Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harmione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harmione. Pokaż wszystkie posty

18 cze 2018

DLA WIĘKSZEGO DOBRA - NADZIEJA W PRZEKLEŃSTWIE

DLA WIĘKSZEGO DOBRA -
nadzieja w przekleństwie. 






Gorzki posmak. 

Skrzywienie ust i opadająca ręka z pustą fiolką. 

Kiedy ponownie otworzył oczy, w odbiciu lustra zobaczył swoją najlepszą przyjaciółkę z szerokim uśmiechem na ustach i łzami w oczach. Chwyciła go za ramię i pociągnęła tak, by mógł objąć ją w pasie, po czym oparła się na jego ciele – już z ulgą wypisaną na twarzy.

Tuż obok wciąż stał jego wróg ze szkolnych lat, z którym publicznie witał się skinieniem głowy, ale nigdy nie wymieniali miłych słówek. Woleli się zwyczajnie ignorować. Teraz stali ramię w ramię. Na ustach Malfoya błąkał się drwiący uśmieszek, a połyskującymi stalą oczami wpatrywał się w odbicie kobiety w ramionach Harry’ego. 

Kiedy w końcu zwrócił oczy ku swojemu odbiciu, zauważył zmianę. Wyglądał, jakby przez te sekundy, gdy przełykał okropny w smaku eliksir, postarzał się o kilka lat. Mimo ciągłego braku zmarszczek można było zobaczyć, że skóra na twarzy straciła ten blask i świeżość. Koszula, która wcześniej była idealna, zrobiła się lekko przyciasna w barkach i torsie, podczas gdy jego ciało straciło chłopięcy urok. 

— Eliksir postarzający? — zapytał.

— Możesz tak powiedzieć, Potter — mruknął Malfoy. — Dobra, Granger, będę się już zbierał, wiesz, gdzie mnie znaleźć. 

— Odprowadzę cię. 



Przez kolejne pół roku raz na miesiąc dostawał nową fiolkę z eliksirem postarzającym. Hermiona powiedziała mu, że jest to ulepszona wersja tego samego eliksiru, którego użyli bliźniacy, by dostać się do turnieju trójmagicznego. Różnica była taka, że Malfoy zmienił go w ten sposób, żeby byli w stanie kontrolować, o ile z każdym tygodniem go postarzają. 

Teraz, kiedy spoglądał w lustro, widział płytkie zmarszczki, które pojawiały się wraz ze śmiechem przy oczach. W idealnie czarnych do tej pory włosach, jak u Śnieżki z bajki, znalazł już trzy razy siwy włos. Trzy siwe włosy! 

Nie wiedział, jak miał jej dziękować, ale za każdym razem, gdy próbował, odpowiadała tylko, że to „genialny mózg Malfoya zasługuje na docenienie”, nie ona. Harry wiedział, że przyjaciółka miała rację, ale nie mógł się zmusić do skontaktowania z byłym wrogiem. Od ostatniego razu, gdy spotkali się u Hermiony po balu, nie spotkał byłego Ślizgona nawet przypadkiem w Ministerstwie. 

Wypłukał maszynkę pod ciepłą wodą, wklepał w policzki i szyję krem chłodzący po czym owinięty tylko w ręcznik wszedł do sypialni. Przeczesując palcami włosy, podszedł do okien i odsunął zasłony, pozwalając, by promienie słoneczne oświeciły pomieszczenie. 

Kiedy z łóżka usłyszał zbolały jęk Ginny, spojrzał w tamtą stronę i zdziwił się, widząc swoją żonę wciąż zakopaną w pościeli. Normalnie była pierwszą osobą, która wstawała w ich domu. Była rannym ptaszkiem. Uwielbiała mieć wszystko przygotowane i zrobione z rana, by po południu poświęcić się dzieciakom i odpoczynkowi. Odkąd mieli Jamesa, na palcach jednej ręki mógł zliczyć te razy, gdy nie wstała punkt siódma. 

— Ginny? — zapytał, zaciągając z powrotem zasłony. Podszedł do łóżka, usiadł na jego skraju i powoli ściągnął kołdrę z twarzy żony. — Lisico… — 

Odgarnął ze spoconej twarzy lepkie rude włosy, przez które właśnie tak ją nazywał, i ucałował ją w czoło. 

Przez ostatnie kilka dni Ginny czuła się średnio, z czego zdawał sobie sprawię, ale dziś wyglądała naprawdę kiepsko. 

— Głowa mi pęka… — szepnęła zachrypniętym głosem. 

— Przyniosę ci eliksir i wodę — powiedział, zsuwając się z łóżka. 



Po dwóch dniach Ginny wcale nie poczuła się lepiej. Leżeli na łóżku przy świetle wpadającym z przedpokoju przez lekko uchylone drzwi. Dzieci zostały tego wieczoru u babci, by Ginny mogła wypocząć w ciszy. Ostatnie dwa dni spędziła w łóżku, w otaczającej ją ciemności, z pulsującym bólem głowy. Na zmianę się budziła i zasypiała. A eliksiry zdawały się nie działać. 

— Zimno mi… — wyszeptała. 

Okrył ją dodatkowym kocem, po czym położył się ponownie obok niej. Przyciągnął drżące ciało do siebie i przymknął oczy. 

Kiedy na nowo je otworzył, aura Ginny iskrzyła się jaskrawożółtym kolorem. 

Nigdy nie cieszył się, że ma ten dar, ale pierwszy raz przestraszył się tego, co był w stanie zobaczyć. Dlatego kiedy tylko Ginny zasnęła, Harry rzucił czar na śpiącą kobietę. Gdyby coś się działo, obudziła się albo jej stan znacznie pogorszył, różdżka miała go o tym poinformować. Zazwyczaj używał tego na Teddym albo swoich dzieciach. 

Teleportował się w ciemnej uliczce przy budynku, w którym mieszkała Hermiona. Ominąwszy kosze ze śmieciami, skierował się w stronę wejścia i pokonując schody po cztery stopnie, dostał się na trzecie piętro. 

Zapukał do drzwi, a kiedy chwilę później zostały one otwarte, stanął twarzą w twarz z osobą, której starał się unikać i do tej pory wychodziło mu to znakomicie. Chociaż dałby uciąć sobie palec, że sam Malfoy robił wszystko, by na siebie nie wpadli w Ministerstwie, a odkąd były Ślizgon związał się z Hermioną, blondyn przebywał w budynku znacznie częściej niż wcześniej. 

— Malfoy — powiedział, patrząc w szare oczy mężczyzny, czego normalnie unikał, ale tym razem wolał to od wpatrywania się wpatrywania się w ciało, którego jedynie dolna część była owinięta ręcznikiem, który miał owinięty na biodrach. — Khym… — chrząknął, próbując spojrzeć w głąb mieszkania. — Zastałem Hermionę? 

— Nie — odpowiedział, a Harry westchnął, kiwnął głową i rozejrzał się po klatce. Już miał podziękować i teleportować się z powrotem do domu, gdy Malfoy znowu się odezwał: — Poszła odebrać pizzę. Starczy i dla ciebie, jeśli obiecujesz nie komentować naszego związku. 

Harry spojrzał na niego zaskoczony, słysząc napięcie w głosie byłego Ślizgona. Kto by pomyślał, że Malfoy będzie się przejmował tym, czy bliscy Hermiony akceptowali jej decyzje. I pewnie miał on rację, zdając sobie sprawę, że nie wszystkim podobał się nowy partner ich Hermiony. Ale Harry nie zamierzał być jedną z tych osób. Jakim musiałby być hipokrytą, by odwdzięczyć się jej w taki sposób, kiedy ona zawsze stała za nim murem? 

