, nim rozszerzyło się w szoku. 

— Kurwa, to nie jest mój dzień — powiedział depresyjnym głosem. 

— Malfoy, posłuchaj… — zaczęła, by przerwać, gdy tylko podniósł głowę całkowicie z biurka, wyglądając po raz pierwszy na pobudzonego, odkąd weszła do gabinetu. 

— Nie, to ty posłuchaj, Granger. Pracujesz dla mnie i jako mój pracownik będziesz odnosić się do mnie z szacunkiem, jeśli chcesz dostać wypłatę. Także za godzinę mam spotkanie. Potrzebuję eliksiru pieprzowego* i nowej koszuli. 

O wiele bardziej podobało jej się, gdy był zbyt zmizerniały, by się nią zająć. Ten chwilowy przebłysk, w którym zobaczyła, jakim szefem mógłby być Malfoy, napawał ją przerażeniem odnośnie tego, z czym przyjdzie jej się zmierzyć, skoro kazał jej załatwiać eliksir pieprzowy, ale dało jej też iskierkę wiary w niego jako pracodawcę. 

Spojrzała na niego zaciekle, ale w głębi wiedziała, że nie pozostało jej nic innego, niż zrobić to, co powiedział kretyn. 



— Zero łez! Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem — powiedziała czekająca na zewnątrz gabinetu pani Woods, wyglądając na nieco rozczarowaną. — Masz, to jest twoja karta firmy, by zdobyć cokolwiek będzie chciał. Wystarczy, że pokażesz to sprzedawcy, a będą wiedzieć, by dodać rachunek na konto firmy. 

Hermiona zabrała małą, sztywną kartę, użyła windy i wyszła z budynku. Zdała sobie sprawę, że nawet nie zna rozmiaru tego idioty, więc jak mógł oczekiwać, że kupi mu ubrania?

Po krótkim namyśle kobieta zdecydowała, że musi udać się do najdroższego krawca w mieście. Miała duże szanse, że właśnie tam Malfoy robił swoje zakupy, więc krawiec powinien znać jego rozmiar. Miała taką nadzieję. W innym wypadku przejdzie się do najtańszego sklepu, jaki będzie w stanie znaleźć, i kupi mu coś z hawajskim nadrukiem. 



Kiedy do umówionego spotkania Malfoya zostało zaledwie dziesięć minut, Hermiona wbiegła do gabinetu. Włosy miała potargane, a policzki pokrywał najprawdopodobniej wielki, czerwony rumieniec od tego szaleńczego biegu, na który się zdecydowała, żeby tylko zdążyć na czas. 

— Spóźniłaś się. 

Kobieta przewróciła oczami i położyła koszule na blacie biurka. Kupiła kilka, na wypadek gdyby miała jeszcze zdarzyć się podobna sytuacja. Gadka pani Woods pozwoliła jej wierzyć, że nie jest to pierwszy raz, gdy blondyn stawił się w pracy w mniej odpowiednim stanie. 

— Wcale nie. Wciąż masz kilka minut do spotkania. 

Nie mogła nic poradzić na to, że zauważyła twarde mięśnie pleców i torsu, gdy ściągnął marynarkę, w ogóle nie przejmując się, że była obecna w pomieszczeniu razem z nim. Gdyby nie Mroczny Znak ozdabiający jego ramię, na widok którego poczuła chłód, kobieta mogłaby dokonać karygodnej rzeczy i obślinić się na widok dobrze zbudowanego ciała swojego szefa. 

Skończył zapinać guziki koszuli i wyciągnął w jej stronę dłoń po eliksir, który pozbawi go większości objawów kaca. 

Hermiona była ostrożna, by ich dłonie nie zetknęły się ze sobą, gdy podawała mu małą buteleczkę. Nie chciała, by jego wężowata skóra dotknęła jej; dałaby sobie uciąć rękę, że równałoby to się z jakimś Ślizgońskimi bakteriami. 

— Ogarnij gabinet czy coś, jak mnie nie będzie — zawołał, obracając się do niej przez ramię, po czym wyszedł przez drzwi, narzucając marynarkę na ramiona.

— Dowodziłam całym departamentem w Ministerstwie, a jestem zmuszona do pracy sprzątaczki — marudziła. 

Na pierwszy rzut oka gabinet wyglądał całkiem czysto, niestety to spostrzeżenie znikło tak szybko jak się pojawiło, gdy zajrzała pod biurko. 

Znajdowały się tam zwitki papieru, coś, co wyglądało jak niedojedzona kanapka, oraz skórzana aktówka. Zaintrygowana, wsadziła głowę w miejsce pod biurkiem, gdzie zazwyczaj stało wsunięte krzesło i z bliska przyjrzała się teczce. 

Była ona otwarta, więc nie miała problemu z zobaczeniem jej zawartości. Znajdowały się w niej wielka butelka Ognistej Whisky — trzy czwarte wypite, para kajdanek, ananas i stanik, który zdecydowanie był przeznaczony dla piersi dużo większych niż Hermiony. Ani jednego papieru czy dokumentu w tym bałaganie, co powiedziało jej, że Malfoy wcale nie wierzył w przynoszenie pracy do domu. Za to nie miał żadnego problemu z przynoszeniem akcesori po imprezie następnego dnia do pracy. 

Zamknęła aktówkę z odrazą, wyrzuciła papiery z kanapką do śmietnika i rozejrzała po pomieszczeniu, by sprawdzić, czy coś jeszcze mogła uprzątnąć. Po krótkiej inspekcji doszła do wniosku, że reszta gabinetu wyglądała w porządku. Sprzątanie nie widniało w opisie pracy, więc Hermiona nie miała zamiaru udawać zapracowanej, czekając na Malfoya.

Wyślizgnęła się z gabinetu na poszukiwania pani Woods. Niestety kobiety nigdzie nie było, ale w czasie poszukiwań znalazła się przy sali konferencyjnej. Wyglądało na to, że Malfoy robił jakąś prezentację. Mogła to wszystko widzieć dzięki wielkiemu oknu, które zajęło większą część ściany. 

Nie wydawało się, by kac jeszcze go męczył, a gdy zwracał się do ludzi go obserwujących, otaczał się charyzmą i wdziękiem, które sprawiały, że nie sposób było oderwać od niego oczu. Widząc tę scenę na własne oczy, Hermionie było łatwiej zrozumieć, dlaczego był dyrektorem firmy — nawet jeśli należała ona do jego rodziny — skoro był tak nieodpowiedzialną i lekkomyślną osobą.

W tej samej chwili, gdy miała się odwrócić na pięcie i znaleźć sobie coś produktywnego do zrobienia w czasie czekania, szare oczy przyłapały ją na staniu i obserwowaniu ich właściciela. Szybko spojrzała w inną stronę i zawróciła do jego gabinetu, tak szybko jak tylko się dało bez biegu. Sposób, w jaki na nią spojrzał, sprawił, że po jej plecach przeszły dreszcze niepokoju. Zbyt dużo czasu poświęcił przez lata na nauczenie się zakładania na twarz bezemocjonalnej maski, która była nie do rozszyfrowania. Przez to nie była w stanie określić, co w tym spojrzeniu ją niepokoiło, ale w oczach miał błysk czegoś, co wytrąciło ją z równowagi. 

Niedługo po tym Malfoy wrócił ze spotkania. Były Ślizgon przeszedł prawie przez nią, bez żadnego zbędnego komentarza i zatrzymał się przy biurku. Dalej ją ignorując, schylił się po teczkę i wyjął z niej butelkę z bursztynowym alkoholem. 

— Na Merlina, jak ja nienawidzę spotkań.

Z niedowierzaniem i dezaprobatą, kobieta patrzyła, jak nalewa sobie dużą szklankę whisky i wypija ją w kilku szybkich łykach. 

— Nie patrz na mnie tym swoim dezaprobującym spojrzeniem, Granger — powiedział, równocześnie odstawiając szkło z łoskotem na blat. 

Skąd on w ogóle wytrzasnął tę szklankę? Musiał mieć je ukryte w szufladzie na takie okazje.

— Nie patrzeć na ciebie tak, jakbyś właśnie nie wytrzasnął całej prezentacji z tyłka i chodził dumny, jakbyś znał odpowiedzi na wszystkie odpowiedzi, mając na sobie, jak myślę wczorajsze ubranie, do tego bez skarpetek? 

Malfoy skrzywił się i nalał sobie drugą szklankę trunku, tym razem zatrzymując się dopiero, gdy whisky sięgała brzegu szkła. 

— Jeśli chcesz wiedzieć, nie wyciągnąłem jej całej z tyłka, małą jej część przygotowałem, idąc do konferencyjnej. 

Tym razem bursztynowy alkohol zniknął w jego gardle za jednym razem, tak jakby ścigał się sam ze sobą, by sprawdzić, czy uda mu się drugą skończyć szybciej niż pierwszą. 

— Malfoy, jak ty w ogóle funkcjonujesz? — zapytała, czując się sfrustrowana jego monumentalną nieodpowiedzialnością. Przyjście do pracy na kacu było jedną rzeczą, ale picie alkoholu w czasie niej jak zdesperowana ryba potrzebująca wody było czymś całkowicie innym. 

— Wystarczająca ilość Ognistej. Oraz zatrudnianie tak nudnych kujonic jak ty, które używają swoich naturalnych pruderyjnych zdolności do zabicia zabawy i odwalenia roboty. 

Gdy Draco sięgnął ponownie po butelkę, by nalać sobie trzecią szklaneczkę, Hermiona przesunęła się w jego stronę i wyrwała mu ją z dłoni. 

— Oho, obawiam się, że właśnie obudziłeś moje “pruderyjne zdolności” — powiedziała. — Nie powinieneś pić w godzinach pracy, a już nie tak dużo i nie tak szybko. 

— Jaki diabeł wykurzył cię z dziury w Ministerstwie, którą sobie sama wykopałaś? Dlaczego nie mogłaś tam po prostu zostać zamiast zjawiać się tutaj, by być moją osobistą panią męki i nieszczęścia? — zapytał żądającym głosem, do tego brzmiał, jakby był zły. Jednak spojrzenie szarych oczu, utkwione w butelce było bliskie bycia płaczliwym.

— Ministerstwo miało cięcia. Zamknęli mój departament — odpowiedziała szybko, nie chcą pokazać jak wielki smutek czuła, opuszczając jej stare miejsce pracy, by znaleźć się na każde skinienie palca jej prywatnego, dziecięcego wroga, który był dla niej okrutny. 

— Nic straconego. Awansowałaś z żałosnego Ministerskiego drona na osobistą asystentkę dyrektora Malfoy Incorporated. 

— Szczęściara ze mnie — powiedziała z przyklejonym sztucznym uśmiechem do twarzy. 

Zrelaksowana postawa Malfoya powoli znikała, aż pozostawiła za sobą poważnego mężczyznę. 

— Żebyś wiedziała, Granger, że cholerna z ciebie szczęściara. Przypuszczam, że pani Woods musiała być naprawdę zdesperowana, że ciebie wzięła, biorąc pod uwagę listy wysłane przez twoje kochane Ministerstwo, by nikt cię nie zatrudniał. 

Nie czekał na jej reakcję i zaczął grzebać w szufladach. 

— O czym ty mówisz, Malfoy? 

Blondyn zignorował ją na chwilę, ciągle grzebiąc w biurku. Hermiona zaczynała odczuwać frustrację na tyle silną, że miała już go zapytać o to samo po raz drugi, gdy rozciągnął usta w zwycięskim uśmieszku i wciągnął kolejną butelkę Ognistej whisky. 

— Mówię, że mimo tego, iż składałaś dużo aplikacji na różne stanowiska pracy, nie miałaś żadnego szczęścia w zdobyciu ani jednej, mimo tego, że jesteś Hermioną Granger, tak? — Nalał do szkła alkoholu, a ona pokiwała głową. — Dwa tygodnie temu wysłali sowę z rozkazem do Departamentu Zasobów Ludzkich. Wygląda na to, że moi podwładni zatrudnili cię mimo tego, a ja zamierzam na to pozwolić, ponieważ nie byłbym sobą, gdybym odrzucił okazję sprzeciwienia się Ministerstwu w granicach prawa. 

Przez chwilę Malfoy zapatrzył się w szklankę, z której wziął łyka, a kiedy na nią spojrzał z powrotem, zniknął względnie niebezpieczny alkoholik. Hermiona widziała w szarych oczach ślady groźby, która przypomniała jej, że mężczyzna przed nią kiedyś był śmierciożercą. 

— Jednakże, jeśli twoje problemy z ministerstwem w jakiś sposób sprawią kłopot mojej firmie, nie tylko zostaniesz zwolniona. Osobiście dopilnuję, byś nigdy więcej nie dostała żadnej pracy w tym kraju, rozumiemy się? 

Hermiona nie była potulna, ale mając do czynienia z taką intensywnością Malfoya, mogła tylko skinąć głową. 

Usta wykrzywił mu uśmiech, który nie miał nic wspólnego z radością. 

— Dobrze. Oddaj mi whisky i idź do domu. Zostałaś zatrudniona. Widzimy się jutro. 

