Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowe Szanse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowe Szanse. Pokaż wszystkie posty

3 wrz 2017

NOWE SZANSE | ROZDZIAŁ 13



if you cannot find peace within yourself you will never find it anywhere else.



Szkolne korytarze świeciły pustkami tego wczesnego sobotniego poranka. Głośne szuranie papci odbijało się od ścian, a Lyra ubrana w legginsy i gruby sweter, splatała długie włosy w warkocz. Przystanęła dopiero przed dobrze znanymi sobie drzwiami. Nie siląc się nawet na pukanie, naparła na klamkę i weszła do środka.

W gabinecie panowały taki sam spokój i cisza jak za jego ścianami. Lyra, widząc, że jej mama jeszcze się nie krzątała po pomieszczeniu, westchnęła, po czym skierowała się w stronę sypialni.

Po raz pierwszy widziała, by jej śpiąca matka wyglądała tak spokojnie. Dziewczyna wyszła ze swoich różowych, włochatych papci (które wciąż wywoływały uśmiech u jej Ślizgona) i wślizgnęła się pod kołdrę, dalej wpatrując się w wolną od trosk twarz. Uniosła dłoń i przygładziła niesforne, brązowe loki, mimowolnie się uśmiechając.

Brakowało jej tego. Od tak dawna z własnej woli nie spędzała czasu ze swoją mamą, próbując się pozbyć palącej złości i gorzkiego smaku, które pozostawiły w niej kłamstwa. Wstyd jej było się do tego przyznać, ale nawet by nie wiedziała, że kobieta próbuje poskładać swoje miłosne życie, gdyby nie Hugo. To jej młodszy brat wbił się na imprezę, którą Ślizgoni urządzili, by świętować zwycięstwo ich drużyny z Krukonami — chociaż wbicie się to za dużo powiedziane, bowiem zaproszone były wszystkie domy — żeby odciągnąć ją na bok. Przyciszonym, dosadnym głosem powiedział jej, co myśli o cichych dniach (chociaż to bardziej były już tygodnie, a nie dni) w relacji z ich rodzicielką. Lyra zdawała sobie sprawę z tego, że ignorowanie ich mamy, sprawiało kobiecie wielki ból, wiedziała o tym od samego początku. Jednak w tym całym rozżaleniu, bólu i wściekłości bała się, co mogłaby powiedzieć swojej rodzicielce. Po pierwszym tygodniu doszła do wniosku, że traktowanie jej jak powietrze jest lepsze, niż gdyby miała wybuchnąć i dać się ponieść emocjom. Czasem łatwiej wybaczyć ignorowanie niż ostre słowa, które ciągle pchały jej się na język.

Ale Hugo miał rację. Potrzebowały siebie nawzajem, a kobieta i tak nacierpiała się wystarczająco.

Dlatego próbowała pogrzebać swoje wciąż buzujące emocje, zacisnąć zęby, by wrócić do relacji, jakie miały te kilka tygodni temu.

Czekając, aż powieki uniosą się, ukazując brązowe oczy, Lyra zasnęła, ukołysana cichym tykaniem zegara. Wybudziło ją delikatne głaskanie po głowie i cichy głos, co nucił jej ulubioną kołysankę.

Spojrzała na Hermionę, która była ubrana w mugolskie ciuchy i leżała na boku, podpierając się na łokciu.

— Cześć — wychrypiała blondynka, czując suchość w gardle.

Kobieta stuknęła różdżką w szklankę na szafce nocnej, która napełniła się wodą.

— Hej — odpowiedziała niepewnie, wręczając jej napój. Lyra przyjęła je z wdzięcznością, czując ulgę, gdy popękane usta dotknęły zimnej, orzeźwiającej wody. Kiedy dziewczyna odstawiła szklankę, wciąż się nie odzywając, Hermiona przypominając sobie w myślach, że jest matką i Gryfonką, odezwała się pierwsza. — Więc… Ty i Scorpius?

Lyra parsknęła śmiechem.

— Tak. — Hermiona widziała, jak jej córka marszczy brwi, zastanawiając się nad czymś, po czym siada po turecku w jej stronę. — Prawdę mówiąc, coś pomiędzy nami się stało …

— Coś? — zapytała retorycznie rozbawiona Hermiona, przerywając córce w pół zdania, doskonale zdając sobie sprawę, co kryję się pod słowem „coś”.