Zresztą, choć z trudem się mógł do tego przyznać, Harry widział, że Malfoy był dla Hermiony dobry. Mimo zmartwień kobiety o Harry’ego przez tą całą przepowiednię, widział uśmiech, który nareszcie sięgał jej oczu. 

— Już dawno przestałem kwestionować wybory Hermiony… W końcu sam nie byłem tym najlepszym — powiedział, myśląc o tym, jak o wiele łatwiejsze mogłoby być jej życie, gdyby nie był jego częścią. 

Draco zniknął za drzwiami sypialni, a Harry przysiadł na skraju kanapy, na której spał Blackie. Rozejrzał się po pomieszczeniu, zauważając niewielkie zmiany, których jeszcze niedawno tu nie było. Nowy regał z książkami, które, jak mógł stwierdzić po tytułach nie należały do Hermiony. Niektóre grzbiety były zasłonięte ramkami na zdjęcia, między innymi w jednym wyraźnie widział małego, blondwłosego chłopca, który ze śmiechem wdrapywał się na kolana elegancko wyglądającej kobiety, by dać jej z zaskoczenia soczystego buziaka, na co stojący za nimi Lucjusz Malfoy unosił tylko brew i kręcił głową. Kiedy tak przypatrywał się człowiekowi, którego nienawidził, zauważył, że mimo niezadowolenia widocznego na twarzy, kącik jego ust unosi się w rozbawieniu. 

— Widzisz coś, co ci się podoba? — zapytał go Draco, a jego głos ociekał sarkazmem, który był tak bardzo charakterystyczny dla blondyna. Harry omiótł jeszcze raz jednym spojrzeniem cały regał i spojrzał w stronę drugiego mężczyzny. 

— Chciałbym powiedzieć, że podziwiałem twoje nagrody zdobyte za czasów twojej świetlanej kariery w quidditcha, ale byłoby to kłamstwo. 

— Moja kariera wciąż ma się dobrze — odparł rozbawiony Malfoy, kierując się do kuchni. — Piwa? 

— Jasne. 

Po chwili Harry trzymał już schłodzone mugolskie piwo w dłoni, zdumiony wpatrując się w byłego Ślizgona. Z zainteresowaniem oglądał on mecz o Puchar Niemiec w piłce nożnej. Chyba za bardzo się w niego wpatrywał, oczekując zniesmaczenia albo chociaż niezrozumienia na jego twarzy, bo po kilku minutach z westchnieniem Draco wyłączył telewizor. Malfoy spojrzał na niego z uniesioną brwią. 

— Dobra, widzę, że to, z czymkolwiek przyszedłeś do Hermiony, cię zżera, a w pizzerii najwidoczniej mają poślizg. 

— Słucham? — zapytał Harry głupio. 

— Jeśli chcesz, to… możesz powiedzieć, co się dzieje. Nie eliksir mam nadzieję? 

— Nie, nie… — odpowiedział zdziwiony. Spojrzał na zieloną butelkę w dłoni i westchnął, przechylając ją. Poczuł przyjemne ochłodzenie w gardle, ściśniętym wskutek niepewnego pytania Malfoya.

— Chciałbym, żeby to było coś nie tak z eliksirem, ale nie… Działa on rewelacyjnie, jak widzisz, za co… dziękuję. 

Odstawił prawie pustą już butelkę na ławę i ukrył głowę w dłoniach. 

— Hermiona ci mówiła, że widzę aurę i magię każdej osoby, istoty, magicznej, czy też nie? — Kiedy Malfoy pokręcił głową, kontynuował: — Więc widzę. Nawet teraz. Twoja jest jasno szara, wręcz się iskrzy. Hermiony jest jasna, ciepła, przyjemnie żółta, aż chce się do niej podejść i ją objąć, by poczuć to ciepło. Ginny do tej pory była rudawa, jak u lisów. Hermiona stwierdziła, że kolory bazują na moich odczuciach względem danej osoby i tym co o niej wiem. Zazwyczaj. Jeśli ją znam. 

— Okej… 

— Ginny od kilku dni czuje się źle. Bóle głowy, światłowstręt, zmęczenie, dziś nawet wymiotowała… 

— Zaryzykuję, że uznasz mnie za głupiego i zwątpisz w moją pomoc, ale nie rozumiem co ma jedno do drugiego? 

— Jej aura się zmieniła… — szepnął Harry, i choć nie rozumiał, co zmieniona aura mogła oznaczać, czuł, że było to coś złego, dlatego też jego głos załamał się na końcu. 

— Och, Harry — usłyszał kobiecy, zmartwiony głos i nagle poczuł, jak bańka pęka. Spojrzał w przerażone, szare oczy. Po pomieszczeniu rozniósł się zapach pizzy, z regału dobiegało tykanie zegara, a ciepłe ramiona zamknęły go w ciepłym uścisku. 



Za namową Hermiony Ginny zgodziła się na wizytę w Świętym Mungu, a kiedy Uzdrowiciele niczego nie wykryli, zabrali ją do świata mugoli. Malfoy za ich plecami, z błogosławieństwem Hermiony, znalazł najlepszego lekarza ogólnego. Podobno od samego początku nie wierzyli, że magia pomoże jego Ginny. Dlatego dziś dzieci zostały z Malfoyem i Hermioną, gdy wraz z Ginny przemierzali uliczki Londynu prowadzące do prywatnej kliniki nijakiej Dr. Karper. 

Budynek, w którym się znaleźli, wyglądał czysto i nowocześnie. Ginny kurczowo trzymała go za rękę i rozglądała się z przerażeniem dokoła.To była kolejna rzecz, którą bliscy zauważyli w jego żonie. Zazwyczaj spokojna, nawet mimo Weasleyowskiego temperamentu, przez ostatnie dni stała się nerwowa. Nawet bardzo. Najmniejsze błahostki potrafiły wyprowadzić ją z równowagi, a dzieci, jak nigdy, doprowadzały ją do szewskiej pasji z niebywałą łatwością. Kiedy nie krzyczała, nie przeklinała, a nawet nie rzucała naczyniami (co zdarzyło się dwa razy), to milczała, zamknięta w sobie, albo płakała w zamkniętej sypialni Lily (ale tylko, gdy ich córki tam nie było). 

— Wszystko będzie okej — szepnął, gdy miła pani w recepcji pokierowała ich na trzecie piętro. 

Ginny nie rozluźniła się, a pół godziny, przez które wciąż musieli czekać na wizytę, ciągnęło się niemiłosiernie. Harry miał wrażenie, że szum rozmów zanikł, a jedynymi dźwiękami, jakie słyszał, pozostało tykanie wielkiego zegara na przeciwległej ścianie i momentami nerwowe mamrotanie Ginny pod nosem. 

Uścisnął jej dłoń i z odetchnął z ulgą, gdy drzwi ze złotą tabliczką z imieniem Dr. April Kepner* się otworzyły. Stała w nich kobieta mniej więcej w ich wieku, z delikatnym uśmiechem na ustach, w rozpiętym białych fartuchu lekarskim, który skrywał czarne eleganckie spodnie i zwykłą błękitną bluzkę. 

Chociaż jej nie znał, to wyraźnie widział otaczającą ją czystą aurę, która wręcz oślepiała. Nie wątpił w słowo Malfoya, ale świadomość, że lekarka, do której ich pokierował, miała aurę taką, a nie inną, świadczyło o tym, że mógł jej w stu procentach zaufać. 

— Pani Potter? — zawołała, a jego Ginny podskoczyła. 