Była Gryfonka powinna się cieszyć z tego, że zdobyła pracę, ale jedynie co czuła, to ulgę, że nie straci mieszkania. Malfoy najwyraźniej puścił ją wcześniej do domu, więc odwróciła się na pięcie i opuściła gabinet z butelką alkoholu w dłoni. Kretyn mógł rozkazać jej by ją zostawiła, ale jeśli oczekiwał produktywnie pracować, musiała zacząć trzymać go z daleka od procentów. To, i nie chciała by od początku myślał, że będzie jego popychadłem. 


*eliksir pieprzowy - w ang opowiadaniach często jest mowa o eliksirze na kaca, polskiej wersji go nie ma, ale dużo autorów używa także eliksiru pieprzowego na tą dolegliwość.
*CEO - dyrektor generalny. 

3 wrz 2017

NOWE SZANSE | ROZDZIAŁ 13



if you cannot find peace within yourself you will never find it anywhere else.



Szkolne korytarze świeciły pustkami tego wczesnego sobotniego poranka. Głośne szuranie papci odbijało się od ścian, a Lyra ubrana w legginsy i gruby sweter, splatała długie włosy w warkocz. Przystanęła dopiero przed dobrze znanymi sobie drzwiami. Nie siląc się nawet na pukanie, naparła na klamkę i weszła do środka.

W gabinecie panowały taki sam spokój i cisza jak za jego ścianami. Lyra, widząc, że jej mama jeszcze się nie krzątała po pomieszczeniu, westchnęła, po czym skierowała się w stronę sypialni.

Po raz pierwszy widziała, by jej śpiąca matka wyglądała tak spokojnie. Dziewczyna wyszła ze swoich różowych, włochatych papci (które wciąż wywoływały uśmiech u jej Ślizgona) i wślizgnęła się pod kołdrę, dalej wpatrując się w wolną od trosk twarz. Uniosła dłoń i przygładziła niesforne, brązowe loki, mimowolnie się uśmiechając.

Brakowało jej tego. Od tak dawna z własnej woli nie spędzała czasu ze swoją mamą, próbując się pozbyć palącej złości i gorzkiego smaku, które pozostawiły w niej kłamstwa. Wstyd jej było się do tego przyznać, ale nawet by nie wiedziała, że kobieta próbuje poskładać swoje miłosne życie, gdyby nie Hugo. To jej młodszy brat wbił się na imprezę, którą Ślizgoni urządzili, by świętować zwycięstwo ich drużyny z Krukonami — chociaż wbicie się to za dużo powiedziane, bowiem zaproszone były wszystkie domy — żeby odciągnąć ją na bok. Przyciszonym, dosadnym głosem powiedział jej, co myśli o cichych dniach (chociaż to bardziej były już tygodnie, a nie dni) w relacji z ich rodzicielką. Lyra zdawała sobie sprawę z tego, że ignorowanie ich mamy, sprawiało kobiecie wielki ból, wiedziała o tym od samego początku. Jednak w tym całym rozżaleniu, bólu i wściekłości bała się, co mogłaby powiedzieć swojej rodzicielce. Po pierwszym tygodniu doszła do wniosku, że traktowanie jej jak powietrze jest lepsze, niż gdyby miała wybuchnąć i dać się ponieść emocjom. Czasem łatwiej wybaczyć ignorowanie niż ostre słowa, które ciągle pchały jej się na język.

Ale Hugo miał rację. Potrzebowały siebie nawzajem, a kobieta i tak nacierpiała się wystarczająco.

Dlatego próbowała pogrzebać swoje wciąż buzujące emocje, zacisnąć zęby, by wrócić do relacji, jakie miały te kilka tygodni temu.

Czekając, aż powieki uniosą się, ukazując brązowe oczy, Lyra zasnęła, ukołysana cichym tykaniem zegara. Wybudziło ją delikatne głaskanie po głowie i cichy głos, co nucił jej ulubioną kołysankę.

Spojrzała na Hermionę, która była ubrana w mugolskie ciuchy i leżała na boku, podpierając się na łokciu.

— Cześć — wychrypiała blondynka, czując suchość w gardle.

Kobieta stuknęła różdżką w szklankę na szafce nocnej, która napełniła się wodą.

— Hej — odpowiedziała niepewnie, wręczając jej napój. Lyra przyjęła je z wdzięcznością, czując ulgę, gdy popękane usta dotknęły zimnej, orzeźwiającej wody. Kiedy dziewczyna odstawiła szklankę, wciąż się nie odzywając, Hermiona przypominając sobie w myślach, że jest matką i Gryfonką, odezwała się pierwsza. — Więc… Ty i Scorpius?

Lyra parsknęła śmiechem.

— Tak. — Hermiona widziała, jak jej córka marszczy brwi, zastanawiając się nad czymś, po czym siada po turecku w jej stronę. — Prawdę mówiąc, coś pomiędzy nami się stało …

— Coś? — zapytała retorycznie rozbawiona Hermiona, przerywając córce w pół zdania, doskonale zdając sobie sprawę, co kryję się pod słowem „coś”.

— Coś. W dzień, kiedy pozwoliłaś nam użyć swojego gabinetu.

— To ja powinnam ci powiedzieć, że ja byłam tamtego dnia na randce i…

— Iiii? — przerwała jej Lyra, podekscytowanym głosem.

— I „coś” się nie wydarzyło — dokończyła i zaśmiała się, widząc, jak jej córka przewraca oczami. — Ale jest to poważne, jestem szczęśliwa, próbuję wszystko naprostować i mam nadzieję, że z nim u mojego boku mi się uda.



Hermiona tego dnia promieniała. Dawno nie czuła się tak szczęśliwa, co zauważali wszyscy. Zaczynając od uczniów, którzy przyjęli zmianę w ich nauczycielce z ulgą, bo klasy ponownie były ciekawe, na współpracownikach i Draconie kończąc

Podekscytowanym głosem opowiadała mu, jak to Lyra sama do niej przyszła i się pogodziły. Co prawda nie wyjawiła powodu rozżalenia córki, ale zdawał sobie sprawę, że musiało to być coś naprawdę wielkiego. Z różnych opowiedzianych historii wiedział, że jest ona raczej racjonalną dziewczyną, więc przez byle głupotę nie odcięłaby się na tak długi okres od swojej matki, którą, jak doskonale widział, bardzo kochała.

Cieszył się, że pomiędzy nimi wszystko powoli się układało, bo po raz kolejny mógł obserwować, jak cholernie mocno musiało to wszystko ciążyć na Hermionie. Nawet kiedy uśmiechała się i śmiała na randkach, to wciąż mógł ujrzeć ten cień smutku chowający się w jej pięknej twarzy.

Dziś on zniknął. Rozdawała uśmiechy każdej obcej osobie, jaką napotkali. Zadziornie patrzyła mu w oczy, z wyprostowanymi ramionami szła u jego boku i pierwszy raz bez niepewności całowała go w usta.

Odnalazła na nowo tę słodką pewność sprzed lat.

Z rozbawieniem przyglądał się, jak kręciła się w kółko w kolorowych światłach karuzel i wesołego miasteczka. Włosy rozprostowały się od ciężaru padającego deszczu, przed którym on krył się pod daszkiem jednej z wielu budek z szybkim jedzeniem. Kącik ust drgał mu w górę w odpowiedzi na kobiecy śmiech wydobywający się spomiędzy czerwonych warg.

Odebrał zamówienie, które pachniało całkiem nieźle, i skierował się w jej stronę. Kiedy był już przy niej, złapał ją z zaskoczenia i nie przejmując się deszczem, złączył ich usta w powolnym, słodkim pocałunku. Puścił ją, dopiero gdy zabrakło mu tchu, i spojrzał w te bursztynowe oczy, w których płonął ogień, choć Potter mówił, że ostatnimi latami ledwo się tylko tlił.

Dziś się jarzył.

— Chodźmy do parku to zjeść, a później odprowadzę cię do bram — zdecydował, ale w jego głosie dało się usłyszeć pytanie, więc wiedziała, że gdyby tylko chciała, mogła zaproponować coś innego.

Z papierowej reklamówki wyjęła butelkę soku pomarańczowego i słomkę, a Dracon sięgnął swoją ulubioną colę. Chowając resztę do jej torebki, ruszyli do wyjścia z wesołego miasteczka, by po krótkim spacerze znaleźć się w parku.

— Minerwa ostatnio opowiadała uczniom o praktykach — poinformowała go, chwytając za słomkę wystająca z szyjki butelki. — Zastanawiam się, co wybierze Lyra. Boję się, że zdecyduje się na to, na co liczy Harry, i spróbuje załatwić sobie miejsce w Harpiach.

— Nie najgorszy zawód świata. Właściwie całkiem dobry i liczę, że Scorpius też pójdzie tą drogą. Zresztą dobrze wiesz, że sam, jak byłem dzieckiem, też chciałem być zawodowcem. Niestety, poznałem Pottera i stwierdziłem, że jeśli nie mogę pokonać dzieciaka, który na miotle lata o siedem lat krócej ode mnie, to nie jestem tak dobry, jak myślałem — odparł, wyjmując burgera z torebki.

Hermiona parsknęła śmiechem i spojrzała na mężczyznę z pobłażaniem.

— Mam nadzieję, że nie czekasz na zapewnienia, jak dobry jesteś, bo ich nie dostaniesz — powiedziała, a widząc, jak wywraca oczami i wgryza się w bułkę, ignorując ją, szybko dodała: — To, że nie jestem tak dobra, jak Snape w eliksirach, nie znaczy, że nie zdobędę tytułu mistrza, zwłaszcza że już dawno zostawiłam starego, dobrego Horacego w tyle. Tak samo jest z tobą i byciem ścigającym. To, że nie mogłeś pobić Harry’ego, nie znaczyło, że nie mógłbyś być wtedy zawodowcem i pokonać go teraz. Przecież nigdy nie miałeś problemu z Krukonami i Puchonami. — Złapała jego dłoń i rozluźniła palce, pochylając się, by pocałować go w policzek. — Zresztą teraz, kiedy nie jesteś zapatrzonym w siebie narcyzem, który chce pokazać ojcu, że wszystko ma pod kontrolą i jest najlepszy, masz szansę. W końcu miałbyś czysty umysł, będąc na miotle, i mógłbyś skupić na grze i złapaniu znicza.

Z bijącym sercem patrzyła, jak wąskie usta powoli rozciągają się w małym uśmiechu. Znowu poczuła szalejące bizony w podbrzuszu i po raz kolejny zastanawiała się, co ten jeden mężczyzna potrafił jej zrobić.

— Jeśli Lyra do ciebie przyjdzie, powiedz jej, że powinna rozważyć uzdrowicielstwo. Musi to wystarczająco lubić, skoro jest na tyle zainteresowana, by się tego uczyć, gdy nie jest to wymagane w programie nauczania.

— Myślisz, że ma do tego powołanie? — zapytała zaciekawiona, zwłaszcza że jeszcze chwilę wcześniej upierał się, że granie dla kariery nie jest złym sposobem na zarabianie na życie.

— Szczerze? Nie znam jej na tyle, Hermiono — kontynuował i tylko dzięki temu, że spojrzał na nią w tamtej chwili, wychwycił smutek, który szybko zamaskowała przed jego czujnym spojrzeniem. Uniósł w niemym pytaniu brew, ale postanowił jeszcze nic nie mówić. — Wiem, że bez problemu po części uzdrowiła moją dłoń i zrobiła to dobrze, ale też wychwyciła, co będzie musiał sprawdzić uzdrowiciel, bo zdawała sobie sprawę, że sama nie da rady. Mimo ambicji nie ryzykowała. Myślę, że gdyby chciała, to mogłaby być dobra, ale po ostatnim meczu Ślizgonów z Krukonami już wiem, że jest znakomita w quidditchu.

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to trzęsące się ramiona jej kuzynki, które pocierał Corbin. Widząc wielkie, spływające po piegowatych policzkach grochy łez, rzuciła torbę z książkami i w kilku krokach pokonała dzielącą ją odległość od kanap przy kominku.

— Lily? Słońce, co się stało? — zapytała, a Corbin ustąpił jej miejsca.

Ostatnimi czasy jej przyjaciel i kuzynka byli do siebie praktycznie przyklejeni. Zdziwiła się, kiedy zamiast zatrzymać Corbina przy sobie, Lily rzuciła jej się na szyję. Głośno zapłakała, a męskie dłonie zacisnęły się w pięści z palącej złości i bezradności. Dlatego oplotła swoje ramiona wokół trzęsącego się ciała i cicho zaczęła nucić piosenkę.

— Nie… nienawidzę… jej! Nienawidzę! — wyszeptała zapłakanym głosem, a Lyrę aż ścisnęło, bo doskonale wiedziała, o kim kuzynka mówiła. I nawet, teraz gdy sama przez tak długi czas była pokłócona ze swoją mamą, to wiedziała, że wciąż ją kocha.

— Szzz… No już. Nie może być tak źle — zawołała, ale tak, by tylko oni ją usłyszeli. Kątem oka zauważyła Corbina zaprzeczającego jej ruchem głowy i zrozumiała

Było gorzej niż źle.

Jej przyjaciel był jedną z bardziej realistycznych, a przy tym nieoderwanych od ziemi, osób, jakie znała. Nie znosił dram, zawsze mówił, co sądził bez owijania w bawełnę, więc skoro twierdził, że jest źle, to tak musiało być.

— Powiesz, co się stało?