— Coś. W dzień, kiedy pozwoliłaś nam użyć swojego gabinetu.

— To ja powinnam ci powiedzieć, że ja byłam tamtego dnia na randce i…

— Iiii? — przerwała jej Lyra, podekscytowanym głosem.

— I „coś” się nie wydarzyło — dokończyła i zaśmiała się, widząc, jak jej córka przewraca oczami. — Ale jest to poważne, jestem szczęśliwa, próbuję wszystko naprostować i mam nadzieję, że z nim u mojego boku mi się uda.



Hermiona tego dnia promieniała. Dawno nie czuła się tak szczęśliwa, co zauważali wszyscy. Zaczynając od uczniów, którzy przyjęli zmianę w ich nauczycielce z ulgą, bo klasy ponownie były ciekawe, na współpracownikach i Draconie kończąc

Podekscytowanym głosem opowiadała mu, jak to Lyra sama do niej przyszła i się pogodziły. Co prawda nie wyjawiła powodu rozżalenia córki, ale zdawał sobie sprawę, że musiało to być coś naprawdę wielkiego. Z różnych opowiedzianych historii wiedział, że jest ona raczej racjonalną dziewczyną, więc przez byle głupotę nie odcięłaby się na tak długi okres od swojej matki, którą, jak doskonale widział, bardzo kochała.

Cieszył się, że pomiędzy nimi wszystko powoli się układało, bo po raz kolejny mógł obserwować, jak cholernie mocno musiało to wszystko ciążyć na Hermionie. Nawet kiedy uśmiechała się i śmiała na randkach, to wciąż mógł ujrzeć ten cień smutku chowający się w jej pięknej twarzy.

Dziś on zniknął. Rozdawała uśmiechy każdej obcej osobie, jaką napotkali. Zadziornie patrzyła mu w oczy, z wyprostowanymi ramionami szła u jego boku i pierwszy raz bez niepewności całowała go w usta.

Odnalazła na nowo tę słodką pewność sprzed lat.

Z rozbawieniem przyglądał się, jak kręciła się w kółko w kolorowych światłach karuzel i wesołego miasteczka. Włosy rozprostowały się od ciężaru padającego deszczu, przed którym on krył się pod daszkiem jednej z wielu budek z szybkim jedzeniem. Kącik ust drgał mu w górę w odpowiedzi na kobiecy śmiech wydobywający się spomiędzy czerwonych warg.

Odebrał zamówienie, które pachniało całkiem nieźle, i skierował się w jej stronę. Kiedy był już przy niej, złapał ją z zaskoczenia i nie przejmując się deszczem, złączył ich usta w powolnym, słodkim pocałunku. Puścił ją, dopiero gdy zabrakło mu tchu, i spojrzał w te bursztynowe oczy, w których płonął ogień, choć Potter mówił, że ostatnimi latami ledwo się tylko tlił.

Dziś się jarzył.

— Chodźmy do parku to zjeść, a później odprowadzę cię do bram — zdecydował, ale w jego głosie dało się usłyszeć pytanie, więc wiedziała, że gdyby tylko chciała, mogła zaproponować coś innego.

Z papierowej reklamówki wyjęła butelkę soku pomarańczowego i słomkę, a Dracon sięgnął swoją ulubioną colę. Chowając resztę do jej torebki, ruszyli do wyjścia z wesołego miasteczka, by po krótkim spacerze znaleźć się w parku.

— Minerwa ostatnio opowiadała uczniom o praktykach — poinformowała go, chwytając za słomkę wystająca z szyjki butelki. — Zastanawiam się, co wybierze Lyra. Boję się, że zdecyduje się na to, na co liczy Harry, i spróbuje załatwić sobie miejsce w Harpiach.

— Nie najgorszy zawód świata. Właściwie całkiem dobry i liczę, że Scorpius też pójdzie tą drogą. Zresztą dobrze wiesz, że sam, jak byłem dzieckiem, też chciałem być zawodowcem. Niestety, poznałem Pottera i stwierdziłem, że jeśli nie mogę pokonać dzieciaka, który na miotle lata o siedem lat krócej ode mnie, to nie jestem tak dobry, jak myślałem — odparł, wyjmując burgera z torebki.

Hermiona parsknęła śmiechem i spojrzała na mężczyznę z pobłażaniem.