Po zamknięciu się za nimi drzwi usiedli, a Kepner spojrzała na nich uważnie. 

— Witajcie. Od razu przejdziemy do rzeczy. Wasz przyjaciel, który swoją drogą potrafi być przekonujący, przedstawił mi powodu waszej wizyty. Czy coś się zmieniło od tego czasu, gdy ze mną rozmawiał? 

Harry spojrzał niepewnie na Ginny, ale widząc jej puste spojrzenie utkwione w punkcie na biurku i nerwowe palce mnące skrawek swetra, wrócił wzrokiem do zachęcającej twarzy lekarki. 

— Do symptomów, które pani poznała, doszły huśtawki nastrojów… — Zamilkł na chwilę, by uspokoić nerwy, wdychając powietrze, po czym ciągnął dalej — Bardzo łatwo się denerwuje. — Zacisnął dłoń na rozszalałych palcach żony. — Wyprowadzają ją z równowagi rzeczy, które normalnie by ją rozbawiły. Krzyczy… na ludzi, których kocha, na nasze dzieci, podczas gdy sama stworzyła zasadę, żeby nigdy nie podnosić na nie głosu. Potr… — zamilkł, czując, jak głos utkwił mu w gardle, a łzy zbierają się za zamkniętymi powiekami. Wiedzieć to wszystko, ale powiedzieć na głos, do obcej osoby, było tak ciężko. 

— Potrafię być w takim stanie, że rzucam rzeczami — usłyszał słodki głos jego żony i ulgą przyjął fakt, że brzmiał on normalnie. — Innym razem… jestem zamknięta w sobie albo płaczę w sypialni córki… Czuję, jakbym straciła kontrolę… nad własnym ciałem i umysłem… i… i nie wiem, jak ją odzyskać. 


* Pewnie wiele osób zna April Kepner z Greys Anatomy.
- Betowała wspaniała Katja. 

14 lut 2018

Niech stanie się cud II - Przeznaczenie [M 2-2]





NIECH STANIE SIĘ CUD II - 
Przeznaczenie

Nareszcie. Powiem Wam, że długo męczyłam się z tą mini. Można ją traktować jako kontynuacje Drastorii, albo jako kompletnie odzielnie, bo i tak wszystko się zrozumie. Jednak polecam zapoznać się z poprzednią częścią, jeśli jeszcze jej nie znacie. Dla mnie nie udało mi się pokonać poprzeczki, którą sobie zawyżyłam jedynką, ale może to tylko moje zdanie. Dajcie znać co myślicie w komentarzach (jeśli chcecie!). 

A za to, że w końcu mogłam się podzielić tą historią trzeba podziękować niezastąpionej Hope, która zgodziła się na sprawdzenie błędów, a trochę ich było! 


Pierwszy negatywny test, po miesiącu starania się o dziecko z Harrym, miała nadzieję. Wyrzuciła biały patyczek do kosza w łazience i wróciła do gotowania obiadu. Nic Harry’emu nie powiedziała, gdy wrócił z urwisami do domu.

Nie płakała.

Drugi negatywny test po kolejnych dwóch miesiącach. Tym razem starali się, stosując zwyczajne mugolskie sposoby, na które Ron nigdy nie chciał się zgodzić, wierząc ślepo w magię. Uniesienie bioder po każdym stosunku, kalendarzyk, sprawdzanie najbardziej płodnych dni. I tylko obietnica Harry’ego, że pójdą do mugolskich lekarzy, utrzymała jej nadzieję żywą. 

Jeszcze nie płakała.

Trzeci negatywny test. Zrobiła go chyba tylko po to, żeby potwierdzić to, co już i tak wiedziała. Tabletki przepisane przez lekarza w niczym jej nie pomogły. Sześć miesięcy faszerowania się lekarstwami, które miały jej pomóc, były niepotrzebne, zmarnowane. Z naturą nie zawsze da się wygrać, rozumiała to, dlatego jej nadzieja słabła z każdym kolejnym wyrzuconym patyczkiem.

Rozpłakała się, gdy Harry zamknął ją w swoich ramionach i zaczął głaskać po włosach.

Czwarty negatywny test — ostatni — zrobiła po prawie dwóch latach. Walczyli i oni, i lekarze. Spróbowali wiele metod mugolskich, czarodziejskich i nic. W końcu po czterech latach prób zrozumiała, że nigdy nie będzie miała swojego własnego, małego szczęścia.

Przepłakała długie dni i noce, a Harry wraz z nią. Bo tak bardzo, jak ona chciała mu dać czwarte dziecko, tak bardzo on chciał dać jej pierwsze.



Z uśmiechem na czerwonych ustach, wpatrywała się w słodką buźkę Słodyczki.

— Cześć, cudzie, ciocia się stęskniła, tak stęskniła się za tobą, właśnie za tobą — zagugała wesołym głosem do budzącej się dziewczynki. Szare oczy, identyczne jak te, które szkolnych wywoływały w niej same najgorsze emocje, wpatrywały się w nią z bystrością, jakiej nie powinno mieć kilkunastomiesięczne dziecko.

— Czasem mam wrażenie, że utrzymujesz z nami kontakty tylko po to, żeby mieć dostęp do Mireille — usłyszała Hermiona.

Spojrzała na opierającego się o framugę byłego Ślizgona. Przez ramię miał przewieszoną marynarkę, a dłonią poluźnił szary krawat. Zdziwiona spojrzała w stronę zegarka na nadgarstku i odkryła, że jej praca niani dobiegła końca.

— Słyszałaś go, Mireille? — zapytała rozbawiona. — Zachowuje się, jakby to był jakiś sekret.

— I że ją lubisz bardziej niż mnie.

— To raczej oczywiste, ona nie jest dupkiem — powiedziała i zaśmiała się, widząc, jak przewraca oczami.

— Słyszałem, że Potter dalej jest na tej niespodziewanej misji? — zapytał, a kiedy odpowiedziała skinieniem głowy, dodał — W takim razie zostaniesz z nami… Pottera nie ma, dzieciaki u rudej, a z nami nie będziesz się nudzić! — Zrobił kilka kroków, które doprowadziły go do kanapy, na której siedziała Hermiona i zabrał jej z rąk śliniącą się dziewczynkę. — Co ty na to, Mi? Przyda nam się damska dłoń, gdy mama jest na wakacjach?

Odpowiedział mu perlisty, niemowlęcy śmiech i westchnienie Granger, które kompletnie zignorował.



— Z drugiego pokoju słyszę, jak ci zębatki pracują, Granger. Wręcz widzę, jak parują.

Podskoczyła zaskoczona, gdy z zamyślenia wyrwał ją lekko sarkastyczny głos jej byłego wroga, a od dwóch lat w pewnym sensie przyjaciela.

Westchnęła.

— Długo już tu jesteś? — zapytała.

Usłyszała ciche kroki i poczuła ciepło ciała, gdy stanął zaraz za nią przy oknie, przez które, od przeszło dwudziestu minut, wyglądała. Przyglądała się przez nagrzaną od słońca szybę Harry’emu i wszystkim ich przyjaciołom, którzy przyszli świętować z nimi kolejne urodziny jej męża.

Miała skoczyć do środka tylko po lemoniadę, którą przygotowała wcześniej, by wszyscy mogli się ochłodzić w ten upalny dzień czymś więcej niż tylko piwem. Jednak usłyszała śmiech Harry’ego i na niego spojrzała. Trzymał małą Mireille pod pachami i kręcił nią w kółko w powietrzu nad sobą. Dziewczynka z czerwoną buzią śmiała się pełną piersią, zaciskając oczy i wymachując małymi piąstkami i nóżkami z zadowolenia.