Tak bardzo chciała, by Lily wszystko jej powiedziała. Wtedy mogłaby jej jakoś pomóc, coś doradzić, ale odpowiedziała jej głucha cisza przerywana płaczem. Lyra naprawdę nie znosiła płaczu, widziała go za dużo jak na swoje osiemnastoletnie życie i miała nadzieję długo nie usłyszeć tak rozdzierającego serce dźwięku.

— Na...napisała mi list… Nie...nie wiem, o co chodzi. Nic nie ma sensu… Coś, że tata ciągle pracuje, że Rose je...jej powiedziała o…o Corbinie. O tobie…

— O mnie? — mruknęła, a Lily wzruszyła ramionami.

— Nic. Nie...nie ma sensu! Rozpisała się...się o cioci, coś znowu o… o tacie i… i stwierdziła… zakazała mi z tobą przebywać! — Z każdym kolejnym słowem płacz i niepewność Lily ustępowały, a w głos wkradały się wyraźna złość i pogarda. — Rozumiesz? I… i powiedziała, że mam darować… sobie Corbina, bo… bo jestem gówniarą i mam… się skupić na nauce! Jakbym tego nie robiła! — wykrzyknęła, a Lyra nie wiedziała, co bardziej ją zszokowało. Fakt, że Ginny z jakiegoś powodu postanowiła tupnąć nogą i zrobić to, o czym pewnie od dawna marzyła, czyli spróbować się pozbyć Lyry z jej życia, czy to, że nazwała Lily gówniarą. Nie było nowością, że Lily miała lepszy kontakt z tatą niż z mamą, ale do tej pory kłóciły się jak każda mama z córką, a to, że kobieta była zazdrosną o córkę, zawsze ukrywała i maskowała. Zazwyczaj się to udało.

Coś się zmieniło.

— Nienawidzę jej — wyznała, a Lyra aż poczuła ciarki z powodu bólu, który można było usłyszeć w tych dwóch słowach. Odsunęła się i spojrzała jej w twarz.

— Lily, co jeszcze ci napisała?

— Nienawidzę jej — powtórzyła, kręcąc głową, a z zaczerwienionych oczu znowu poleciały łzy.

Lyra westchnęła, rozumiejąc, że Gryfonka już nic więcej jej nie powie. Zamiast naciskać, by dojść do tego, co tak mocno w nią uderzyło, przyciągnęła Lily do siebie, by ponownie głaskać ją po włosach i śpiewać.



Zakradła się po cichu do gabinetu jej mamy. Słysząc, jak bierze prysznic, przebiegła przez pomieszczenie i nie oglądając się za siebie, rzuciła proszek Fiuu do kominka.

— Gabinet Harry’ego Pottera — mruknęła, by w zielonych płomieniach pojawić się w gabinecie Harry’ego w Dolinie Godryka. Wyszła z kominka, otrzepała się z popiołu i ruszyła.

Znalazła Ginny w kuchni. Siedziała tyłem do niej przy stole, była z Jamesem, który jako pierwszy ją zauważył.

— Lyra? — zawołał zdziwiony, a na jego twarzy pojawił się wielki uśmiech. Odpowiedziała mu skinieniem głowy i zauważyła, jak ramiona jej przekochanej cioci spinają się na dźwięk jej imienia.

— Lyra — powiedziała, podnosząc się z krzesła i odwracając w jej stronę. — Nie powinno cię tu być — dodała sucho.

— James — mruknęła ostrzegawczo, by tylko się nie wtrącał, po czym spojrzała zimno na rudowłosą kobietę. — Powinnam, dziękuję bardzo.

— Tak? Umieram z ciekawości, powiedz, co mogę dla ciebie zrobić? — zapytała, a Lyra wywróciła oczami i przelotnie spojrzała na swojego kuzyna. Siedział z wysoko uniesionymi brwiami, ciągle wodząc wzrokiem to od swojej matki, to do Ślizgonki.

— Powiedzieć, co z tobą jest nie tak! — wykrzyknęła. — Co takiego zrobiła Lily, że tak ją potraktowałaś!

— Biedna Lily, już się poskarżyła, że nie podoba mi się jej towarzystwo? — zapytała słodko, a Lyra nie po raz pierwszy zastanawiała się, jak to możliwe, że ta kobieta była młodsza od jej mamy tylko o rok!

— Żartujesz sobie? — zapytała i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała. — Nie rób ze mnie idiotki, Lily nie chciała powiedzieć, co jej wypisałaś poza jakimiś swoimi żalami i niby rozkazami, ale obie wiemy, że to nie wszystko.

— Nic nie wiesz, a Lily dramatyzuje, jak zawsze — powiedziała Ginny, a Lyra zacisnęła ze złości usta.

— Wiem, że przez ostatnie trzy godziny płakała mi w ramionach - przez ciebie! Lily jest twoim dzieckiem i nie wiem, co jej wyznałaś, ale własna córka cię nienawidzi!

Lyra nie wierzyła, jak można być tak nieczułą żmiją, i to dla własnego dziecka. Zawsze wydawało jej się, że matki w porównaniu do mężczyzn otaczają swoje dzieci miłością od samego poczęcia. W końcu w odróżnieniu od nich miały one połączenie z dzieckiem od zarodka. Nosiły je pod sercem, by później nosić w swoich ramionach i kochać bezgraniczną miłością.

W kuchni zapanowała cisza. Mama jej kuzynostwa spoglądała na nią z nienawiścią w oczach, a z twarzy Jamesa zniknęły jakiekolwiek oznaki dobrego humoru, który jeszcze widziała kilka minut wcześniej.

— Jesteś jeszcze gorsza niż twoja matka! Wpychacie swoje nosy, tam, gdzie was nie chcą.

Blondynka parsknęła śmiechem. Jeśli miała to być obelga, to bardzo nietrafna. Hermiona Granger, mimo że daleko jej było do wyglądu Ginny albo nawet mamy Scorpiusa, bo miała swoją własną nietuzinkową urodę, była sto razy lepszą kobietą, niż była Gryfonka kiedykolwiek mogłaby być.

— Dziękuję, uznam to za komplement, ale skoro tak bardzo tego chcesz, to dam ci radę, tak jak zrobiłaby to moja mama. Obudź się, spójrz w lustro i zapytaj się, co wyprawiasz. Odepchnęłaś od siebie córkę, która chciała twojej miłości, ale przez swoją obsesję do wujka, bo to nawet nie jest miłość, i zazdrość, sprawiłaś, że do końca życia będzie myślała, że coś z nią jest nie tak! Twój mąż ma dość, a tak bardzo cię kocha, wiesz? Dałby ci cały świat, gdybyś tylko chciała, ale i tak byłoby to za mało — rzekła z palącym przejęciem.

Ile by dała, by Ron był takim mężem dla jej mamy. Ile by dała, by to właśnie w ramiona Harry’ego jej mama wpadła i w nim się zakochała!

— Zamknij się.

— Nie zamknę się! — krzyknęła rozjuszona widząc, że Ginny wcale nie wyglądała na przejętą swoją córką. Czując złość zbierającą się, zacisnęła dłonie w pięści. Wiedząc, że nie powinna, bo to zły pomysł, wzięła głęboki oddech i patrząc prosto w roziskrzone złością oczy, powiedziała to, co wiele osób myślało, ale bało się powiedzieć. Temperament Weasleyów był legendarny, zwłaszcza u Ginny, przez co większość ludzi obchodziła się z nią, jak z tykającą bombą. — Ktoś wreszcie musi ci powiedzieć tę bolącą prawdę. Musisz się obudzić, bo zostaniesz sama, zgorzkniała i nienawidząca całego świata. Lily już straciłaś, a nim się obejrzysz odejdzie James, Albus, a potem wujek. Musisz przestać być Molly Weasley, ponieważ jesteś Ginny Potter i nie jesteś tylko matką i kurą domową. Jesteś dziewczyną, którą ludzie uwielbiali oglądać, której zazdrościłam bycia w Harpiach i zawsze mówiłam, że będę tak dobra, jak ty. Jesteś bystra, towarzyska, z reguły dająca się lubić, więc wyjdź do ludzi i żyj i zrób coś dla siebie! Zrezygnowałaś z kariery ścigającej dla swoich dzieci, ale nie musiałaś rezygnować ze swojego życia! Quidditch nie kończy się na graniu, więc otwórz te cholerne oczy i zostań nawet cholerną dziennikarką sportową, jeśli cię to jara! Cokolwiek!



Wskazówki zegarka na nadgarstku wskazywały przed jedenastą, gdy wrócił do domu. Zdziwił się, widząc zapalone światła w każdym pomieszczeniu. Ginny zazwyczaj zamykała się w swojej sypialni. Wszedł do salonu i usłyszał śpiew dobiegający z kuchni. Im bliżej znajdował się do jej wejścia, tym bardziej marszczył brwi. Głos wydawał mu się dziwnie znajomy, ale był przy tym… dziwnie zagłuszony, przez co nie mógł dopasować do niego twarzy.

— Ochh, tatko! Lyra, ci.. ikk.. cicho! Ikk — zawołał jego syn z przerwami na czkawkę i Harry zrozumiał, dlaczego śpiewający głos wydawał mu się dziwny. Lyra była pijana, tak samo jak jego najstarszy syn. Siedzieli na zimnych, czarnych kafelkach z jedną pustą karafką whisky, a drugą rozpoczętą butelką polskiej wódki, którą dostał w prezencie. Jego chrześniaczka wciąż miała na sobie szkolny mundurek, a jego syn pogniecioną już teraz szatę aurorów.

— Co tu się dzieje? — zapytał, a Lyra pisnęła zaskoczona jego widokiem, po czym sięgnęła po przezroczystą butelkę i przyssała się do niej; aż zrobiło mu się niedobrze. James zaczął się śmiać i próbował wytrzeć kuchenną ściereczką wódkę spływającą po brodzie dziewczyny.

Harry nachylił się i wyrwał z małej dłoni butelkę, po czym z hukiem odstawił ją na blat stołu.

— Kurwa, ile wy macie lat?! — krzyknął, dziewczyna się wzdrygnęła, nieprzyzwyczajona do krzyczącego ojca chrzestnego, a Harry westchnął. James spojrzał na niego spod byka i zaczął coś po cichu szeptać, co częściowo słyszał, bo pijany James to głośny James. — Gdzie twoja mama, James? — zapytał — Jak was zobaczy, to chyba z domu mnie wyrzuci — dodał do siebie.

— Nie wyrzuci, bo odeszła — odpowiedział mu całkiem spokojnie syn, a Harry aż z wrażenia usiadł na krześle.

2 lip 2017

Odwieczne pytanie autorów!

Cześć Miśki kochane! <3 Nie przybywam do was z nowym rozdziałem albo tekstem. A pewnym problemem. Zauważyłam, że w ostatnich trzech postach nie było wcale tak dużo komentarzy, jak tego się spodziewałam, ale to nic, no bo w sumie ich zawsze
 jest mało. Jednak to co mnie niepokoi to malejąca liczba wyświetleń. Chciałabym wiedzieć co się dzieje, od czego to zależy.

Niby to nie powinno być ważne, wszak zawsze powtarzałam, że piszę dla siebie, ale od jakiegoś czasu tłumaczę, co już robię dla was jak i dla siebie. A tak naprawdę, kiedy zaczynamy publikować, coś co nawet piszemy dla siebie, to publikujemy dla Was i wszystko, zaczynając od pochwał, miłych słów, krytyki, dobrych rad, znaczy dla nas wiele.

Dlatego postanowiłam Was spytać, co sprawiłoby, że zaczęlibyście pokazywać się częściej, odzywać i pisać. Czy jest jakiś sposób, by Was do tego zachęcić, czy trzeba zagryźć zęby i nie dawać się demotywować brakiem komentarzy, zwłaszcza chyba w tych postach, gdzie widnieje po tysiące wyświetleń i dalej robić swoje?

I zadanie dla Was:

Co chcielibyście by się ukazało w następnej notce?

- miniaturka tłumaczenie?
- dziesięć dni na miłość 2?
- niech stanie się cud 2?
- lady ambrossia?
- dla większego dobra?
- nowe szanse (marne szanse, ale zawsze to jakaś opcja)?


Buziaki!

23 maj 2017

KG - BLOG MIESIĄCA - EDYCJA JUBILEUSZOWA

Cześć, Kochani! <3 Dziś przybywam do Was z krótką informacją i prośbą. Na Katalogu Granger, który bardzo lubię jest nowa edycja na BLOG MIESIĄCA, ale tym razem jego forma jest inna, wyjątkowa bym powiedziała na tą jubileuszową, dziesiątą edycję ; ) Otóż tym razem udział biorą wszystkie blogi, które zwyciężyły w poprzednich edycjach, w tym mój, który wygrał PIERWSZĄ edycję. Jak ekstra jest ten pomysł?

Kiedy patrzę na śmietankę towarzyską w tej edycji nie spodziewam się zwycięstwa, ale będzie mi niezmiernie miło, gdy  poświęcisz swój czas, wejdziesz na KG ---> TUTAJ <--- przeczytasz notkę dziewczyn i zagłosujesz na swój ulubiony blog ze wszystkich jakie są dostępne. Może będzie to phenylethylaminee, może twórczośc Kerci albo kompletnie co innego, nie ważne, ważne żebyś tylko poświęcił swój czas czytelniku i zagłosować na blog, który twoim zdaniem zasługuje na wygraną!