— Mam nadzieję, że nie czekasz na zapewnienia, jak dobry jesteś, bo ich nie dostaniesz — powiedziała, a widząc, jak wywraca oczami i wgryza się w bułkę, ignorując ją, szybko dodała: — To, że nie jestem tak dobra, jak Snape w eliksirach, nie znaczy, że nie zdobędę tytułu mistrza, zwłaszcza że już dawno zostawiłam starego, dobrego Horacego w tyle. Tak samo jest z tobą i byciem ścigającym. To, że nie mogłeś pobić Harry’ego, nie znaczyło, że nie mógłbyś być wtedy zawodowcem i pokonać go teraz. Przecież nigdy nie miałeś problemu z Krukonami i Puchonami. — Złapała jego dłoń i rozluźniła palce, pochylając się, by pocałować go w policzek. — Zresztą teraz, kiedy nie jesteś zapatrzonym w siebie narcyzem, który chce pokazać ojcu, że wszystko ma pod kontrolą i jest najlepszy, masz szansę. W końcu miałbyś czysty umysł, będąc na miotle, i mógłbyś skupić na grze i złapaniu znicza.

Z bijącym sercem patrzyła, jak wąskie usta powoli rozciągają się w małym uśmiechu. Znowu poczuła szalejące bizony w podbrzuszu i po raz kolejny zastanawiała się, co ten jeden mężczyzna potrafił jej zrobić.

— Jeśli Lyra do ciebie przyjdzie, powiedz jej, że powinna rozważyć uzdrowicielstwo. Musi to wystarczająco lubić, skoro jest na tyle zainteresowana, by się tego uczyć, gdy nie jest to wymagane w programie nauczania.

— Myślisz, że ma do tego powołanie? — zapytała zaciekawiona, zwłaszcza że jeszcze chwilę wcześniej upierał się, że granie dla kariery nie jest złym sposobem na zarabianie na życie.

— Szczerze? Nie znam jej na tyle, Hermiono — kontynuował i tylko dzięki temu, że spojrzał na nią w tamtej chwili, wychwycił smutek, który szybko zamaskowała przed jego czujnym spojrzeniem. Uniósł w niemym pytaniu brew, ale postanowił jeszcze nic nie mówić. — Wiem, że bez problemu po części uzdrowiła moją dłoń i zrobiła to dobrze, ale też wychwyciła, co będzie musiał sprawdzić uzdrowiciel, bo zdawała sobie sprawę, że sama nie da rady. Mimo ambicji nie ryzykowała. Myślę, że gdyby chciała, to mogłaby być dobra, ale po ostatnim meczu Ślizgonów z Krukonami już wiem, że jest znakomita w quidditchu.

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to trzęsące się ramiona jej kuzynki, które pocierał Corbin. Widząc wielkie, spływające po piegowatych policzkach grochy łez, rzuciła torbę z książkami i w kilku krokach pokonała dzielącą ją odległość od kanap przy kominku.

— Lily? Słońce, co się stało? — zapytała, a Corbin ustąpił jej miejsca.

Ostatnimi czasy jej przyjaciel i kuzynka byli do siebie praktycznie przyklejeni. Zdziwiła się, kiedy zamiast zatrzymać Corbina przy sobie, Lily rzuciła jej się na szyję. Głośno zapłakała, a męskie dłonie zacisnęły się w pięści z palącej złości i bezradności. Dlatego oplotła swoje ramiona wokół trzęsącego się ciała i cicho zaczęła nucić piosenkę.

— Nie… nienawidzę… jej! Nienawidzę! — wyszeptała zapłakanym głosem, a Lyrę aż ścisnęło, bo doskonale wiedziała, o kim kuzynka mówiła. I nawet, teraz gdy sama przez tak długi czas była pokłócona ze swoją mamą, to wiedziała, że wciąż ją kocha.

— Szzz… No już. Nie może być tak źle — zawołała, ale tak, by tylko oni ją usłyszeli. Kątem oka zauważyła Corbina zaprzeczającego jej ruchem głowy i zrozumiała

Było gorzej niż źle.

Jej przyjaciel był jedną z bardziej realistycznych, a przy tym nieoderwanych od ziemi, osób, jakie znała. Nie znosił dram, zawsze mówił, co sądził bez owijania w bawełnę, więc skoro twierdził, że jest źle, to tak musiało być.

— Powiesz, co się stało?