Hermiona nie od dziś wiedziała, jak niesamowicie radził sobie z dziećmi, w końcu widziała go nieraz z Lily i chłopcami. Jednak kiedy zaczęli się z Harrym spotykać, dzieciaki już dawno nie były maluchami

To Ginny widziała, jak rozklejał się za każdym razem z czystego szczęścia, gdy po raz pierwszy trzymał każde ze swoich dzieci, jak krok po kroku odnajdywał się w nowej roli bycia tatą, jak tulił małe ciałka otulone w kolorowe kocyki tuż przed sfałszowaniem kołysanki i ułożeniem ich do łóżeczek. To Ginny dała mu trójkę skarbów, które Hermiona kochała jak swoje własne, ale wciąż pragnęła urodzić mu dziecko, które byłoby tylko ich, z ich miłości. Nawet kiedy wiedziała, że nie może.

— Zbyt długo — odpowiedział jej Draco. — Zostawiłaś mnie tam na dobre pół godziny, wiedząc, że jedyne osoby, które toleruję, to moja półtoraroczna córka znająca trzydzieści słów, gdzie używa tylko dziesięciu; żona, która ma większe huśtawki nastrojów, niż gdy była w ciąży i Potter, który za bardzo wczuł się w rolę wujka.

Mimowolnie parsknęła śmiechem. Ponieważ nie było osoby w magicznej części Wielkiej Brytanii, która nie wiedziała, jak bardzo zakochany w swojej własnej córce był Draco Malfoy, a on tu mówił o ledwie tolerowaniu jej. Tak samo już wszyscy wiedzieli, jak dobrymi przyjaciółmi stali się Dracon z Harrym, zwłaszcza gdy obaj zdecydowali, że Mireille dostanie dożywotni zakaz na chłopców.

Co do jednego miał rację, Astoria w ostatnich tygodniach była podłą jędzą.

— Może powinniśmy sprawdzić, czy znowu udało ci się oddać złoty strzał — powiedziała i ponownie parsknęła śmiechem, by po chwili znów spoważnieć, spoglądając na Harry’ego.

Właśnie posadził jej chrześniaczkę w przenośnym krzesełku do karmienia i z uśmiechem przyjął od Astorii pojemnik z jakąś przekąską, by w towarzystwie Lily nakarmić małą dziewczynkę.

— Więc… co cię trapi?

Westchnęła ponownie, chwyciła tacę z dzbankiem i szklankami i, pierwszy raz odkąd Draco wrócił do ich życia, skłamała.

— Nic.



Czuła się okropnie, bo była złą przyjaciółką.

Nie raz odczuwała zazdrość.

Na pierwszym roku w Hogwarcie zazdrościła dzieciom z magicznych rodzin tego, jak szybko i łatwo zaaklimatyzowali się w nowym otoczeniu, a także, że nie musieli nic nikomu udowadniać. Zazdrościła im należenia do tego magicznego świata, na które ona musiała ciężko pracować.

Na trzecim i czwartym roku zazdrościła Ronowi, bo Harry był przede wszystkim jego przyjacielem, dopiero później jej. Zawsze stawał po jego stronie, nawet gdy oboje wiedzieli, że to ona miała rację. Bolało ją to, zwłaszcza że robiła wszystko dla dobra Harry’ego, nawet kiedy tego nie widział. Szczerze powiedziawszy, to była jedyną osobą, która nigdy go nie zostawiła ani się od niego nie odwróciła. Nawet kiedy wiedziała, że robił źle.

Na piątym roku poczuła zazdrość o to, z jaką łatwością Harry umiał przekonać ludzi do słuchania go. Ona nie raz i nie dwa musiała powtarzać, tłumaczyć, a i tak mimo dużej ilości poświęconego czasu, ludzie ją najnormalniej w świecie ignorowali. Ta zazdrość nie należała do najbardziej racjonalnych, o czym wiedziała, ale czuła ją tak samo mocno.

Na szóstym roku… Widząc pocałunek Rona z Lavender, poczuła palącą, wściekłą zazdrość. Myślała, że pojawiła się przed nimi nadzieja, jakaś iskierka, z której bezlitośnie ją obdarł, gdy owinął swoje długie, piegowate ramiona wokół głupiej blondynki. Ta zazdrość była najgorsza, a przynajmniej tak jej się wydawało. 

Ale to dzisiaj po raz pierwszy ta emocja dała jej się we znaki tak dotkliwie. Czuła, jakby nie zasługiwała na przyjaźń Astorii przez tę zazdrość, którą można było od Hermiony wyczuć na kilometr.

Zamknęła za sobą drzwi od domu i ignorując nawoływanie Harry’ego i Lily, pognała do góry. Łzy, które próbowała powstrzymać w klinice przy badaniu Astorii, zakręciły się niebezpiecznie i wypłynęły na zaczerwienione policzki.

Czuła się tak strasznie.

Zsunęła spódnicę na ziemię i otworzyła drzwi do łazienki. Ściągnęła marynarkę i weszła do środka. Chciała rozpiąć koszulę, ale dłonie tak jej drżały, że małe perełki wyślizgiwały się spomiędzy palców. Zirytowana zostawiła bluzkę i weszła pod zimny strumień wody.

Potrzebowała oczyszczenia z palących ją złych emocji.

Kiedy Hermiona po długich dwudziestu minutach nie zeszła na dół na obiad, który wiedziała, że miała przygotowywać sama Lily (z niewielką pomocą taty), Harry zaniepokojony wszedł do ich pokoju. Pierwsze co zobaczył to niechlujnie rzucona na ziemię spódnica i marynarka. Usłyszał szumiący prysznic, więc skierował się do łazienki. Hermiona siedziała na czarnych kafelkach, jej zazwyczaj złocista skóra była przeraźliwie blada, a biała bluzka kompletnie prześwitywała.

— Nia? — powiedział, wyłączając zimny strumień wody, od którego nawet na odległość włoski stanęły mu dęba. Dopiero wtedy usłyszał pociąganie nosem i cichy płacz. — Hermiona? — zapytał ponownie, a w głosie można było wyczuć rodzącą się panikę.

Hermiona nie była osobą, która uciekała, by płakać, a gdy coś ją trapiło, zawsze umiała znaleźć w Harrym oazę i wsparcie.

— Ast… storia jest w… w cią… ży.

— Och, Nia… — szepnął. Schylił się i nie bacząc na to, że kobieta jest przemoczona, wsunął ręce pod jej plecy i kolana, i przytulił do siebie, unosząc. Wyszedł z łazienki i skierował swoje kroki do łóżka, na którym ułożył zziębniętą Hermionę. Nakrył ją kocem i zbiegł szybko na dół, równocześnie wyciągając z kieszeni telefon.

— Ginny? Potrzebuję, byś zajęła się na kilka godzin dziećmi. Zdaję sobie sprawę, że dzwonię trochę niespodziewanie, ale mam pewien problem i nie mogę się nimi zająć. 



Harry wyślizgnął się spomiędzy dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu. Jak tylko udało mu się uspokoić Hermionę, co potrwało ze trzy godziny, w ciągu których usłyszał wiązankę przekleństw bardziej soczystą niż Syriusza kiedykolwiek, dowiedział się, jak straszną jest przyjaciółką, bo nie potrafiła się cieszyć szczęściem Astorii. Dodała też, że na niego nie zasługuje i zażądała, żeby przyprowadził ich dzieci z powrotem do domu. 

Wsunął na nogi dresy i upewniając się, że obie jego dziewczyny są opatulone kołdrą, teleportował się z cichym pyknięciem.