BUZIAKI DLA WAS :**



6 maj 2017

Dziesięć Dni na Miłość

Tytuł: Dziesięć Dni na Miłość
Autor: Vixen
Rodzaj: Family/Comfort/Friendship/Humour
Status: Miniaturka, zakończona.
Beta: Ania, Katja, Hope - buziaki <3
Opis: Kiedy Harry radzi Hermionie przestać czekać na miłość, kobieta nie myślała, że znajdzie ją ona jeszcze tego samego dnia.

Dziś jest bardzo ważny dla mnie dzień, dokładnie 4 lata temu i niecałe osiem godzin temu na świat przyszedł mój syn. Przewrócił całe moje życie do góry nogami, chwilami nie było łatwo, kiedy indziej jeszcze trudniej. Ale uśmiechy pełne szczęścia, każde "kocham cię" pełne dziecięcej szczerości, mokre buziaki i przytulasy porankami, nawet oglądanie po raz tysięczny tego samego odcinka danej bajki, na której w tym czasie ma bzika... Każdy płacz, każda niewiadoma w świecie młodych i niedoświadczonych rodziców, każde zdenerwowanie, strach o własne dziecko, niepewność czy kształtujesz je prawidłowo, każda nie przespana noc i każda walka, którą trzeba z nim stoczyć. To wszystko znika, gdy wdrapuje ci się na kolana, z zaczerwionymi polikami, wielkimi, zapłakanymi oczami i wtula się w ciebie ufnie. Bo tylko ty i tata potraficie odgonić wszystko co złe. To ty jesteś lekarstwem na całe zło tego świata. I rozpiera cię duma i tak wielka miłość, którą nie myślałaś, że w sobie masz. 

Mimo, że mój A. nigdy tego nie przeczyta, to dedykuję tą mini jemu, bo dał mi wiele do napisania tej miniaturki. 

Kocham cię, A <3 



— Tato! Tato… Tato! — Na placu przy fontannie rozległ się głośny i zrozpaczony krzyk małego dziecka. — Tatusiu…

Niewysoki, a przy tym szczuplutki chłopiec stał w miejscu, gorączkowo rozglądając się dookoła. Wielkimi z przerażenia oczami obserwował mijających go ludzi i przejeżdżające ulicą samochody. W dłoni ściskał swoją ulubioną maskotkę — Pana Kostka — która przedstawiała pluszowego kościotrupa. Na czubku głowy leżał czarny cylinder, miał też czerwoną różę przyszytą na wysokości klatki piersiowej.



— Harry, nic się nie stało, po prostu mam dość tej pracy, nieudanych związków…

— Było ich aż dwa, trudno tu mówić o “związkach” — zaprotestował głos w głośnikach samochodowych, na co kobieta prychnęła zirytowana tym, że jej przerwał, wytykając, jak biedne było jej życie romantyczne.

— … oraz faktu, że wszyscy się zaręczają albo chodzą z tymi przeklętymi, słodkimi brzuszkami.

— Hermiona! — zawołał rozbawiony Harry, po czym parsknął śmiechem. — Mogłaś zostać panią Weasley, miałabyś już z trójkę dzieci do przewijania — oznajmił jej.

Hermiona skręciła w lewo i westchnęła, widząc korki dookoła niej.

— Czy ja ci wyglądam na Lavender? — zapytała retorycznie, na co ponownie odpowiedział jej śmiechem. — Dobrze wiesz, że gdybym została panią Weasley, Ron w końcu by mnie znienawidził… — przerwała na chwilę, by uchylić okno. Londyn tego czerwca był wprost nieznośny, ale nie chciała narzekać, wszystko było lepsze od ciągłych opadów deszczu, bo zazwyczaj płakali, gdy tylko lało. Zamierzała się cieszyć z promieni słońca, miętowych lodów i sukienek, ale cholera, pot się z niej lał. — Po prostu chciałabym kogoś, kto pokochałby mnie taką, jaka jestem. Żeby chodził ze mną na wystawy w muzeum, nawet jeśli ma się tam nudzić przez trzy godziny, bym później mogła mu się odwdzięczyć lodem w samochodzie. Chcę gotować meksykańskie w małej czarnej, którą ze mnie zdejmie po przyjemnej rozmowie. Chcę, by rozumiał, gdy coś jest dla mnie ważne, i tego nie negował, mówiąc, że są to bzdury. Chcę, by nie chciał zmieniać tego, że mam mózg i więcej szarych komórek w głowie niż połowa dziewczyn z naszego rocznika, bo to, do cholery, nie jest moja wina. Nie oczekuję debat o ekonomii świata czy recytowania pieprzonego Szekspira. Chcę być sobą, bez udawania głupiej, zawsze perfekcyjnej i układnej. Czy to tak wiele? — zapytała zmęczonym głosem.

Korek posunął się o pół maski.

— Dla tego loda żałuję, że to nie ciebie pokochałem pierwszą — usłyszała i mimowolnie się uśmiechnęła. — Ale przynajmniej dla ciebie byłem pierwszy we wszystkim — dodał, a ona wróciła wspomnieniami do wojny i czasu, gdy Ron zostawił ich samych. — A tak serio, to przestań w końcu czekać. Miłość przychodzi, gdy najmniej się tego spodziewamy.

Już miała coś odpowiedzieć, gdy w tłumie ludzi na placu ujrzała małego chłopca. Skupiła na nim wzrok, bo wiedziała, że mimo patrzenia w tamtym kierunku z dobre pięć minut, to dopiero teraz go spostrzegła. I była chyba jedyna. Złość się w niej zagotowała, widząc czerwone policzki i drżącą wargę. Hermiona mogła się mylić, ale wyglądał, jakby się zgubił, a żaden z mijających go przechodniów w żaden sposób nie zareagował, nie podszedł.

— Hermiono, jesteś tam?

— Muszę kończyć, Harry!

Przesunęła się samochodem kolejne pół maski, zaciągnęła ręczny i nie bacząc na protestujących ludzi, wysiadła. W odkrytą skórę uderzył żar słońca, a ona przebiegała między samochodami na drugą stronę ulicy. Odkrzyknęła do denerwującej się kobiety w samochodzie i przepchnęła się między ludźmi do chłopca.

Z tej odległości idealnie widziała wielkie łzy spływające po zaróżowionych policzkach i jak bardzo pobielałe były palce zaciśnięte wokół nietypowej jak na jej gust maskotki.

— Tatuś…

Hermionę chwyciło za serce, gdy usłyszała przerywany łkaniem głos. Nie chcąc dłużej czekać, złapała chłopca za ramię i przykucnęła, żeby zrównać się z nim wzrokiem i móc spojrzeć prosto w jego niesamowicie niebieskie oczy.

Wydawały się znajome, zwłaszcza z tymi czarnymi włosami niechlujnie wystającymi spod kapelusza.

— Cześć, kolego, jestem Hermiona — powiedziała, starając się brzmieć przyjaźnie.

— Jestem O...rion, pomoże mi pani zna...leźć tatę?



Zatrzymała się pod Grimmauld Place, które od ponad roku było jej domem. Westchnęła, opierając się wygodniej na siedzeniu. W lusterku spojrzała na tył samochodu, gdzie znajdował się duży fotelik transmutowany z długopisu, a w nim zapięty mały Orion. Po krótkiej kłótni z głupimi bucami w garniturach i polówkach od Ralpha Laurena o to, że stanęła na ulicy i wysiadła z samochodu, udało jej się przekonać chłopca, by jej zaufał i rozsiadł się wygodniej. Nie bacząc na ludzi, przeszła na tył samochodu i udała, że z bagażnika wyciąga fotelik, w którym zapięła powoli uspokajającego się chłopczyka. Po spytaniu, kim są jego rodzice, zamilkł.

Pierwszy raz od dłuższego czasu kobieta nie wiedziała, co ma zrobić. Miała ze sobą dziecko, które na pewno szukali właśnie rodzice. W pierwszej chwili planowała iść na policję, ale kiedy uderzyło w nią, jak ma na imię, zrozumiała, że mugole nie nazywają tak swoich latorośli. Dla pewności dotknęła go swoją magią i poczuła, jak jego wciąż jasna i niewinna nieśmiało jej odpowiedziała. Miała sto procent pewności, że na tyle samochodu spało magiczne dziecko.

Dlatego też postanowiła wrócić do domu. Miała tylko nadzieję, że nie zastanie tam Rona ani nikogo innego, bo nie chciała przytłoczyć małego Oriona zbyt dużą liczbą obcych ludzi. Wiedziała też, że Harry uspokoi trochę jej rozbiegane myśli spowodowane pracą, którą chciała rzucić. Była też pewna, że razem znajdą rozwiązanie, jak wybrnąć z obecnej sytuacji.

Sięgnęła po torebkę leżącą na siedzeniu pasażera na przedzie, wysiadła i skierowała się na tył, gdzie wyciągnęła małego z fotelika. Z ulgą przyjęła fakt, że chłopiec się nie obudził.

I podziękowała za to Merlinowi, lepiej będzie Harry’emu wszystko wyjaśnić na osobności.

Weszła do domu, a w przedpokoju odrazu przywitał ją przyjaciel z łyżką w dłoni.

— Dobrze, że już jesteś, zrobiłem meksyka… — urwał, a zielone oczy wpatrywały się w nią intensywnie. — Hermiona?

Obiecując, że wszystko wyjaśni, jak tylko położy gdzieś małego, przeszła do salonu. Ułożyła go na kanapie, ściągnęła czerwone trampki ze stóp, wsunęła pod ramię maskotkę i nakryła cienkim kocem.

Rzuciła zaklęcia, by nie spadł z wąskiej kanapy, oraz alarmujące, które miało ją powiadomić gdyby coś się działo albo chłopiec się obudził.

Siedzieli przy stoliku, zajadając się zupą meksykańską, którą zrobił Harry po tym, jak wspomniała o niej w ich rozmowie telefonicznej. Widziała, jak mężczyzna przetrawiał to, co mu właśnie powiedziała, a także odmalowującą się złość na jego pięknej twarzy. Sięgnęła ręką nad stołem i kciukiem rozmasowała zmarszczenia pomiędzy czarnymi brwiami. Wiedziała, że pojawiają się wtedy, gdy ogarniało go zmartwienie, zestresowanie i prawdziwe wkurwienie. Często skutkiem ubocznym tak intensywnych emocji były krótkie, ale mocne bóle głowy.

— I nikt się nawet, kurwa, nie zdziwił, że pięciolatek jest sam w centrum miasta? — zapytał, niedowierzając.

W odpowiedzi mogła tylko pokręcić głową.

— Nie wiem… — powiedziała. — Pytałam, jak się nazywa, ale wszystko co mi mówi, to swoje imię, więc będzie trzeba sprawdzić w ministerstwie ilu jest zarejestrowanych chłopców o tym imieniu, z jego wyglądem i w jego wieku. To zadanie dla Harry’ego-Wybrańca-Pottera.

— Pójdę teraz, jest otwarte jeszcze przez dobre pół godziny, więc może dziś się czegoś dowiemy.



Hermiona miała same czarne scenariusze w głowie, kiedy Harry wrócił po długich dwóch godzinach. Spełnił się jeden z najgorszych. Po kilkukrotnym sprawdzeniu katalogów wynik pozostawał taki sam. Kimkolwiek było śpiące dziecko na ich kanapie, nie należało do populacji magicznej Wielkiej Brytanii. Pozostało im skontaktować się z innymi ministerstwami, ale nie będąc rodziną chłopca, nic tak naprawdę nie mogli wskórać. Informacje były przekazywane tylko rodzinie, bez względu na okoliczności, chyba że chcieliby, aby chłopiec trafił do domu rodzinnego, otwartego w Walii po drugiej wojnie. Na początku było dużo dzieci pozbawionych rodziny, w tym też z tej ciemnej strony, ale na przestrzeni lat coraz więcej pojawiało się tam charłaków, dzięki czemu mogli nauczyć się niemagicznego życia.

Za żadne skarby nie chciała, by Orion tam trafił, dlatego następnego ranka skontaktowała się z Kingsleyem. Długo zajęło jej namówienie go na użycie swojego tytułu ministra, by dowiedział się, skąd pochodził chłopiec.

Dopiero kiedy powód ich rozmowy wszedł do kuchni z zaspanymi oczami i rozczochranymi ciemnymi włosami, Kingsley skapitulował.

— Niczego nie obiecuję i może to potrwać.

— Dziękuję, będę ci dłużna — odpowiedziała.

— Powiadomię twój department, że bierzesz nieokreślony urlop z powodów rodzinnych. — Już otwierała usta, by zaprotestować, gdy zza pleców dziecka wyłonił się Harry.

— Słusznie, znając ciebie to i tak masz mnóstwo zaległego urlopu — powiedział były Gryfon.

Kingsley wyszedł, a Harry wsypał płatki do miski, do których dodał ciepłego mleka i miodu. Postawił je na stole wraz ze szklanką soku pomarańczowego.

— Cześć, mały. Jestem Harry, miło mi cię poznać — powiedział, wyciągając przed siebie dłoń. Chłopiec niepewnie ją chwycił i lekko potrząsnął.

— Dzień dobry, panie Harry.

— Po prostu Harry. Powiedz, lubisz płatki?

— Tylko z miodem! — odpowiedział malec, biorąc w drobne dłonie łyżkę.