Tak bardzo chciała, by Lily wszystko jej powiedziała. Wtedy mogłaby jej jakoś pomóc, coś doradzić, ale odpowiedziała jej głucha cisza przerywana płaczem. Lyra naprawdę nie znosiła płaczu, widziała go za dużo jak na swoje osiemnastoletnie życie i miała nadzieję długo nie usłyszeć tak rozdzierającego serce dźwięku.

— Na...napisała mi list… Nie...nie wiem, o co chodzi. Nic nie ma sensu… Coś, że tata ciągle pracuje, że Rose je...jej powiedziała o…o Corbinie. O tobie…

— O mnie? — mruknęła, a Lily wzruszyła ramionami.

— Nic. Nie...nie ma sensu! Rozpisała się...się o cioci, coś znowu o… o tacie i… i stwierdziła… zakazała mi z tobą przebywać! — Z każdym kolejnym słowem płacz i niepewność Lily ustępowały, a w głos wkradały się wyraźna złość i pogarda. — Rozumiesz? I… i powiedziała, że mam darować… sobie Corbina, bo… bo jestem gówniarą i mam… się skupić na nauce! Jakbym tego nie robiła! — wykrzyknęła, a Lyra nie wiedziała, co bardziej ją zszokowało. Fakt, że Ginny z jakiegoś powodu postanowiła tupnąć nogą i zrobić to, o czym pewnie od dawna marzyła, czyli spróbować się pozbyć Lyry z jej życia, czy to, że nazwała Lily gówniarą. Nie było nowością, że Lily miała lepszy kontakt z tatą niż z mamą, ale do tej pory kłóciły się jak każda mama z córką, a to, że kobieta była zazdrosną o córkę, zawsze ukrywała i maskowała. Zazwyczaj się to udało.

Coś się zmieniło.

— Nienawidzę jej — wyznała, a Lyra aż poczuła ciarki z powodu bólu, który można było usłyszeć w tych dwóch słowach. Odsunęła się i spojrzała jej w twarz.

— Lily, co jeszcze ci napisała?

— Nienawidzę jej — powtórzyła, kręcąc głową, a z zaczerwienionych oczu znowu poleciały łzy.

Lyra westchnęła, rozumiejąc, że Gryfonka już nic więcej jej nie powie. Zamiast naciskać, by dojść do tego, co tak mocno w nią uderzyło, przyciągnęła Lily do siebie, by ponownie głaskać ją po włosach i śpiewać.



Zakradła się po cichu do gabinetu jej mamy. Słysząc, jak bierze prysznic, przebiegła przez pomieszczenie i nie oglądając się za siebie, rzuciła proszek Fiuu do kominka.

— Gabinet Harry’ego Pottera — mruknęła, by w zielonych płomieniach pojawić się w gabinecie Harry’ego w Dolinie Godryka. Wyszła z kominka, otrzepała się z popiołu i ruszyła.

Znalazła Ginny w kuchni. Siedziała tyłem do niej przy stole, była z Jamesem, który jako pierwszy ją zauważył.

— Lyra? — zawołał zdziwiony, a na jego twarzy pojawił się wielki uśmiech. Odpowiedziała mu skinieniem głowy i zauważyła, jak ramiona jej przekochanej cioci spinają się na dźwięk jej imienia.

— Lyra — powiedziała, podnosząc się z krzesła i odwracając w jej stronę. — Nie powinno cię tu być — dodała sucho.

— James — mruknęła ostrzegawczo, by tylko się nie wtrącał, po czym spojrzała zimno na rudowłosą kobietę. — Powinnam, dziękuję bardzo.

— Tak? Umieram z ciekawości, powiedz, co mogę dla ciebie zrobić? — zapytała, a Lyra wywróciła oczami i przelotnie spojrzała na swojego kuzyna. Siedział z wysoko uniesionymi brwiami, ciągle wodząc wzrokiem to od swojej matki, to do Ślizgonki.

— Powiedzieć, co z tobą jest nie tak! — wykrzyknęła. — Co takiego zrobiła Lily, że tak ją potraktowałaś!

— Biedna Lily, już się poskarżyła, że nie podoba mi się jej towarzystwo? — zapytała słodko, a Lyra nie po raz pierwszy zastanawiała się, jak to możliwe, że ta kobieta była młodsza od jej mamy tylko o rok!