Pojawił się w Dziurawym Kotle, którym zarządzała teraz Hannah, żona Nevilla, i wiedział, że może liczyć na prywatną rozmowę. Skierował się do ich stolika i zobaczył, że były Ślizgon już na niego czekał ze szklanką whiskey.

— Na zegarku się nie znasz, Potter? — zapytał, nim zdążył usiąść.

— Słyszałem, że należą ci się gratulacje — odpowiedział, ignorując wypowiedź Dracona.

— A ja słyszałem, że twoja wszystko wiedząca żona aż się popłakała ze wzruszenia. Zastanawiam się tylko, dlaczego próbowała to ukryć, bo gdy pierwszy raz popłakała się ze szczęścia, uwiesiła się na mojej szyi jak małpa drzewa.

Harry chrząknął skrępowany, już zastanawiając się, jak powiedzieć Hermionie, że wcale nie ukryła bólu spowodowanego faktem, że Malfoyom znów udało się zajść w ciążę. Zwłaszcza że wcale się o nią specjalnie nie starali.

— Nie chcesz, nie mów, ale w domu mam buzującą hormonami żonę, która z wizyty z Granger wróciła wręcz rozhisteryzowana, bo cytuję “Hermiona jej nienawidzi do tego stopnia, że nie umiała utrzymać pokerowej twarzy przez dziesięć minut” — powiedział Draco, na końcu imitując akcent swojej żony. Harry wiedział, że Malfoy w ten sposób próbował ukryć, jak bardzo był zdenerwowany faktem, że Hermiona wzbudziła w niej takie emocje. Hermiona, która zazwyczaj była mostem łączącym wszystkich dookoła nich.

— Skończ — warknął cicho. To, że Draco czegoś nie rozumiał, nie dawało mu prawa, by używał takiej złośliwości do osoby, którą w tajemnicy nazywa przyjaciółką. Wystarczyło, że Harry jako gówniarz nigdy nie bronił jej przed Ronem, nie zamierzał teraz popełniać tego błędu z byłym Ślizgonem. — Ty w domu masz ciężarną buzującą hormonami, a ja mam kobietę, która chce nimi buzować, odkąd skończyła dwadzieścia lat.

— Potter — powiedział Draco, ale Harry nie dał sobie przerwać, czując palącą wściekłość w żyłach.

— Przepraszam w jej imieniu za to, że Astoria poczuła się przez nią źle, bo nie tego chciała Hermiona. Walczyła mocno, by się tam nie popłakać i dlatego nigdy nie wypomnisz jej tej sytuacji. Wystarczająco dużo dziś się nasłuchałem, jak zapłakanym głosem mówiła, że się sobą brzydzi, bo jest złą przyjaciółką. Więc skończ, zamknij tę bladą jadaczkę i nigdy więcej nie używaj tego tonu, gdy o niej mówisz. Nie jesteś już tym rozkapryszonym Ślizgonem, a Hermiona jest twoją najlepszą przyjaciółką.



Niepewnie spojrzała na czarną pół limuzynę. Z tyłu przed drzwiami samochodu stał Gus w eleganckim szarym garniturze z czarnymi okularami na nosie i beretem szofera.

— Pani Potter — powiedział, otwierając drzwi.

— Gus — odpowiedziała w geście przywitania i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. Ścisnął ją lekko, próbując dodać jej otuchy, widząc, jak blada jest na twarzy, po czym pomógł jej wsiąść do środka.

Przywitała ją grobowa cisza i penetrujące spojrzenie szarych oczu, których unikała od przeszło dwóch tygodni. Kiedy Harry wrócił z baru, widziała, że był zły i miał ostrą wymianę zdań z Draconem, o której milczał jak zaklęty. Ale ona wiedziała. Astoria wiedziała. Draco był zły. A ona nie umiała spojrzeć mu w oczy. Teraz też. Dlatego spuściła wzrok na jego złożone dłonie, które na tle ciemnogranatowych spodni od garnituru były jak zawsze niecodziennie blade. Nim się spostrzegła, długie palce wplotły się w plątaninę jej włosów, gdy dłonią chwycił ją za tył głowy. Przesunął się na skraj siedzenie, równocześnie zmuszając ją do zrobienia tego samego.

Kiedy kobiece, nagie kolana obiły się o te w szorstkim materiale, odważyła się unieść wzrok i spojrzeć w szare oczy przyjaciela. Choć wyraz twarzy nie zdradzał nic, to właśnie w oczach mogła zobaczyć poczucie winy i wstyd oraz współczucie wymieszane ze smutkiem.

— Granger, kto cię nazwał następczynią Roweny, chyba nie rozumiał, że jesteś prawdziwą Gryfonką — szepnął, opierając swoje czoło o jej.

Zaśmiała się mimowolnie, czując rozluźniające się mięśnie i ulgę nie do opisania.

— Przepraszam…

— Nie przepraszaj, ja powinienem. Twój mąż przypomniał mi, że jesteś moją przyjaciółką i tak jak ty mi pomogłaś, ja chcę pomóc tobie.



Pierwszy raz od długiego czasu widziała zdenerwowanie na twarzy przyjaciela, gdy ten otworzył przed nią drzwi od luksusowego samochodu. Chwyciła wyciągniętą dłoń i z jego pomocą wydostała się na zewnątrz. Zatrzymali się przed domkiem jednorodzinnym, był większy niż dom Dracona czy jej, ale wciąż mniejszym od tego, w którym mieszkali państwo Malfoy.

— Gdzie jesteśmy? — zapytała, ale Draco sięgnął tylko po dłoń Hermiony i pociągnął w stronę otwierających się niebieskich drzwi.

Czekała w nich niska kobieta w fartuchu z dwuletnim dzieckiem na rękach. Kiedy tylko znaleźli się obok, dziecko wykrzyknęło imię Malfoya i wyciągnęło ręce w jego stronę.

— Brian, przestań już — skarciła go delikatnie kobieta. — Draconie, witaj, nie wiedziałam, że dzisiaj przyjedziesz.

— Mała zmiana planów, sam do końca nie wiedziałem, czy tutaj skończę — odpowiedział, zabierając od niej dziecko, które od razu ułożyło główkę na jego ramieniu. — Położę go do spania.

— Rozumiem. To ja wracam do kuchni — mruknęła, po czym spojrzała na śpiące już dziecko i pokiwała tylko głową.

Odwrócił się w stronę schodów i gestem głowy nakazał Hermionie iść za nim. Gdy znaleźli się na piętrze, na chwilę weszli do pokoju z dwoma łóżeczkami. Hermiona nie mogła się napatrzeć na byłego Ślizgona, gdy tak delikatnie układał małe ciałko w ciepłej pościeli. Nie raz widziała, jak robił to ze Słodyczką, ale ona była jego córka, jego krwią. Inne dzieci działały na niego zazwyczaj jak płachta na byka. Chyba że znajdowały się metr od niego, nie krzyczały i nie śliniły się. Wtedy dzieci tolerował.

— Po trzecim poronieniu zacząłem rozważać inne opcje. Astoria nie wie. Nie chciałem, by myślała, że sam uważam ją niezdolną do dania mi wymarzonego „dziedzica” — powiedział, robiąc palcami znak cudzysłowu. — Zacząłem szukać w sierocińcach magicznego dziecka, które potrzebowałoby nas tak samo, jak my jego. — Draco zamilkł i położył dłoń na dole jej pleców. Delikatnie popchnął ją do wyjścia i poprowadził do innych zamkniętych drzwi znajdujących się na piętrze. — I znalazłem, ale ty zgodziłaś się nam pomóc. A Margareth została adoptowana. Mimo tego wciąż szukałem dzieci obdarzonych magicznymi zdolnościami. Spodobał mi się pomysł adopcji. Ale… ale Astoria znowu jest w ciąży i po rozmowie z Potterem doznałem olśnienia.