Pierwszy dzień spędzili na zakupach. Hermiona zdała sobie sprawę, że Orion nic nie miał. Chyba że mieli liczyć Pana Kostka. Dlatego razem z Harrym wybrali się do centrum handlowego. Kupili tam niewiele ubrań z dużą liczbą majtek i skarpetek. Tak, jak Orion mógł pochodzić w tej samej bluzce przez dwa dni, tak Hermiona nawet nie chciała myśleć o codziennym ręcznym praniu dziecięcej bielizny. Kiedy już mieli w siatkach wygodne, a przy tym ładne ciuchy, Harry zaprowadził ich do świata zabaw dla dzieci. Razem razem bawili się w niezliczonej liczbie kulek, do których tylko chwilę namawiali ich małego towarzysza.


Trzeciego dnia, gdy poświata księżyca nieśmiało zaglądała przez okno, Hermionę obudził cichy płacz. Zrywając się z łóżka z wciąż posklejanymi powiekami, pobiegła do drugiego pokoju, gdzie nocował Orion.

Małe ciałko szamotało i kręciło się w wielkim łóżku, a z dziecięcego gardła wydobywało się wołanie o pomoc. Czarne kosmyki przykleiły się do spoconego czoła, a pobielałe palce ściskały Pana Kostka.

— Orion. Orion, hej. No dalej, budzimy się — szepnęła. Nawet nie zdążyła potrząsnąć ramieniem, gdy na sam dotyk dłoni wyrwał się do pozycji siedzącej. Wielkimi, załzawionymi oczami rozglądał się dookoła, a Hermiona doskonale widziała moment, w którym niebieskie oczy rozpoznały pomieszczenie. Biorąc to za dobry znak, przesunęła się z powrotem do łóżka i pojawiła w zasięgu jego spojrzenia.

— Hermina? — zapytał drżącym głosem, a ona zaczesała jego długie, spocone, czarne loki do tyłu, uśmiechając się na niepoprawną wymowę imienia.

— Ale się zgrzałeś, mój drogi — odpowiedziała, podchodząc do komody, w której razem z Harrym zrobili miejsce na te kilka rzeczy, które kupili dla Oriona. Wyciągnęła drugą piżamę i wróciła do chłopca. — Trzeba cię przebrać, bo jeszcze się rozchorujesz, a wtedy tata z mamą będą bardzo, bardzo źli.

— Chcę do taty! — powiedział stanowczym, a przy tym zrozpaczonym głosem, a Hermionie dosłownie pękało serce.

Dzisiejszego dnia dostali odpowiedź z ministerstwa magii w Irlandii, od którego dowiedzieli się, że Orion nie jest obywatelem tego kraju. Następnym krokiem Kingsleya było skontaktowanie się z przedstawicielami ministerstw we Francji i Niemczech, ale oboje wiedzieli, że istniały marne szanse na uzyskanie jakiejkolwiek znaczącej odpowiedzi. Przynajmniej nie bez żadnej przysługi od ich ministerstwa, a chociaż bardzo Kingsley im pobłażał i zawsze pomagał, nie było opcji, by wyłożył się na tacy dla “jakiegoś” dziecka.

— Och, Orionie, wiem o tym, kochanie — powiedziała, siadając na łóżku. Otworzyła szeroko ramiona; chłopiec nic więcej nie potrzebował. Rzucił się jej na szyję z głośnym płaczem, prosząc ją raz po raz, by zabrała go do taty, bo tak bardzo za nim tęskni.

— Jestem pewna, że tatuś też za tobą tęskni i że szuka cię cały czas, bo się boi, wiesz? — zagadnęła, a widząc sceptyczną minę na tak młodej twarzy, parsknęła śmiechem. — Nie żartuję! — powiedziała poważnie, po czym wbiła delikatnie palce w jego boczki i zaczęła łaskotać. — Boi się i będzie cię szukał, dopóki cię nie znajdzie, a jeżeli tatusiowi się nie uda, to my znajdziemy jego, co ty na to? — zapytała, ale odpowiedział jej tylko dziecięcy perlisty śmiech.


Czwartego dnia wszyscy domownicy (ci tymczasowi i permanentni) złapali jakąś chandrę po wiadomościach z Niemiec — Orion nie był obywatelem Niemiec — i Francji — Orion był, a może nie był ich obywatelem — czyli jednym słowem zero dobrych wieści.

Słysząc dzwonek do drzwi, Hermiona pierwszy raz od kilku godzin ruszyła się z kanapy i skierowała swoje kroki do holu. Zanim jeszcze otworzyła drzwi, poczuła zapach pizzy, którą Harry zamówił na obiad. Tak jak ona i Orion, był Gryfon nie ruszył się z kanapy, na której wszyscy siedzieli.

Zapłaciła młodemu chłopakowi i z dwoma wielkimi kartonami jedzenia wróciła do salonu. Zauważyła, że Orion wraz z Harrym posprzątali ze stolika kartki, na których były różnokolorowe pieczątki zrobione przez Hermionę z ziemniaków.

— Jak zwykle nie ma rzeczy, której byś nie wymyśliła — skwitował Harry, gdy pokazywała Orionowi, że wystarczy zamoczyć wycięty w ziemniaku kształt w danym kolorze farby i przycisnąć do kartki, by uzyskać pieczątkę.

Upodobał sobie tę o kształcie samochodu-garbusa, przez co za każdym razem pokazywał im kolejne nowo odbite auto, wykrzykując przy tym jego kolory. Śmiał się, a śmiech miał tak wesoły i ładny, że Hermiona nie chciała, by ta chwila przeminęła.


Szóstego dnia Hermiona znalazła Oriona w bibliotece. Siedział po turecku na granatowym dywanie przed ścianą, na której widniało wielkie drzewo rodzinne Blacków.

— Orion, kolacja już jest — powiedziała, opierając się o framugę drzwi, ale chłopiec nawet nie zareagował. Wpatrywał się oczami w jeden punkt, więc Hermiona podeszła do niego, domyślając się, że pewnie nawet jej nie usłyszał.

— Orion? — zapytała, a on podskoczył zaskoczony.

— Co to? — odpowiedział po chwili, wskazując na drzewo, do którego podszedł.

— To jest drzewo rodzinne Blacków. Kiedyś była to duża i ważna rodzina, ale teraz niewielu członków tego rodu wciąż żyje — rzekła. — Nie lubimy o niej rozmawiać, ale spójrz — powiedziała, wskazując na twarz Syriusza. — To jest chrzestny Harry’ego, zostawił mu to miejsce. A tutaj jest Andromeda, kuzynka Syriusza, która ma wnuka o kilka lat starszego od ciebie. Wiesz, co was łączy?

— To, że mamy imiona po gwiazdach? — zapytał, a jej zaparło dech, bo mimo iż myślała tymi kategoriami, to niedosłownie w ten sposób.

— Miałam na myśli to, że macie imiona jak gwiazdy, ale masz rację, oni, będąc z rodziny Blacków, dostali imiona właśnie po gwiazdach. Jest to rodzinna tradycja, jedyna, która naprawdę mi się podoba.

— To tak jak my! — powiedział, wstając niezdarnie z podłogi i ciągnąc ją w stronę zapachu kurczaka.


Ósmego dnia Hermiona zabrała Oriona po śniadaniu na plac zabaw, gdzie z zaróżowionymi policzkami biegał jak szalony. W pierwszej chwili obawiała się, że może się czuć niekomfortowo, nie wiedziała, czy chłopiec będzie wiedział, co to za miejsce. Po dziesięciu minutach zrozumiała, że było to niepotrzebne. Orion czuł się jak ryba w wodzie, ciągle zjeżdżał na ślizgawce, machał nogami, gdy kazał się wysoko bujać, bawił się w piasku i śmiał się. Bez przerwy. Uśmiech nie schodził z małych ust, za co była wdzięczna, bo od czasu robienia pieczątek nie słyszała jego dziecięcego śmiechu.

A starała się bardzo, by go wywołać.

Domyślała się, że bardzo tęsknił za tatą, ale dzisiaj nie spytał o niego jeszcze ani razu. Przyjęła ten fakt z ulgą, bo już nie wiedziała, jak po raz kolejny miała znieść rozczarowanie w jego oczach i drżącą dolną wargę.

Po długich czterech godzinach biegania Orion przewrócił się na chodniku okalającym plac zabaw, zdzierając sobie kolano. Już zbierała się, żeby do niego podejść, ale on ją uprzedził. Przybiegł do niej z ogłuszającym płaczem. Po pulchnych policzkach spływały wielkie łzy, a po odkrytej nodze w spodenkach ciekła ścieżka krwi. Łagodnym głosem próbowała przebić się przez kwilenie, mówiąc mu, że to tylko małe zadrapanie i zaraz wszystko będzie dobrze.

Wzięła go na kolana, a on wtulił się w nią ufnie, oplatając małymi rączkami jej szyję. Rozglądając się szybko dookoła, uniosła dłoń ponad ranę i używając niewerbalnego zaklęcia, popchnęła swoją magię, a rana zasklepiła się. Zostało po niej tylko zaczerwienienie i zaschnięta krew, którą także usunęła zaklęciem.

Nim skończyła, wyczerpany Orion zasnął wtulony w jej ramionach.

Mam cię.


Dziewiątego dnia odwiedził ich Ron, który zastanawiał się, dlaczego Hermiona po raz kolejny odmówiła przyjścia do Nory i dlaczego nie chodziła do pracy.

— Mam urlop — odpowiedziała, próbując ignorować zszokowaną minę na twarzy rudzielca. — Coś mi wypadło i nie mam na razie czasu. Jestem pewna, że Molly mi to wybaczy.

Jako że wciąż bardzo kochała Rona, jako przyjaciela, to doskonale wiedziała, że był temperamentny. Dlatego subtelnie próbowała się go pozbyć, nim Harry i Orion wrócą do domu na obiad. Zdawała sobie sprawę, że dawno dowiedział się od pijanej Ginny, że Harry i Hermiona mieli coś w czasie wojny, gdy najmłodszy Weasley ich zostawił, i do tej pory mu się to nie podobało. Wciąż pamiętała ostre słowa, które sprawiły więcej bólu niż powinny, gdy Harry zaproponował jej wspólne mieszkanie. W głowie Rona uroiła się jakaś fantazja o wiecznej orgii, która miała się odbywać pod nieobecność jego siostry, gdy ta podróżowała z Harpiami.

Słysząc brzdęk kluczy i perlisty śmiech Oriona, Hermiona poczuła, jak jej ramiona automatycznie się napięły w oczekiwaniu na atak.

Chłopiec wbiegł do kuchni, od razu przylegając do jej nóg i z ekscytacją w głosie opowiadał o dzieciach, które dziś spotkał. Hermiona kiwała głową, ciągle nie spuszczając oczu ze swojego byłego chłopaka.

— Słońce, jesteśmy tak głodni, że zjedlibyśmy konia z kopytami…

Hermiona zaklęła siarczyście, słysząc słowa Harry’ego i widząc, jak piegowata twarz pokrywa się wielkim rumieńcem złości. Instynktownie zjechała dłońmi z głowy Oriona na jego uszy, by choć trochę ochronić go przed słynnym Weasleyowskim językiem.

— Co, kurwa?! — zapytał uniesionym głosem Ron, a Hermiona miała ochotę trzepnąć go porządnie, porządnie w głowę. — Co to za dzieciak? I czy Ginny wie, że zabawiacie się w dom pod jej nieobecność?

Harry przewrócił oczami, spodziewając się takiej reakcji, a była Gryfonka miała wielką ochotę zrobić to samo. Jednak powstrzymała się z powodu wpatrujących się w nią niebieskich oczu Rona. Świdrowały ją, jakby chciały przewiercić się przez niewidzialne osłony wokół niej i odkryć wielki sekret.

Co to był za sekret, miała ochotę parsknąć śmiechem. Zamiast tego skupiła się, a na jej twarzy odmalowała irytacja, która często towarzyszyła kobiecie w pobliżu swojego byłego.

— Po pierwsze, Ronaldzie, wyrażaj się, bo jest z nami dzieciak, Orion — powiedziała, kładąc największy nacisk na słowo określające chłopca, którego użył Ron, by dać mu do zrozumienia, po jak cienkim lodzie stąpał. — Po drugie, nawet nie będę się zniżać do twojego poziomu, bo jest gorszy niż kiedyś. Teraz tak, jak wrażliwość nie mieści się on w pieprzonej łyżeczce do herbaty!

— Słucham? — zapytał, a Harry parsknął śmiechem. — I czego rżysz, Harry! Ginny ciężko pracuje, a ty rządzisz tutaj z Hermioną!

Widząc rosnącą irytację na twarzy Harry’ego, który jeszcze dziesięć sekund wcześniej był rozbawiony, Hermiona zdecydowała się działać. Kucnęła, by wziąć czterolatka w ramiona i wyszła z kuchni. Wychodząc, usłyszała jeszcze odpowiedź przyjaciela, która była tak bardzo zabarwiona jadem, że aż przeszły ją ciarki.

— No tak, bo twoje urojenia o mnie i Hermionie pieprzących się jak króliki w rui wymagają pełnej powagi. Z Hermioną mamy wspólną przeszłość, tak, ale jest to w pieprzonej przeszłości, bo jestem po uszy zakochany w twojej siostrze. Skoro ona się pogodziła, że dostając mnie, dostaje mnie z Hermioną, ty musisz zaakceptować, że nie byłeś ani jedyny, ani pierwszy.