— Żartujesz sobie? — zapytała i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała. — Nie rób ze mnie idiotki, Lily nie chciała powiedzieć, co jej wypisałaś poza jakimiś swoimi żalami i niby rozkazami, ale obie wiemy, że to nie wszystko.

— Nic nie wiesz, a Lily dramatyzuje, jak zawsze — powiedziała Ginny, a Lyra zacisnęła ze złości usta.

— Wiem, że przez ostatnie trzy godziny płakała mi w ramionach - przez ciebie! Lily jest twoim dzieckiem i nie wiem, co jej wyznałaś, ale własna córka cię nienawidzi!

Lyra nie wierzyła, jak można być tak nieczułą żmiją, i to dla własnego dziecka. Zawsze wydawało jej się, że matki w porównaniu do mężczyzn otaczają swoje dzieci miłością od samego poczęcia. W końcu w odróżnieniu od nich miały one połączenie z dzieckiem od zarodka. Nosiły je pod sercem, by później nosić w swoich ramionach i kochać bezgraniczną miłością.

W kuchni zapanowała cisza. Mama jej kuzynostwa spoglądała na nią z nienawiścią w oczach, a z twarzy Jamesa zniknęły jakiekolwiek oznaki dobrego humoru, który jeszcze widziała kilka minut wcześniej.

— Jesteś jeszcze gorsza niż twoja matka! Wpychacie swoje nosy, tam, gdzie was nie chcą.

Blondynka parsknęła śmiechem. Jeśli miała to być obelga, to bardzo nietrafna. Hermiona Granger, mimo że daleko jej było do wyglądu Ginny albo nawet mamy Scorpiusa, bo miała swoją własną nietuzinkową urodę, była sto razy lepszą kobietą, niż była Gryfonka kiedykolwiek mogłaby być.

— Dziękuję, uznam to za komplement, ale skoro tak bardzo tego chcesz, to dam ci radę, tak jak zrobiłaby to moja mama. Obudź się, spójrz w lustro i zapytaj się, co wyprawiasz. Odepchnęłaś od siebie córkę, która chciała twojej miłości, ale przez swoją obsesję do wujka, bo to nawet nie jest miłość, i zazdrość, sprawiłaś, że do końca życia będzie myślała, że coś z nią jest nie tak! Twój mąż ma dość, a tak bardzo cię kocha, wiesz? Dałby ci cały świat, gdybyś tylko chciała, ale i tak byłoby to za mało — rzekła z palącym przejęciem.

Ile by dała, by Ron był takim mężem dla jej mamy. Ile by dała, by to właśnie w ramiona Harry’ego jej mama wpadła i w nim się zakochała!

— Zamknij się.

— Nie zamknę się! — krzyknęła rozjuszona widząc, że Ginny wcale nie wyglądała na przejętą swoją córką. Czując złość zbierającą się, zacisnęła dłonie w pięści. Wiedząc, że nie powinna, bo to zły pomysł, wzięła głęboki oddech i patrząc prosto w roziskrzone złością oczy, powiedziała to, co wiele osób myślało, ale bało się powiedzieć. Temperament Weasleyów był legendarny, zwłaszcza u Ginny, przez co większość ludzi obchodziła się z nią, jak z tykającą bombą. — Ktoś wreszcie musi ci powiedzieć tę bolącą prawdę. Musisz się obudzić, bo zostaniesz sama, zgorzkniała i nienawidząca całego świata. Lily już straciłaś, a nim się obejrzysz odejdzie James, Albus, a potem wujek. Musisz przestać być Molly Weasley, ponieważ jesteś Ginny Potter i nie jesteś tylko matką i kurą domową. Jesteś dziewczyną, którą ludzie uwielbiali oglądać, której zazdrościłam bycia w Harpiach i zawsze mówiłam, że będę tak dobra, jak ty. Jesteś bystra, towarzyska, z reguły dająca się lubić, więc wyjdź do ludzi i żyj i zrób coś dla siebie! Zrezygnowałaś z kariery ścigającej dla swoich dzieci, ale nie musiałaś rezygnować ze swojego życia! Quidditch nie kończy się na graniu, więc otwórz te cholerne oczy i zostań nawet cholerną dziennikarką sportową, jeśli cię to jara! Cokolwiek!