— Brzmisz jak Trelawney — odparła, starając się złamać tę nutkę nostalgii, którą wyczuła w słowach przyjaciela. Wiedziała, że właśnie podzielił się jednym z największych sekretów, jakie skrywał. Nie żadnym z ciemnej przeszłości, ale tym najbardziej prywatnym, skrywanym przed światem, najbliższym jego sercu, tym, którego mógł się wstydzić i obawiać.

— Zawsze jest wyjątek od reguły. Może tak jest i teraz. Może mamy swoje przeznaczenia. Może Tori miała zajść w ciąże. Może to przeznaczenie próbuje powiedzieć nam, że to nie my mamy zmienić czyjś świat. Może jakaś inna siła w ten sposób pokazuje, że to właśnie ty, ty i Potter macie zmienić ich życie.

— Ich?

— Ich — powiedział i otworzył drzwi.



Po cichu weszła do domu, a słysząc śmiech dzieciaków, przystanęła w progu salonu. Słodka Lily siedziała po turecku przed ławą, bawiąc się konikami pony, a jej bracia siedzieli na kanapie. Zamiast z uwagą oglądać Avatara, którego widzieli dziesiątki razy, śmiali się i rzucali w siebie popcornem — coś, czego nienawidziła, bo sól rozsypywała się wtedy po całej kanapie.

— Chłopaki, uspokójcie się, Nia się spóźnia, ale jak wpadnie i zobaczy ten latający popcorn, to będziecie odkurzać cały salon — usłyszała pouczający, a przy tym pobłażliwy głos Harry’ego.

— Wystarczy, że użyjesz różdżki jak ostatnioooo, tato! — krzyknął, przeciągając samogłoskę James, po czym rzucił poduszką w głowę młodszego brata.

— No ładnie, ładnie — zacmokała, a cztery pary oczu zwróciły się w jej kierunku. — Szybko sprzątać mi ten popcorn — powiedziała rozbawiona, wchodząc do salonu. Przechodząc koło szczerzących do niej zęby chłopców, pochyliła się nad nimi i wycałowała w policzki. — Jak ci minął dzień u taty w pracy, kwiatuszku? — zwróciła się do Lily.

Usiadła za dziewczynką na dywanie, oplatając jej małe ciałko rękoma i mimowolnie się uśmiechnęła, czując jak Lily rozluźnia się w jej ramionach. Od ostatniej próby zajścia w ciążę minęły ponad dwa lata. Myślała, że oswoiła się już z myślą bycia tą „drugą” mamą, a lepszych dzieci, niż swojego męża, nie mogła dostać.

Urwisy niesamowite.

Psotny James, który zdecydowanie odzwierciedlał swoich imienników, wygłupiał się, emanował pewnością siebie i sprytnie wykaraskał z nie jednych kłopotów. Albus, który po rozwodzie swoich rodziców przylgnął do niej, godzinami mógł się z nią przytulać i czytać. I słodka Lily — oczko w głowie ojca, roztaczała wokół siebie aurę szczęścia, nie dało się być z nią smutnym.

Mimo że nie byli jej, to kochała je całym sercem i nie wyobrażała sobie, by Ginny zabrała je do siebie, tak jak tego chciała przy rozwodzie. Kiedy bardzo rzadko – przez ciągłą grę Ginny w Quidditcha – weekendy spędzali u matki, robili to bardzo niechętnie. Dom wydawał się bez nich pusty, a Harry i Hermiona, zamiast cieszyć się ciszą oraz chwilą wytchnienia, snuli się po kątach. Uwielbiała, że to w niej szukali ciepła i oparcia, chociaż często czuła się winna, zwłaszcza gdy w trudnych chwilach dzieciaki potrafiły nazwać ją mamą. Harry powtarzał jej, że jest głupia, bo każde z nich doskonale wiedziało, kto jest ich biologiczną matką, ale z bycia mamy Ginny zrezygnowała dawno. I to nie była wina Hermiony, że uważali właśnie ją za tę upragnioną mamę. 

— Super! Dziś miałam bardzo, bardzo ważne zadanie! — wykrzyknęła podekscytowana siedmiolatka.

— Tak? A cóż to takiego ważnego robiłaś?

— Przybijałam stemple do wosku na listach! Zrobiłam super robotę, prawda, tatuś?

— Super robotę — potwierdził Harry, śmiejąc się. Hermiona przewróciła oczami i nachyliła się w jego stronę, by pocałować go w usta.

Czy potrzebowali więcej, niż mieli?

A może powinna na to spojrzeć inaczej. 

Może oni wcale nie potrzebowali więcej. Bo pogodzili się z myślą, że nie dane jest im mieć dziecka zrodzonej z ich dwójki. Wciąż mieli trójkę najlepszych dzieciaków, jakich można było chcieć.

Ale co jeśli ktoś potrzebował ich?

Posiadanie większej ilości dzieci nie było problemem, w końcu zdecydowali się wcześniej na powiększenie rodziny. A mieli sposobność. Oboje byli na takim etapie swoich karier, że były to pewne i stabilne pozycje. Harry od dwóch lat zarządzał Biurem Aurorów, dzięki czemu więcej czasu mógł spędzać w domu i często nie musiał brać udziału w misjach, a ona nie drżała już ze strachu za każdym razem, gdy wychodził do pracy. Jej klinika, którą otworzyła z pomocą Dracona – prezent, jak to lubił powtarzać – miała się dobrze. Pieniędzy im nie brakowało, Harry wręcz marudził czasami, że ze skrytki, zamiast ubywać, to tylko przybywa i w życiu tego nie wydadzą.

Mogli to zrobić, prawda?

„Może to przeznaczenie próbuje powiedzieć nam, że to nie my mamy zmienić czyjś świat. Może jakaś inna siła w ten sposób pokazuje, że to właśnie ty, ty i Potter macie zmienić ich życie”.

W głowie zabrzmiał jej głos przyjaciela. To, z jaką pewnością i przekonaniem to powiedział. Jak bardzo wierzył w to, co mówił.

— Hermiona? — usłyszała z oddali głos męża, a kiedy potrząsnęła głową i spojrzała w jego szmaragdowe oczy, zrozumiała, wiedziała.

W ich życiu było wystarczająco dużo ciepła i miłości, by obdarzyć nimi jeszcze więcej osób. Zrozumiała też, że z nim u swego boku była gotowa na wszystko. Bo był jej przyjacielem, mężem, oparciem, najlepszym tatą dla ich dzieci.

— Adoptujmy — powiedziała i nie musiała długo czekać, by zaskoczenie ustąpiło miejsca szerokiemu uśmiechowi.


6 mar 2017

DLA WIĘKSZEGO DOBRA - NIESPODZIEWANY SOJUSZNIK

DLA WIĘKSZEGO DOBRA 
niespodziewany sojusznik.



And when your hope crashes down
Shattering to the ground
You'll, you'll feel all alone
When you don't know which way to go
And there's no signs leading you home
You're not alone


Miałeś zginąć z Voldemortem, Harry.

Te słowa były ostatnimi, jakie Hermiona wypowiedziała do niego przez ostatni tydzień. Z chwilą, gdy jego imię opuściło jej malinowe usta, teleportował się do Grimmauld Place. Dom po chrzestnym stał się dla niego oazą w ostatnich latach. Praktycznie nikt go nie używał, chyba że po jakiejś ciężkiej misji Harry chciał odreagować albo ochłonąć po kłótni z Ginny, to zjawiał się w tym miejscu i niszczył wszystkie meble dookoła. Późniejsza naprawa wszystkiego była równie wyczerpująca, nawet gdy miał do pomocy starego już Stworka, przeszczęśliwego, że do czegoś się w końcu przydał. 