Ron wyszedł, trzaskając drzwiami, obiad został zapomniany, a przestraszony Orion ani na chwilę nie opuścił jej ramion, aż w nich zasnął.

Hermiona nie mogła się nadziwić, jak ufny w stosunku do ich dwójki był mały Orion. Tym bardziej kiedy brało się pod uwagę, jak zachowywał się przy i po wizycie Rona. Bez skrępowania zadawał milion pytań: kim jest Harry, co robi Hermiona, czyj jest ten brzydki, rudy kot (na to pytanie kobieta się obruszyła, a jej przyjaciel ryknął takim śmiechem, że mało nie spadł z kanapy), gdzie w ogóle byli, czy tata po niego już jedzie, czy nie uważają, że Pan Kostek powinien mieć Panią Kostkę? Miała wrażenie, że nie było dziesięciu minut, w ciągu których nie pytałby o to czy o tamto i siamto. Z łatwością opowiadał im, że chodzi do przedszkola, a jego najlepszą przyjaciółką była Alice, której jego dziadek naprawdę, naprawdę nie lubił, ale nigdy nie chciał powiedzieć czemu. Zły dziadek, prawda? Uwielbiał playdooh, ale nie bawił się nim często, bo zawsze nim bałaganił, tak mówiła babcia. Babcia kochała porządek!

Za każdym razem, gdy rozwiązywał mu się język i z przejęciem opowiadał o ulubionych lekcjach, jak piękny był kolor różowy, i że miał białą fretkę o imieniu Smok (tym razem Harry spadł z kanapy i śmiejąc się turlał po dywanie, a twarz miał tak czerwoną, że Hermiona martwiła się, czy zaraz nie eksploduje), ona czekała na jakąś informację, małą wzmiankę.

Nazwa miasta czy nawet przedszkola!

Jakiekolwiek imię, oprócz Alice, ale nawet gdy pytali, jak nazywał się tatuś albo babcia, odpowiadał — tatuś i babcia — jakby to była najoczywistsza rzecz na calutkiej kuli ziemskiej, a nawet i we wszechświecie!

Chciała, nie, skreśl to, potrzebowała czegokolwiek, bo ta bezczynność ją wprost zabijała. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie mogła nic zrobić, by komuś pomóc. Dobijała ją ta bezradność za każdym razem, jak przyłapywała Oriona, gdy wyglądał, jakby się wyłączał. Siedział wtedy przez dłuższą chwilę, wpatrując się w jeden punkt przed sobą, a żadne nawoływanie nie budziło go z tego letargu, dopóki nie poczuł ciepła dotyku.


Dziesiątego dnia Hermiona po raz kolejny znalazła Oriona w bibliotece. Ponownie siedział ze skrzyżowanymi nogami przed rodzinnym drzewem, a w rączkach miął Pana Kostka. Spojrzał na nią, gdy kucnęła obok niego. Miał swoją minę myśliciela, jak to Harry lubił ją nazywać, a w niebieskich oczach, które zdążyła pokochać, tliło się łaknienie wiedzy.

— Hermina, to drzewo jest rodzinne? — zapytał, a Hermiona uśmiechnęła się lekko, słysząc, w jaki sposób sformułował zdanie.

Przez te kilka dni trudno jej było pamiętać, że Orion to wciąż mały chłopiec, bo wiele razy pokazywał, jak wspaniałym, mądrym i pojętnym był dzieckiem. Dlatego kiedy wychodziły mu takie kwiatki, sprowadzał ją na ziemię i przypominał, jak mały i niewinny jeszcze był.

— Tak. Rodzina Blacków, pamiętasz? — zapytała, a on pokiwał głową.

— To dlaczego tam jest mój tatuś? A on nie jest Black? — zapytał, a serce Hermiony zwolniło, żeby po trzech długich sekundach znowu przyśpieszyć. Poczuła ulgę, że wreszcie coś się ruszy, że odpowiedź mieli przed samym nosem, ale byli zbyt krótkowzroczni. Ale kiedy euforia powoli z niej zeszła, poczuła ukłucie smutku, bo zrozumiała, że Orion zniknie z jej życia.

— Twój tatuś tutaj jest? — zapytała, siląc się na wesoły ton głosu, gdy poczuła, że dobry humor ją opuścił. Wstała i podeszła bliżej do ściany. Spojrzała tam, gdzie Orion pokazywał palcem. — Draco? Draco Malfoy jest twoim tatą? — zapytała, kręcąc przy tym głową. — Malfoy nie ma syna, spójrz, widzisz, nie ma żadnej nitki od jego zdjęcia — powiedziała.

Ma mnie! — krzyknął zdenerwowany. — I chcę do taty!



— Draco-skacząca-fretka-Malfoy?! — zawołał zdziwiony Harry, po zakrztuszeniu się mlekiem, które pił prosto z kartonu. Hermiona przewróciła oczami, czego jej przyjaciel nie mógł zauważyć. Korzystając z tego, że Orion potrzebował drzemki po wybuchu magii, który towarzyszył jego zdenerwowaniu, kobieta postanowiła w pełni wykorzystać ten czas.

— Draco Malfoy wystarczy, Harry — powiedziała, podpisując się pod listem, który właśnie skończyła pisać do departamentu transportu magicznego. Zaraz po tym, jak Orion zasnął, Hermiona skontaktowała się z Kingsleyem, który poinformował ją, że Malfoy mieszka we Francji i zdobędzie dla niej pełen adres. — Skoro fakt, że szkołę skończyliście trzy lata temu nie zmienia twoich uczuć, to to, że zajmowałeś się jego dzieckiem przez ostatnie kilkanaście dni już powinno.

— Draco—pieprzony—Malfoy, bardziej ci nie ustąpię — powiedział, sięgając po list z blatu stołu. — Potrafisz wyobrazić sobie jego minę, gdy cię zobaczy?

— Myślę, że zmieni ją bardzo szybko, gdy dowie się, dlaczego mnie widzi.

— Pewnie masz rację, jak zawsze. Ale obiecaj mi, że będziesz ostrożna.

Hermiona wstała i odwróciła się w stronę przyjaciela. Wiedziała, że nie podobało mu się, że kazała mu zostać w domu, gdy ona weźmie świstoklik do Francji, ale nie chciała zostawiać Oriona z obcymi osobami. Dlatego Harry musiał zostać.

— Naprawdę myślisz, że Malfoy mógł wychować tak cudowne dziecko, gdyby wciąż był tym samym, wrednym chłopcem sprzed wojny? — zapytała cicho, a Harry westchnął.

Oboje wiedzieli, że było to wręcz niemożliwe.



Wylądowała na trzęsących się nogach w ministerstwie magii we Francji. Widząc zaciekawione spojrzenia i kilku fotografów, cieszyła się, że nie wylądowała na tyłku albo co gorsza twarzą do posadzki. To by była dopiero gratka dla fotoreporterów. Po szybkim sprawdzeniu przez zbyt miłego pracownika, Hermiona wyszła na ulicę Paryża. Chowając się w pustej alejce, spojrzała po raz tysięczny już na skrawek kartki, na której widniał adres zamieszkania, po czym zamykając oczy, zniknęła z cichym trzaskiem.



Wylądowała przed białymi drzwiami, o które uderzyła łokciem, przez co poczuła prąd biegnący wzdłuż ręki. Rozmasowując wciąż bolące miejsce, nie zauważyła nawet, że drzwi przed nią zostały otwarte, a w nich stanął mężczyzna z laską.

— Słucham? — zapytał, a Hermiona wciąż z grymasem na ustach spojrzała w górę.

— P...pan Malfoy! — powiedziała zaskoczona.

— Panna Granger, czy może już Pani Potter? — zapytał z drwiącym uśmiechem na ustach.

— Nie Weasley? — mruknęła zaciekawiona. — Zresztą nieważne, muszę porozmawiać z... pańskim synem.

— Mój syn jest pediatrą, nie psychiatrą, zresztą jest tymczasowo niedostępny. Więc jeśli ministerstwo wysłało cię jako żarcik, by nas sprawdzić, to możesz im powiedzieć, że do kolejnej kontroli…

— Panie Malfoy — przerwała mu stanowczo. — Muszę natychmiast zobaczyć się z Draconem — dodała, decydując się na użycie rodzonego imienia jej szkolnego wroga, mając nadzieję, że pokaże to starszemu czarodziejowi, jak bardzo jej zależało i jak bardzo poważna była sytuacja.

Chyba zrozumiał, bo po minucie milczenia, przesunął się obok i uchylił mocniej drzwi do wielkiej willi. Nic nie mówiąc, zaczął się kierować jednym z korytarzy, który biegł od wejściowego holu. Zatrzymał się dopiero przed uchylonymi drzwiami do pomieszczenia, z którego słychać było podniesiony głos i taką wiązankę przekleństw, że nawet Ron się przy tym chował.

— Wychowałem cię lepiej, więc tak się wyrażaj — powiedział Lucjusz, pchając drzwi.

Malfoy stał pośrodku gabinetu z telefonem komórkowym, przez który musiał właśnie rozmawiać. Widziała, jak przewrócił oczami i z krzywym uśmiechem spojrzał w ich stronę. Zauważyła także, że jego ojciec stanął tak, że była cała zasłonięta.

— Ty mnie hodowałeś, jak bydło na rzeź, tato — odpowiedział słodkim głosem, aż po plecach przeszły jej ciarki. Przez chwilę zastanawiała się, czy pomylili się z Harrym i młody mężczyzna w gabinecie wciąż był wrednym szesnastolatkiem.

— Niemniej jednak, wyrażaj się, bo masz… gościa.

Hermionę zawsze zastanawiało, jak to możliwe, by tak normalne słowo, można było zamienić w obelgę. Widocznie jad, który nadawał zwykłym słowom moc, można było wypić z mlekiem matki albo był dziedziczny.

Lucjusz odsunął się, a Hermiona zauważyła nawet z tej odległości, jak szare oczy rozszerzają się ze zdziwienia oraz niepewności.

— Granger?

— Malfoy.



Hermiona usiadła w fotelu naprzeciwko biurka, które wskazał jej mężczyzna. Czekając, aż porządzi trochę skrzatami, na co musiała mocno zacisnąć zęby, rozejrzała się po pomieszczeniu. Zauważyła kilka ramek ze zdjęciami, na których znajdowali się Orion i on, razem i osobno. Sięgnęła po to, co było najbliżej niej i przyjrzała się chłopcu, który wyglądał jakby miał lekko ponad rok, i siedział Malfoyowi na barkach. Zdjęcie było czarodziejskie, więc mogła zauważyć, że już wtedy uśmiechał się tak szeroko, że pokazywał wszystkie zęby. W głowie nawet słyszała perlisty śmiech, który przez te kilka dni poznała na pamięć, gdy mężczyzna zaczął się z nim kręcić i biegać po ogrodzie, jak szalony.

— Jak pijesz…

— Mam Oriona — przerwała mu zdenerwowanym głosem i powiodła spojrzeniem w jego stronę. Zauważyła, jak z twarzy spadła mu maska, a na jej miejscu pojawiło się zaskoczenie i napięcie. Jak za dotknięciem różdżki spostrzegła ciemne wory pod oczami i poszarzałą skórę, która straszyła niezdrowym wyglądem. Niepokój wręcz bił od całej jego postaci, a drżące dłonie zdradzały zdenerwowanie. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego nie zauważyła tego od razu, ale zrzuciła to na próbę utrzymania swoich własnych emocji w ryzach.

— Granger… — przerwał, ale Hermiona nie zamierzała go popędzać. — Skąd wiesz o Orionie? Jakt to go masz? Jak długo? I przede wszystkim, gdzie on, kurwa, jest? — warknął zdenerwowany, a ona mimowolnie podskoczyła na zmianę tonu. — Szukam go wszędzie!

Wzięła głębszy oddech i policzyła do dziesięciu, starając się opanować i nie odpowiedzieć równie opryskliwie. Bycie dorosłym i rozumiejącym innych czasem było trudne.

— Od dziesięciu…

— Dziesięciu dni! — krzyknął, podrywając się z krzesła, a ona razem z nim.

Nie zamierzała wdawać się w żadną kłótnię, ale jeśli Malfoy potrzebował wykrzyczeć swoje frustracje, wolała być mniej więcej na tym samym poziomie. Czuła się wtedy o wiele bezpieczniej, chociaż wiedziała, że to irracjonalne uczucie, bo nic jej tutaj nie groziło.

Draco Malfoy nie mógł być złym mężczyzną. Tak naprawdę nawet nie był złym dzieckiem, tylko zagubionym chłopcem, który od małego miał wpajane kłamstwa, uprzedzenia i rasistowskie opinie. Hermiona miała nadzieję, że tak, jak przez Lucjusza, a później Voldemorta nigdy nie miał szansy stać się swoją własną osobą, tak będąc uwolnionym po wojnie, nauczył się żyć dla siebie, decydować za siebie i zostać takim mężczyzną, jakim nigdy nie mógł być za dziecka.

— Tak, dziesięć. Rozumiem, że jesteś zły, ale usiądź, proszę? — zapytała z nadzieją. — Dla Oriona? — dodała, widząc zaciętą minę byłego Ślizgona. Kiedy usiadł, sięgnęła po filiżankę herbaty, do której dodała łyżeczkę miodu i jednym ruchem palca, posłała ją w stronę zdziwionego Malfoya, po czym zajęła się przygotowaniem napoju dla siebie.