Wskazówki zegarka na nadgarstku wskazywały przed jedenastą, gdy wrócił do domu. Zdziwił się, widząc zapalone światła w każdym pomieszczeniu. Ginny zazwyczaj zamykała się w swojej sypialni. Wszedł do salonu i usłyszał śpiew dobiegający z kuchni. Im bliżej znajdował się do jej wejścia, tym bardziej marszczył brwi. Głos wydawał mu się dziwnie znajomy, ale był przy tym… dziwnie zagłuszony, przez co nie mógł dopasować do niego twarzy.

— Ochh, tatko! Lyra, ci.. ikk.. cicho! Ikk — zawołał jego syn z przerwami na czkawkę i Harry zrozumiał, dlaczego śpiewający głos wydawał mu się dziwny. Lyra była pijana, tak samo jak jego najstarszy syn. Siedzieli na zimnych, czarnych kafelkach z jedną pustą karafką whisky, a drugą rozpoczętą butelką polskiej wódki, którą dostał w prezencie. Jego chrześniaczka wciąż miała na sobie szkolny mundurek, a jego syn pogniecioną już teraz szatę aurorów.

— Co tu się dzieje? — zapytał, a Lyra pisnęła zaskoczona jego widokiem, po czym sięgnęła po przezroczystą butelkę i przyssała się do niej; aż zrobiło mu się niedobrze. James zaczął się śmiać i próbował wytrzeć kuchenną ściereczką wódkę spływającą po brodzie dziewczyny.

Harry nachylił się i wyrwał z małej dłoni butelkę, po czym z hukiem odstawił ją na blat stołu.

— Kurwa, ile wy macie lat?! — krzyknął, dziewczyna się wzdrygnęła, nieprzyzwyczajona do krzyczącego ojca chrzestnego, a Harry westchnął. James spojrzał na niego spod byka i zaczął coś po cichu szeptać, co częściowo słyszał, bo pijany James to głośny James. — Gdzie twoja mama, James? — zapytał — Jak was zobaczy, to chyba z domu mnie wyrzuci — dodał do siebie.

— Nie wyrzuci, bo odeszła — odpowiedział mu całkiem spokojnie syn, a Harry aż z wrażenia usiadł na krześle.

13 lip 2015

CHAPTER 9




You may have to fight a battle 
more than once to win it.


Hermiona z uśmiechem wpatrywała się w mężczyznę, który sprawił, że tego wieczora zapomniała o czekającej na nią rzeczywistości. Po kolacji, która podziałała na jej kubki smakowe tak samo, jak ucieszyła jej oczy, Draco zaproponował spacer przy pobliskim parku. Choć godzina była późna — niebo dopiero zaczęło zmieniać swoją barwę na ciemniejszą* — to jeszcze gdzieniegdzie mijali ludzi. 

— Zaczekaj — powiedział, oddalając się od niej szybkim krokiem. Kobieta podążyła za nim wzrokiem i zobaczyła, jak zatrzymuje się przy młodym chłopcu, dopiero co zaczynającym chyba swoje naście lat oraz ciągnącym za sobą taczkę. Ze zmarszczonymi brwiami patrzyła, jak chwilę rozmawiali, a później blondyn wyciągnął portfel. Odwrócił się na pięcie i w miarę, jak się do niej zbliżał z każdym krokiem, zaczęła widzieć wyraźniej, co trzyma w dłoni. Kwiat. Dokładniej mówiąc, długą, czerwoną różę. 

Uniosła jedną z brwi do góry, równocześnie spoglądając na krwisto czerwone, delikatne płatki, które nieśmiało zaczęły się rozwijać, by już za kilka dni pokazać swoje prawdziwe piękno. Nie znosiła róż. Faceci, młodzi i dorośli zawsze kupują róże, zawsze uważają, że to jest idealny kwiat i każdej kobiecie musi się podobać. Dla niej ten pomysł był oklepany. 

— Wiem, że ich nie znosisz, ale dzieciak nie miał nic innego. Poprawię się następnym razem. — powiedział, zakładając pasmo włosów za jej ucho. — By zawsze przypominała nam o szansie, jaką dziś nam dałaś.

— Tę jestem w stanie znieść, panie Malfoy — opowiedziała, posyłając w jego stronę pierwszy, szeroki uśmiech. Jego małe zwycięstwo tego wieczora. Następnym razem ją rozbawi i usłyszy jej cudowny śmiech, którego przez tak długi czas mu brakowało. 