Później po zimnym prysznicu teleportował się przed wejście do Świętego Munga, by w poczekalni przywitać poranek i zabrać do domu najważniejsze — w jego życiu — kobiety. Kiedy wybiła już godzina dziewiąta rano, miał wszystkie papierki wypisane i z uśmiechem na ustach wszedł do sali, na której leżała tylko Ginny. Kobieta jeszcze spała, tak samo jak jego kochana teściowa. Podszedł do wielkiego, wygodnego fotela, wysunął ze starszych ramion zawiniątko, a jego uśmiech na nowo ozdobił zmęczoną twarz, widząc, że w końcu udało mu się, a raczej im, stworzyć małą kopię Ginny. Dwoje brązowych oczu wpatrywało się w niego z niebywałą bystrością, a spod czapeczki wystawały jasno marchewkowe włosy.

Przez chwilę zapomniał o przepowiedni i wiadomościach, jakie zrzuciła na niego Hermiona, nareszcie mógł się cieszyć z zostania tatą po raz trzeci.

I tak, wpatrując się w czekoladowe tęczówki swojej córki, przysiągł sobie, że nieważne co miałoby się dziać, nie poświęci się już więcej dla przepowiedni.

Będzie żył jak do tej pory.


Z kolejnymi kilkoma latami po narodzinach jego córki zrozumiał, jak cholernie naiwny był. Teraz wiedząc już, co wypatrywała w nim Hermiona, sam to robił. Szykując się na kolejny, już trzynasty bankiet z okazji wygranej bitwy o Hogwart, boleśnie wyraźne teraz stało się dla niego, ile starzej wyglądała od niego Ginny. Przyglądał się ich odbiciu w tafli lustra, gdy tak stał za nią prawie ubrany w mugolski garnitur. I wciąż, wciąż wyglądał, jakby szykował się na ich wielki dzień — ślub. Jedyną różnicą była jej suknia, która nie lśniła bielą w ostatnich promieniach słonecznych padających przez otwarte okno, a iskrzyła się metaliczną czernią. Nawet włosy miała podobnie upięte, by ukazać swoją długą, łabędzią szyję, którą uwielbiał obdarowywać pocałunkami. Jednak kiedy skupił się bardziej, to widział różnicę.

Delikatne żłobienia czasu w porcelanowej skórze, siwą nitkę tu czy tam, gdy zdmuchiwała z oczu pasmo kręconych włosów.

Kobieta właśnie naciągała czarną pończochę zakończoną koronką, posyłając mu seksowny uśmiech w odbiciu lustra i uczucie, jakie to w nim wywoływało, było czymś czego czas nie mógł zmienić.

Mimo zmarszczek, siwych włosów tu i ówdzie, pięciu dodatkowych kilogramów (które, szczerze mówiąc, uwielbiał, bo pupa i cycki zrobiły się jeszcze bardziej obfite) wciąż była dla niego piekielne pociągająca.

— Nie patrz tak na mnie, bo zdecyduję, że wolę spędzić ten wieczór na ściąganiu tej niebotycznie drogiej sukienki — szepnął i pocałował ją w odkrytą szyję.

Zamknął swój umysł i skupił się na kobiecie przed sobą. Ignorując wszystkie widoczne już gołym okiem różnice między nimi, podciągnął czarny materiał do góry, wbił palce w jędrne pośladki i uniósł ją do góry, równocześnie przyciskając do powieszonego na ścianie lustra.

Na chwilę zapomniał o całym świecie, czując oplatające go w pasie długie nogi i warknął, wbijając się w nią jednym płynnym wejściem.


Na bankiet weszli spóźnieni i pierwsze co zobaczył to maszerującą w ich stronę Hermionę. Usta miała zaciśnięte w cienką linię, którą szybko zastąpiła szerokim uśmiechem, gdy spojrzała na jego szyję. Mimowolnie dotknął miejsca, w którym Ginny go ugryzła i zassała, zostawiając czerwoną malinkę, jakby wciąż mieli dwadzieścia lat.

— Ginny Potter! — zawołała rozbawiona Hermiona, na co jego żona wzruszyła ramionami.

— Nie moja wina, że nie mogę mu się oprzeć — powiedziała. — Widziałaś? Mam wrażenie, że nic się przez te wszystkie lata nie zmienia!

Zauważył delikatne drgnienie ust, gdy uśmiech Hermiony zrobił się nagle sztuczny i sekundowe rozszerzenie oczu. To spostrzeżenie dało mu do zrozumienia, że przez rok obserwowania swojej przyjaciółki nauczył się jej na pamięć. Znał każde drgnięcie, każdy uśmiech, widział, kiedy cała się spinała, a twarz przysłaniał cień. Nikt inny tego nie dostrzegał. Nie Ginny, która trajkotała wesoło o tegorocznych dekoracjach balu, nie Ron, który nigdy nie wiedział, kiedy ma się zamknąć, przez co zawsze ładował się w kłótnie ze swoją wtedy jeszcze narzeczoną.


Gdy bal dobiegł końca, a Ginny zasnęła po kolejnej dawce nieziemskiego seksu, teleportował się z trzaskiem w salonie Hermiony. Wciąż nie mógł przywyknąć do pustki po Ronie, ale nigdy nie powiedział tego na głos. Do tej pory nie rozumiał, dlaczego się rozstali, ale kiedy jego przyjaciel zdecydował się na dwuletni kontrakt z Chudley Cannons, zrozumiał, że Ron naprawdę zrezygnował z życia z Hermioną.

— Draco, przestań! — usłyszał zniecierpliwiony głos kobiety.

Ze wstrzymanym oddechem popchnął drzwi do sypialni, a jego oczom ukazał się obraz ich byłego wroga siedzącego w eleganckich szatach na zaścielonym łóżku, gdy Hermiona wciągała na siebie przy duży sweter.

— Malfoy? — zapytał niedowierzająco, a kobieta podskoczyła zaskoczona. W normalnej sytuacji parsknąłby śmiechem, ale nie potrafił, mimo że za kilka lat będzie to dla niego śmieszne. — Co ty tu robisz?

— Ja zostałem zaproszony, czego nie można powiedzieć o tobie, Potter — odpowiedział mu złośliwym, znudzonym głosem.

— Harry…

— Hermiona, zaprosiłaś go tutaj… tutaj?! — przerwał jej i powiódł spojrzeniem po ścianach, na których wciąż widniała oś czasu, słowa przepowiedni i zdjęcia. — Kiedy nie chciałaś powiedzieć nic Ronowi, zaprosiłaś go tutaj?

— Draco jest przyjacielem i mi pomaga w rozwiązaniu twojego problemu — powiedziała, a on prychnął, na co kobieta posłała mu wściekłe spojrzenie. Malfoy nic nie powiedział, obserwował ich tylko, przez co miał ochotę warknąć coś mało przyjemnego w jego stronę. — Nie patrz tak na mnie, Harry. Pomiędzy jego a moją inteligencją miałam nadzieję znaleźć rozwiązanie tego, co się stało, ale…

— Ale nie ma go, Potter. A patrząc na waszą dwójkę, widzę, że już niedługo ludzie zaczną zauważać, że coś jest z tobą nie tak. Jesteście w tym samym wieku, Granger wygląda rewelacyjnie w swoich latach, a przy tobie wydaje się, jakby była z sześć lat starsza.