— Orion uwielbia miód, a także mówić wszystkie mało istotne fakty o sobie i bliskich mu osobach — wyjaśniła, widząc nieme pytanie na zmęczonej twarzy. Kiedy nie odpowiedział, a jej zaczęły pocić się ponownie dłonie, zacisnęła palce mocniej wokół rozgrzanej porcelany.

— Znalazłam Oriona w mugolskiej części Londynu. Nie wiem, czy to czysty przypadek, czy tak miało być, jak to Kingsley lubi powtarzać, ale ciesze się, że tak się stało. Orion był przerażony… do tego stopnia, że w upalny dzień był zmarznięty i oblany zimnym potem.

— Kurwa — szepnął Malfoy, a Hermiona zauważyła, jak ściska blat biurka, by nie eksplodować.

— Nie wiem, ile tak stał, ale nikt, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Z początku chciałam zabrać go na policję, ale kiedy powiedział swoje imię, musiałam się upewnić... — przerwała, biorąc głębszy wdech, wiedząc, że kolejna część wypowiedzi może się jemu, jako czarodziejowi czystej krwi, nie spodobać. Wszak dotknęła swoją brudną magią, czystą i niewinną Oriona. — Sprawdziłam swoją magią jego. — Kiedy nie usłyszała żadnego komentarza, przekleństwa, kontynuowała. — Kingsley od dnia następnego próbował skontaktować się z innymi ministerstwami. U nas i w Anglii nie było żadnych dokumentów chłopca o imieniu Orion, w Niemczech też nie, a Francja odmówiła współpracy, broniąc się, że takie dane są tylko dla rodziny. Jestem wściekła, bo mogli się chociaż skontaktować z tobą, nawet jeśli do końca nie wiedzieli, o co chodzi! — zawowała. — Orion już dawno byłby w domu, z tobą, tatą, za którym tak cholernie tęskni, Malfoy!

— Czy on wie? — zapytał, a ona pokręciła głową.

— Nie byłam pewna — odpowiedziała. — Wiesz, jak dowiedziałam się, że jesteś jego tatą? — zapytała, ale nie czekała na jego odpowiedź. — W Grimmauld Place wciąż jest drzewo rodzinne Blacków. Od samego początku bardzo zainteresowało Oriona. Wyjaśniłam mu, co to jest, ale dopiero za czwartym razem, gdy przyłapałam go znowu przed tą głupią ścianą, spytał dlaczego jego tatuś tam jest, skoro nie jest Blackiem — powiedziała i zauważyła zrozumienie w szarych oczach mężczyzny. — Oboje wiemy, że Orion nie jest twoim synem z krwi i kości, więc nie chciałam ryzykować brania go ze sobą w taką podróż, nie mając pewności, że jesteś tym, kim mówił.

Orion jest moim synem — powiedział stanowczo, a ona uśmiechnęła się, przypominając sobie wybuch Oriona w bibliotece.

— Wiem.

— Adoptowałem go zaraz po tym, jak Wizengamot oczyścił mnie z zarzutów i dał pod nadzór Aurorów, miał tylko dziesięć miesięcy. Orion nie wie jeszcze, że nie jest… mój — wyjaśnił, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem, mimo że tak naprawdę nie rozumiała prawie nic.

Malfoy był nastolatkiem, gdy adoptował małe dziecko. Ale dlaczego? I czyj był Orion? Tyle pytań, których nie miała prawa zadać. A ciekawość i pragnienie poznania prawdy, wręcz ją zżerało.

Spojrzała na komórkę, a później na Malfoya.

— Za piętnaście minut uruchomi się świstoklik. Jesteś gotowy zobaczyć syna?



Hermiona ze łzami w oczach patrzyła na płaczącego ze szczęścia Oriona. Zauważyła nawet, jak Malfoy wierzchem dłoni wycierał swoje blade, nieogolone policzki, gdy przytulał małe ciałko. Harry wszedł do salonu z torbą, w którą spakował wszystkie rzeczy Oriona. Po jednym spojrzeniu w jej stronę, podszedł do niej i objął od tyłu jednym ramieniem. Czując jego ciepło, miała ochotę się w nim zatopić i wybuchnąć głośnym płaczem. Przez te wszystkie dni, gdy tak szukali taty ich — ich — małego chłopca, ani razu nie myślała, co się stanie, gdy już go znajdą.

Teraz wiedziała.

— Hermina! — krzyknął Orion, na co Malfoy parsknął śmiechem. Chłopiec puścił byłego Ślizgona i podbiegł do niej niemal podskakując na krótkich nóżkach. — Dziękuję.

Rzucił się w jej stronę, a gdy kucnęła by być na jego poziomie, poleciała do tyłu przez siłę uderzenia. Nie zwracając na to uwagi, zacisnęła swoje ramiona wokół niego, myśląc, jakby to było, gdyby już go nie wypuściła. Wciągnęła zapach i poczuła jabłkowy płyn dla dzieci.

— Mówiłam, że jak nie tatuś nas znajdzie, to my jego! — powiedziała łamiącym głosem, ale wciąż starała się brzmieć, jakby był to najszczęśliwszy dzień jej życia.

— Nie płacz, Hermina — szepnął smutno, a ją coś ścisnęło. Używając całej siły, jaką miała, zmusiła się do nikłego uśmiechu. — Tak lepiej. Piękna jesteś, jak mère — powiedział swoim słodkim, dziecięcym i podekscytowanym głosem, a z jej gardła wydobył się stłumiony płacz, chociaż nie zrozumiała co znaczy mère.

— Przepraszam… już… już nie będę — powiedziała, uśmiechając się przez łzy, czując przyjemne ciepło w sercu. Orion odwzajemnił jej uśmiech i podbiegł do Malfoya, który stał, przyglądając im się z torbą przewieszoną przez ramię. Orion coś mu powiedział, a później szybko do niej wrócił.

Znowu ją przytulił, szepcząc, że też będzie tęsknił, po czym włożył coś w jej dłonie i zniknął wraz z Malfoyem z Grimmauld Place.

Kiedy spojrzała w dół, zauważyła statek z papieru, który miał pełno kolorowych samochodowych pieczątek, a pomiędzy masztem a ściankami statku schował różę Pana Kostka. Statek nie był idealny, bo to pierwszy, w którego składaniu nie pomagał mu Harry. Cały był zrobiony samodzielnie małymi rączkami, które mocno trzymały cały jej świat.

— Mówiłem ci, żebyś przestała czekać, bo miłość sama cię znajdzie — powiedział Harry, a ona wtulona w niego wybuchła płaczem.



Pierwsze trzy dni, odkąd Orion wrócił ze swoim tatą do Francji, były ciężkie dla Hermiony. Po godzinie płakania w ramionach Harry’ego, zamknęła się w pokoju Syriusza, w którym ulokowali ich małego gościa. Powtarzając sobie, że zachowuje się głupio i przesadza, zakopała się w pachnącej Orionem pościeli.

Czując zielone jabłko i zapach, który jest specyficzny dla małych dzieci, wypuściła ze świstem powietrze spomiędzy drżących ust. Opatuliła się czerwoną pościelą i pozwoliła, by jej ciepło rozluźniło napięte mięśnie, a ćwierkanie ptaka w domku, który Orion zamontował z Harrym na parapecie okna, otuliło ją do snu.

Kiedy obudziła się kilka godzin później, w głowie dudniło jej od płaczu, a przez okno wpadała poświata księżyca.

— Nareszcie — usłyszała głos Harry’ego za sobą.

Czując owinięte wokół jej talii ramię, przekręciła się, by móc zobaczyć przyjaciela. Sięgnął do jej twarzy by wsunąć zbłąkany kosmyk włosów w elastyczną gumkę na czubku głowy.

— Czemu nie śpisz? — zapytała zachrypniętym głosem.

— Pierwszy raz od dziesięciu dni, nie wymęczyło mnie żadne dziecko — powiedział z uśmiechem na ustach — Chyba potrzebuję jakiegoś psa, z którym mógłbym zużywać energię — dodał, a ona pokiwała głową.

— Brakuje mi go Harry, tak cholernie brakuje, a to tylko dziesięć dni — szepnęła.

— Wiem — powiedział, sięgając do kieszeni jeansów. Wyciągnął coś z niej. — Daj rękę.

Hermiona sięgnęłą między nimi dłoń, na której były Gryfon ułożył delikatny łańcuszek z zawieszką. Przewróciła palcem zawieszkę, by lepiej jej się przyjrzeć, po czym sapnęła zaskoczona.

— Gobliny były wniebowzięte tym projektem — szepnął, unosząc się do pozycji siedzącej. Zabrał biżuterię z jej ręki i sięgnął za jej głowę, by pomóc jej zapiąć naszyjnik. — Powiedzieli, że jeszcze nigdy nie zamienili dziecięcego obrazka w srebro.

Chłód na rozpalonej skórze był przyjemny, wręcz kojący. Ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach spojrzała na Harry’ego, a później na zawieszkę, którą był mały srebrny statek, kiedyś z papieru, z kolorowymi diamencikami w kształcie garbusów. Idealna kopia statku Oriona, który wręczył jej wcześniej. Każde zgięcie, nawet delikatne rozerwanie na maszcie, wszystko było idealnie oddane.

— On za tobą też tęskni, nie da się inaczej.



Z ulgą nie do opisania, Hermiona rozsiadła się wygodniej w fotelu. Dzisiejszego ranka prawie w podskokach dostała się do Ministerstwa, a później do swojego biura. Nie mogła się doczekać aż minie weekend, by w poniedziałek wreszcie wrócić do pracy, a kiedy do niej wróciła, nie przeraził jej nawet stos dokumentów i kilogramy papierów. Otwartymi ramionami przygarnęła całą pracę, która nazbierała się pod jej nieobecność, bo wiedziała, że zajmie ona rozbiegane myśli i na chwilę zapomni o Orionie.

Szło jej całkiem dobrze. Podzieliła dokumenty na terminy, na bardziej i mniej ważne, i te, gdzie musiała postawić tylko swój podpis. Nim się obejrzała, wybiła godzina lunchu, na który nie miała specjalnej ochoty. Mimo tego sięgnęła do torebki, gdzie spoczywał pojemnik z sałatką i piersią kurczaka, którą przygotował dla niej Harry. Nie chcąc później słuchać wywodów na temat tego, że za dużo pracuje, nie dba o siebie i zacznie ją karmić jak małe dziecko, zdecydowała się zjeść choć trochę.

Już miała się rozkoszować fetą, gdy ktoś zapukał do drzwi.

— Proszę! — krzyknęła, po czym wyciągnęła kalendarz, który jej asystentka uzupełniła przełożonymi spotkania dla Hermionny. Kiedy usłyszała skrzypnięcie klamki, ciche kroki, ale nikt się nie odezwał, uniosła głowę, a jej żołądek ścisnął się ze zdenerwowania. — Malfoy… Czy coś się stało? — zapytała, a gdy nic nie odpowiedział, tylko obserwował ją, jakby czegoś szukał, dodała. — Orion?

Na samo imię, usta byłego Ślizgona rozciągnęły się w uśmiechu. Usiadł w fotelu naprzeciw niej i powoli rozejrzał dookoła.

— Orion — odpowiedział. — Nie wiem, jak tego dokonałaś, bo jest on nieufnym dzieckiem, ale zdaje się, że jest tobą… zauroczony — zakończył, robiąc śmieszną minę, kiedy wypowiadzaił ostatnie słowo. Skwaszoną, jakby spróbował najbardziej kwaśną cytrynę na świecie.

— Gdybym cię nie znała, to powiedziałabym, że to komplement.

— Lepszego nie dostaniesz — odparł. Przez chwilę widziała, jak nad czymś intensywnie myśli, nim spojrzał na nią, a jego twarz stała się nie do odczytania.

— Więc w czym mogę ci pomóc, Malfoy? — zapytała. — I gdzie mój ulubiony chłopak, byłam pewna, że przez jakiś czas nie wypuścisz go z zasięgu wzroku.

— I miałaś rację, jak zawsze, wszystko-wiedząca — odpowiedział i pierwszy raz nie miała mu tego za złe, bo wydawał się rozbawiony, a na ustach błąkał się lekki uśmiech. — Twoja asystentka nie chciała mnie wpuścić, kazała mi umówić się na spotkanie. Poszedłem więc do Pottera, przy okazji odbębniłem kontrolę różdżki. Orion jest z nim za drzwiami.

— Orion tutaj jest? — zapytała podekscytowana tak bardzo, że nawet nie zauważyła zaciekawionego spojrzenia, które posyłał jej Malfoy. — I ufasz Harry’emu?

— Orion dał mu taką rekomendację, że muszę mu chyba jakiś prezent kupić, może mi z tym pomożesz — powiedział.

— Najlepiej psa, strasznie się nudzi bez Oriona — powiedziała rozbawiona, a on przekrzywił śmiesznie głowę.

— Zobaczymy… A teraz, chciałabyś zjeść z nami lunch? Orion się ucieszy, widząc cię.

Nie odpowiedziała, a Malfoy parsknął bardzo nie Malfoyowskim śmiechem, widząc jak bursztynowe oczy zrobiły się wielkie ze szczęścia, a ich właścicielka kiwała gorliwie głową.