Draco złapał apaszkę, która wystawała z jej torebki. Patrząc w błyszczące oczy Hermiony, owinął czarny materiał wokół jej szyi, i wyjął spod niego jej długie włosy, po czym zapiął trzy guziki jej płaszcza. 

— Zabiorę cię do domu. 

Hermiona zacisnęła palce na jego przedramieniu, ignorując cichy głosik w głowie, który coraz głośniej mówił jej, że może sama się teleportować. Z nieprzyjemnym uczuciem w podbrzuszu, które zawsze towarzyszyło jej przy tej formie komunikacji, zamknęła oczu, a kiedy je otworzyła, stali przed dużym domem z czerwoną dachówką, w Dolinie Godryka. 

— Zabrałeś mnie do Harry’ego — powiedziała, a w jej głosie pobrzmiewały nutki zdziwienia.

— W tej chwili to on jest twoim domem, Hermiono. 

— Dziękuję, Draco — odpowiedziała. — Dzisiejszy wieczór był miły. 

~~*~~*~~

W końcu, po półgodzinie zastanawiania się, czy powinna bez zapowiedzi wejść o tej porze do pokoju wspólnego, Lily wypowiedziała hasło, które odkryło przejście w ścianie. 

— Na Merlina — szepnęła zaskoczona Gryfonka. To, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania, co dzieje się w Domu Slytherina, gdy większość już śpi. Pół godziny spędzone, by zdecydować się na coś, a wystarczyła sekunda, by żałować tej decyzji. Naprawdę, była gotowa na orgię, nawet na zobaczenie jakiejś pary homoseksualnej, czy zabawę w pana i uległą, co – jak opowiadała jej Lyra - stało się modne w kręgach Ślizgonów. Zamiast tego zobaczyła całkiem normalny widok półnagiego chłopaka zaciskającego palce na gołych pośladkach, wystawały spod bardzo krótkiej spódniczki mundurka dziewczyny, która w tej chwili z zapałem całowała jego szyję. 

Osoby, które nakryła, miały bardzo dobry słuch, przez co zamiast po cichu wymknąć się z powrotem na zimny korytarz, wpatrywała się w ciemne, brązowe oczy, w których widniała mieszanka przerażenia, winy i szoku. Oczy, w których była zauroczona, odkąd poznała ich właściciela, a zakochana od przeszło roku. 

Widząc, jak chłopak próbuje złapać z nią kontakt wzrokowy, Lily obróciła się na pięcie i wybiegła w ciemność. 

— Kurwa — zaklął Corbin, spychając ze swoich kolan szóstoklasistkę, która bardzo chętnie dziś mu się ofiarowała. Spojrzał na jej spuchnięte, czerwone od całowania usta, by ze swoich wypuścić wiązankę przekleństw, równocześnie wybiegając za małą siostrą swojego przyjaciela. Za dziewczynką, która swoją słodkością, usposobieniem i spojrzeniem pełnym energii sprawiła, że się w niej zauroczył, gdy miała jedenaście lat. Za dziewczyną, która z dnia na dzień przestawała dla niego być siostrą kumpla, a zamieniała się w dziewczynę, której mógłby kraść delikatne pocałunki i po prostu dla niej być. 

Corbin dzielnie od dwóch tygodni ignorował jej starania i podchody, tak samo jak Lyra odbijała ataki Scorpiusa po imprezie, których celu dredziarz dalej nie znał, a co zamierzał zmienić w niedalekiej przyszłości. Powoli zaczynał się obawiać, że jego przyjaciółka, co zawsze ma rację, znowu ją miała. Lily zbyt szybko zrozumiała sytuację z Ephorii, gdy ją wylicytował. Idealnie pasowało do tej sytuacji nazwanie go psem ogrodnika. Jednak kto normalny zacząłby umawiać się z oczkiem w głowie Wybrańca? Zwłaszcza gdy nie był nawet jej rówieśnikiem…

Zauważył końcówki rudych włosów znikających za drzwiami do łazienki prefektów. Zwolnił bieg i spokojnie podszedł do lekko uchylonych drzwi, by usłyszeć pociąganie nosem, które bolało mocniej niż kontuzje sportowe. Wziął głębszy wdech i wszedł do środka. 

Stała przed nim, odwrócona plecami w jego stronę, z dłońmi opartymi o umywalkę, ze wzrokiem uparcie wbitym w taflę lustra. Odbijała się w nim jej smutna, załzawiona twarz, zagryziona mocno warga i jasne, brązowe oczy, wpatrujące się prosto w jego własne. 