Harry nic nie odpowiedział, bo też to widział. Tak samo jak Ginny, Hermiona z wiekiem stawała się piękniejsza. Pewnie duże znaczenie miał fakt, że była Gryfonka pokochała siebie, swoją inteligencję, tę niesforną szopę na głowie, stała się pewna i było to widać na każdym kroku. Zawsze uważał, że Ginny miała grono wielbicieli w Hogwarcie między innymi, dlatego że umiała o nie zabiegać i nie wstydziła się niczego w swojej osobie, bo znała swoją wartość. Hermiona potrzebowała czasu, by zaakceptować siebie taką, jaką była.

Malfoy zsunął się z łóżka i wyszedł z pokoju, nie zaszczycając ich nawet jednym spojrzeniem. Harry zwrócił uwagę, że blondyn czuł się w tym miejscu bardziej komfortowo niż on, od kiedy Ron przestał tutaj mieszkać. Od zawsze to było mieszkanie Rona i Hermiony, kupili je razem, urządzili je razem i mieli w nim mieszkać tak długo, aż nie będą gotowi na dziecko. Wtedy mieli je sprzedać i kupić dom.

Wszystko się zmieniło

Znowu.


I znowu przez niego, tak jak Ron powiedział.


Jak zawsze on.


Hermiona chrząknęła, a Harry powiódł spojrzeniem w jej stronę.


— Draco ma rację. Widać różnicę. Dla nas ona jest oślepiająca, ale jeśli komentarz Ginny cokolwiek znaczy, to to, że ludzie już widzą, choć nie wiedzą co. Nie możemy na to pozwolić.

Drugi raz znalazł się za kobietą tego wieczora. Złapał spojrzenie bursztynowych oczu w lustrze i skrzywił się, czując, jak bardzo przeszkadzało mu, że wyglądała starzej od niego. Z Ginny tak tego nie odczuwał, ale mógł to zrzucić na fakt, że swoją żonę kochał i tak długo, jak będzie miał to uczucie, mogłaby jego złośnica mieć twarz stuletniej czarownicy, przybrać dwadzieścia kilogramów i obwieścić miłość do kotów, on i tak będzie miał to pożądanie i śmieszną adorację w oczach.

Bo była jego dziewczyną, kobietą, żoną, matką jego dzieci.

Hermiona, była jego przyjaciółką i bolało go, jak wiele poświęciła, by mu pomóc, kiedy znaleźli się w punkcie, gdzie nic nie dało się zrobić.

Gdzie wszystko poszło na marne.

Przymknął oczy, opierając brodę na czubku głowy Hermiony i poczuł, jak rozluźniła się ona w jego objęciach. Kiedy je ponownie otworzył, dostrzegł w lustrze dodatkową osobę. Draco Malfoy stał tuż obok nich, trzymając fiolkę w wyciągniętej w jego stronę dłoni. Wręcz czuł wibrujące ciepło od jego ciała i poczuł, jak szara magia byłego Ślizgona nieświadomie stykała się z magią kobiety, którą sam obejmował.

Chyba nigdy wcześniej nie żałował tego, że mógł widzieć aurę każdej magicznej osoby i jej magię. W tej chwili ten dar wydawał mu się przekleństwem, bo jeśli faktycznie wszystko co ich łączyło, to przyjaźń, to byli na dobrej drodze by przekroczyć granicę tej relacji. I zdecydowanie była to ich prywatna sprawa. 

Malfoy ponaglająco machnął ręką z magiczną substancją. 

— Do dna, Potter.



Witajcie! Jak podoba się nowa szata bloga? Ja jestem w niej zakochana, zwłaszcza w tych obrazkach <3 Nie mogłam znaleźć pasującego obrazka ani cytatu, dlatego jeśli masz coś bardziej pasującego, to pisz!

PS: Cały tekst sprawdzała cudowna Hope! Miała kilka kwiatków, i problemy z wytłumaczeniem kilku rzeczy, ale to tylko i wyłączni wina mojego małego mózgu, on po prostu nie lubi poprawności języka polskiego. Dlatego WIELKIE brawa dla tej pani i podziękowania! <3

 { PS! Pamiętaj, że jeśli nie masz ochoty pisać komentarza, który naprawdę sprawi mi przyjemność, możesz ocenić rozdział. Ocenę znajdziesz nad etykietami posta. <3


4 lut 2017

Dla większego dobra

Tytuł: Dla większego dobra
Rodzaj: Romance/Hurt/Comfort/Mystery/Friendship/Angst
Rating: M
Status: Aktualne
Rozdziałów: 1/?
Ostrzeżenie: wulgaryzmy/mogą być sceny seksu/ lekkie AU
Summary: ... się pisze. 



Część 1.


And if the sky comes falling down, for you, there's nothing in the world I wouldn't do
— Avicii



Część 2. 
Dla większego dobra
And when your hope crashes down
Shattering to the ground
You'll, you'll feel all alone
When you don't know which way to go
And there's no signs leading you home
You're not alone

Część 3.
Dla większego dobra —


27 gru 2016

Dla większego dobra — czujne oczy


Dla większego dobra 
czujne oczy. 

And if the sky comes falling down, for you, there's nothing in the world I wouldn't do

— Avicii



23 lip 2016

Niech Stanie się Cud - Nadzieja [M 1-2]






I nigdy nie mów, że nie można kochać kogoś, kogo się nie zna, bo można.
Można przelać na tą osobę wszystkie swoje uczucia i poświęcić się,
by później cierpieć najmocniej jak się tylko da.

Tytuł: Niech stanie się cud
Autor: Irlandka
Fandom: Harry Potter
Pairing: Draco Malfoy/Astoria Greengrass
Ostrzeżenia: słodko-gorzkie, poronienia, 
Status: Miniaturka
Beta: Niezastąpiona Katja.
N/A: Drugie miejsce ( 201,5 pkt.) w konkursie na Stowarzyszenie blogów Harry'ego Pottera. Zapraszam Was na zapoznanie się z innymi pracami tego konkursu, zwłaszcza Mieć albo nie mieć, Dziękuję Mamo i Miłość matki to spracowane ręce, nieprzespane noce (Rzan. dłuższego się tytułu nie dało?:D).

27 maj 2016

Prawdziwie Małe [M][T]

Autor: MaryRoyale

Rodzaj: Niesprecyzowany

Rating: T

Status: Miniaturka

Zgoda: Jest

Beta: agatte, której dziękuję za szybkie sprawdzenie i za pomysł na tytuł! :* + zapraszam na jej bloga, za który mam nadzieję niedługo się zabrać!



Summary: Hermiona i Luna są genialne, każda na swój sposób, i właśnie dzięki temu tworzą tak zgrany duet, badając zaklęcia. Niestety, Hermiona musi znosić nieudany efekt jednego z nich, które sprawiło, że teraz jest raczej... filigranowa.
A/NWitam wszystkich! Dziś przychodzę do Was z kolejną miniaturką, która umocniła mnie tylko

w przekonaniu, że Harmione jest prawdziwe. W tej miniaturce widzimy, jak poprzez stratę bliskiej nam osoby, potrafimy odkryć/zrozumieć jakimi innymi uczuciami możemy darzyć daną osobę. I tak jest w tej miniaturce.

Jak zawsze na początku znajduje się cytat - dziś jest wyjątkowy, bo został napisany specjalnie dla tej miniaturki, gdy agatte napisała mi swój pomysł na przetłumaczenie tytułu. Dwa proste słowa, rozebrała na cząstki małe i oddała ich cały sens dla tej historii.

Zapraszam!