Hermiona westchnęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, gdy tak spoglądała na chłopca, który po godzinie latania po placu zabaw i zjedzeniu lekkiego lunchu, zasnął w jej ramionach. Przez dziesięć dni, które z nim spędziła, przywykła do tego słodkiego ciężaru, dlatego kiedy Malfoy chciał jej go zabrać, by ją odciążyć, odgoniła jego dłonie jak natrętną muchę.

— Daj mi jeszcze chwilę nim go zabierzesz — szepnęła. przymykając oczy. Mogła wtedy prawie udawać, że dalej nie znaleźli taty chłopca i wciąż przebywał z nimi na Grimmauld Place. Prawie, bo przeszkadzały jej szare oczy, które ani na chwilę nie spuszczał z niej wzroku.

— Chciałem ci podziękować… Gdybyś go wtedy nie zobaczyła… Nawet nie chcę o tym myśleć.

— Przestań. Nie powiem, że było łatwo, bo często mu cię brakowało, ale były to najfajniejsze dni od długiego czasu. Orion jest wspaniałym chłopcem, muszę powiedzieć, że spisałeś się z nim na medal! — powiedziała oraz z rozbawieniem obserwowała, jak jej towarzysza rozpiera duma.

— Muszę powiedzieć, że z twoich ust, Granger, brzmi to jak stoprocentowy komplement.

— Proszę, dobrze wiesz, że nim był. Zaczyna się robić chłodno. Może zechciałbyś wpaść do nas na herbatę? Harry ma coś dla Oriona.



Czując deja vu, Hermiona ułożyła na kanapie chłopca, który wciąż trzymał w rączce paczkę mgiełkowych żelek. Znając zamiłowanie Oriona do słodyczy, Harry od razu je kupił, nim jeszcze stały się nowością u George’a. Po zetknięciu ze śliną zmieniały się w buzi w mieszankę wybuchową owocowych smaków i stawały się… strzelającą mgiełką. Pod ramię włożyła mu Panią Kostkę, którą uszyła Molly, po tym jak Harry opowiedział jej o chłopcu. Na stopach miała czerwone baletki, a na głowie tiarę z czerwonymi różyczkami — była idealna dla Pana Kostka. Rzuciła zaklęcie, by młody Malfoy nie mógł spaść, przykryła go lekkim kocem i pocałowała w czoło, po czym skierowała się w stronę kuchni. W jej wejściu stał Malfoy, który obserwował jej poczynania z wyrazem twarzy nie do odczytania Prześlizgnęła się pomiędzy nim a framugą, by wejść do jasnego po remoncie pomieszczenia. Jasna zieleń ścian uspokajała jej rozszalałe ze zdenerwowania serce, bo teraz kiedy Orion spał, nie wiedziała, jak potoczy się dalej to niespodziewane spotkanie.

— Więc… — zaczęła, a Draco jej przerwał.

— Wierzę, że dalej pamiętasz, jaką piję herbatę — powiedział, a ona poczuła ulgę, wiedząc, że daje jej czas na zebranie myśli przy robieniu ciepłego napoju.

Krzątając się w kuchni, wyciągając kubki, saszetki i miód z szafek, nastawiła czajnik elektryczny. Błagała, by czas gotowania wody wydłużył się o jakieś kilkanaście minut.

Zagrzała się po pół minuty. Jej pech.

Gotowe napoje postawiła na filcowych podkładkach, a z szafki wyjęła rurki waflowe o smaku czekoladowym z miętowym nadzieniem.

— To wcale nie jest niepokojące, że wiesz, jak piję herbatę, choć nie widzieliśmy się tak naprawdę od mojej sprawy te cztery lata temu, to jeszcze masz moje ulubione mugolskie łakocie.

— Wcale — przyznała, uśmiechając się na rozbawiony głos byłego Ślizgona. — Widzę, że od Hogwartu pod tym względem się nie zmieniłeś, a Orion ma zamiłowanie do wszystkiego co słodkie po tobie. Jesteście jedynymi osobami, które tolerują Lukrowane Toffi, a mają one w sobie więcej cukru, niż wszystkie słodkości w Miodowym Królestwie.

— Cóż mogę powiedzieć, rodzice mnie pod tym względem nigdy nie pilnowali, a do tego zasypywali tonami słodyczy — rzekł, by po dłuższej chwili dodać — wszystko, by mieć chwilę spokoju.

— A już chciałam powiedzieć, że cię rozpuścili — mruknęła, sięgając po jedną rurkę.

— Och, Granger, chyba nie zapomniałaś, że mówisz o rozwydrzonym księciu ze Slytherinu? — zapytał, udając zdziwienie, a kobieta parsknęła śmiechem, który próbowała zagłuszyć przyłożeniem dłoni do ust. 

— O byłym rozwydrzonym księciu ze Slytherinu, owszem, zapomniałam! To czar Oriona i tych wszystkich jego opowieści. Nie pomyślałabym, że ten chłopiec, który uważał, że mugole są poniżej jego godności, gdy dorośnie, będzie żył w ich świecie, uczył swojego syna piłki nożnej, odrabiał zadania z matematyki i chodził z nim na place zabaw.

— Lubię zaskakiwać — powiedział, sięgając po kubek z letnią już herbatą. Zamoczył w niej usta, a te szare oczy wręcz ją paliły, gdy czuła na sobie cały czas to nie odgadnięte spojrzenie. Miała wrażenie, że zastanawia się bardzo intensywnie nad tym, co jeszcze chce i może jej powiedzieć. A kiedy usłyszała kolejne słowa wypływające z wąskich ust, zrozumiała czemu mógł mieć obawy, by powiedzieć to, co chciał. — Chociaż wierz mi, gdyby nie wojna i fakt, że musiałem zaopiekować się Orionem, bo moi rodzice nie dostali by do niego praw, a nie chciałem by wylądował w Walii i każdy go nienawidził za zbrodnie jego rodziców, to nadal byłby tym pieprzonym gnojkiem, któremu złamałaś nos.

— To kim byli jego rodzice? Nie wierzę, że ktoś mógłby go nienawidzić przez to, kto jest jego rodzicami.

— Nie chcę, byś zmieniła o nim zdanie — powiedział niepewnie, a Hermiona poczuła ssącą ciekawość w podbrzuszu, mimo lekkiego niepokoju, który zaczął skradać się i owijać swoje lepkie macki wokół jej osoby.

Draco wstał z krzesła i bez słowa skierował się do salonu, gdzie na kanapie wciąż smacznie drzemał Orion. Usiadł na fotelu, który stał od strony kanapy, gdzie leżała chłopca głowa.

Wciąż trzymając kubek z herbatą, którą podgrzała jednym skinieniem palca, czując zimne dreszcze przebiegające jej po plecach przez obrót, jaki obrała ich rozmowa, skierowała się do wersalki. W przeciwieństwie do mężczyzny nie usiadła na wolnym fotelu, a raczej spoczęła na kanapie, układając sobie chłopca nogi na swoich kolanach.

Niby kto taki mógł być rodzicem Oriona, nim Malfoy go adoptował magią krwi, robiąc z niego Malfoya, że były Ślizgon obawiał się jej reakcji i zmiany nastawienia do tego cudownego chłopca?

— Nie zmienię — przyrzekła, doskonale wiedząc, że nawet jakby był synem Voldemorta, to i tak nie zmieniłoby to jej uczuć do tego małego urwisa z czupryną czarnych włosów.

— Nie wiesz tego.

Czupryną czarnych włosów. I niebieskich oczu. Myśl Hermiono, myśl. Czarne włosy, niebieskie oczy, powiązany z rodziną Malfoyów, ale Malfoyowie nie posiadali takich cech.

Serce zabiło jej mocniej.

Kiedy pierwszy raz zobaczyła Oriona, wydał jej się dziwnie znajomy, jakby już kiedyś go widziała. Tak naprawdę widziała takie włosy i kolor niebieskich tęczówek, praktycznie idealnie takich samych, na ile to było możliwe, bo wszyscy wiedzieli, że nie ma takich samym drugich oczu na świecie.

Syriusz.

Tylko, że nie mógł być Syriusza, więc czyj?

— Bella… — Z jej ust wydobył się drżący szept. Widzą, jak Draco napina mięśnie, jakby oczekiwał ataku, rozluźniła palce na porcelanie, a jej pobielałe palce wróciły do naturalnego koloru. — Dlaczego miałoby to cokolwiek zmienić?

— Bo jest synem kobiety, która nienawidziła cię całą sobą, chciała zobczyć martwą i torturowała w moim rodzinnym domu?

— Powiedz mi, czy ty znienawidziłeś swoich rodziców po tym, jak musiałeś się dla poświęcić nich? — dopytała, do końca nie będąc pewną, czy uzyska odpowiedź. Jednak bardzo na to liczyła.

— Nie — odparł, a w lekko zachrypniętym głosie wyczuła nutkę napięcia i niepewności.

— Dlaczego?

— Bo mimo wszystko ich kocham — odpowiedział, a Hermiona pokiwała ze zrozumieniem głową.

— Ja pokochałam Oriona, Draconie — powiedziała, odgarniając czarne włosy z czoła chłopca. Po czym uniosła spojrzenie na byłego Ślizgona. — Zresztą, on jest twój, nie Belli.

Pierwszy raz, odkąd zobaczyła go te kilka dni temu, Hermiona zauważyła, jak maska, którą zawsze przywdziewał, rozsypuje się na kawałki pod wpływem jej słów. Szare oczy zrobiły się wielkie, a było w nich widać tyle emocji, że zakręciło jej się w głowie na myśl, co musi się dziać w jego wnętrzu.

Szok. Niedowierzanie. Zaskoczenie. Zaciekawienie. Uznanie. Szczęście. Ulga. Miłość.

— Jeszcze żadna kobieta, z którą myślałem, że mogę dzielić życie, nie potrafiła pokochać Oriona — powiedział oniemiały. — A wszystko, co musiałem zrobić, to wrócić do Anglii i dać ci na dziesięć dni, dzięsięć! dni Oriona. Nie wiem, jak to zrobiłaś.

— Przestań — mruknęła.

— Nie. Jestem śmiertelnie poważny, Granger. Żadna go nie pokochała, bo Orion jest trudnym dzieckiem, mówię to z bólem, ale taki jest fakt. I za każdym razem, gdy miałem kogoś, na kim mi zależało, on nie dał się im poznać, nie chciał pokazać, jak cudownym jest chłopcem i je odtrącał. Ale ty, ty pojawiasz się w naszym życiu...

— Teoretycznie, to on w moim… — mruknęła, ale Draco kontynuował, ignorując ją.

— … i w dziesięć dni, dziesięć! przekonujesz do siebie Oriona, gdzie niejedna miała miesiące, rozumiesz co to znaczy? Dziś pojawiliśmy się w twoim biurze, tylko dlatego bo od tygodnia nie zamykał się i mówił tylko o tobie. Bo Hermina to, a Hermina tamto. Uwielbiam go, ale myślałem, że ucho mi zwiędnie.

Mówił i mówił, a Hermiona czuła, jak policzki jej różowieją. Czuła uderzające w nią gorąco, ale nie było ono spowodowane upałem wciąż szalejącym na zewnątrz, a tyradą wydobywającą się z ust arystokraty. Wypluwał on z siebie taki zasób słów i z taką prędkością, że momentami nie mogła go zrozumieć, a innymi chciała bardzo nie rozumieć, bo komplementy od Malfoya nie były codziennością i sprawiały, że czuła się niepewnie.

— Draco… — szepnęła jego imię, gdy wołanie po nazwisku nic nie dało.

Zamilkł na chwilę, a ona odetchnęła.

— Nie rozumiesz — powiedział. Potarł dłońmi twarz, na której odbił się temat ich rozmowy i poważnie na nią spojrzał. Zniknął szelmowski uśmieszek w kąciku ust, rozbawiona nuta w głosie i sarkastyczny humor. Zostało to penetrujące spojrzenie, ale szukające czego, nie wiedziała. — Mère, znaczy mama po francusku, Granger.

— Ale… Ale… — zamilkła. Nie wiedziała, co miała na to odpowiedzieć. Za to czuła wypełniające ją powoli szczęście, które próbowała stłamsić. Nic dobrego z tego nie mogło wyjść.

— Chciałem się ciebie spytać na lunchu, czy chciałabyś widywać Oriona, ale teraz myślę, że…

— Przepraszam! — pisnęła, po czym przykryła zaskoczona usta dłonią.

— … że dostając jego, dostajesz w pakiecie mnie — powiedział, znowu ją ignorując, a Hermiona zamrugała powiekami, próbując zdecydować, czy śni. — Moje piętnastoletnie ja pewnie wali gdzieś głową w mur, ale ja chciałbym poznać kobietę, którą się stałaś, bo musisz być wyjątkowa, skoro skradłaś serce mojego syna.

— Wyjątkowa… — wyjąkała, a on się zaśmiał.

— Tylko tyle zrozumiałaś? — zapytał, a ona wystawiła mu język, na co pokręcił rozbawiony głową. — Wyjątkowa, ale jeśli komuś powiesz, że to powiedziałem, wszystkiego się wyprę!

— Więc?

— Więc randka. Byłaś kiedyś w Luwrze?



* mère - znaczy mama po francuzku.
* mgiełkowe żelki wymyśliła Wiktoria R. z grupy Dramione PL na facebooku, bardzo dziękuję! <3