Poczuł ukłucie winy, które próbował zepchnąć na drugi plan. Zrobił kilka dużych kroków w jej stronę i zatrzymując się za nią, położył dłonie na jej ramionach. Spuściła głowę. 

— Lily, ja…

— Nie chciałam przeszkodzić, tylko porozmawiać z Lyrą, przepraszam — przerwała mu drżącym głosem. Przymknął oczy, próbując oczyścić umysł i modląc się o zapalenie żarówki nad jego głową z pomysłem, co powinien teraz zrobić. 

— Nie przeszkodziłaś — odpowiedział, a Lily prychnęła trochę zezłoszczona, a trochę ze śmiechem.

— Proszę, cię. Gdyby nie ja, już byś ją pieprzył na tej kanapie do nieprzytomności — warknęła, wiedząc, że nie ma do tego prawa.

— Nie przeklinaj — mruknął, odwracając ją w swoją stronę. — Nie powinnaś, jesteś na to zbyt niewinna — dopowiedział, nim zdążył się rozmyślić. Przejechał dłońmi po jej ramionach w dół i splótł ich palce, mocno je ściskając i zmusił się do wypowiedzenia kolejnych słów, które urosły mu w gardle. — Powinnaś… — “zmuś się, pacanie” — powinnaś przestać, nim stanie się coś, czego oboje będziemy żałować. 

— Nie chcę, Corbin! — krzyknęła stanowczo. 

— Tylko ci się wydaje! Zasługujesz na kogoś w swoim wieku, na kogoś, z kim usiądziesz w klasie i kto skończy w tym samym czasie szkołę…

— Chcę ciebie — szepnęła, kładąc głowę na jego nagim ramieniu. 

— Wcale nie, jesteś ładna…

— No, zwłaszcza teraz... — mruknęła, przerywając chłopakowi — rozmazana, z tymi cholernymi piegami…

Ślizgon puścił ciepłe ręce i z zaskoczeniem wpatrywał się w dziewczynę przed nim. Owszem, makijaż spłynął wraz ze słonymi łzami, ukazując piegi, które dodawały jej tylko uroku. Policzki lekko zaróżowione, przy czym prawy został pokryty dużą ilością brązowych kropek. Jedne były większe, drugie mniejsze, kilka sięgało jej drobnego nosa, a inne jeszcze delikatnie oprószały dolną części czoła. Włosy otaczały jej twarz i ukrywały zaszklone od płaczu oczy, które okalał ciemny wachlarz mokrych rzęs.

Lily nigdy nie wydawała się typem nastolatki z kompleksami, zawsze roztaczała wokół siebie otoczkę pewności. Otaczała się wianuszkiem przyjaciółek, była całkiem popularna w Hogwarcie dzięki samej sobie, a w świecie od małego lądowała na pierwszych stronach gazet, jako córka Wybrańca i Wybawiciela. 

Dotknął jej policzka, na którym ostały się resztki mazi, którą dziewczyny nazywają fluidem i westchnął. Może, tak jak wszyscy, nauczyła się maskować. W końcu odkąd dostała kosmetyki w prezencie od matki, ani razu nie widział jej w swojej naturalnej postaci. Nie, żeby jej makijaż można ściągać mugolską szpachelką, jak u niektórych dziewczyn, ale wciąż nie był jej on naprawdę potrzebny. 

Złapał Gryfonkę za podbródek i uniósł jej głowę do góry, zmuszając, by na niego spojrzała. 

— Jesteś piękna, Lily. Słowo ładna nie oddaje tego w ogóle. Masz bystre oczy, w które niejeden chłopak chciałby się wpatrywać bez końca, usta, o których wciąż myśli każdy, kto je pocałował. Twoje piegi... sprawiają, że jesteś wyjątkowa i naprawdę nie powinnaś się ich wstydzić czy zakrywać. Są częścią ciebie i… — Corbin zwilżył usta językiem, zahaczając o dwie srebrne kulki w dolnej wardze, i oparł swoje czoło o jej własne, wciąż nie odrywając swoich oczu od jej. Wziął głębszy wdech, po czym kontynuował: — i naprawdę je lubię, Lily. 

— Nikt w takim razie nie myśli o moim ustach. 

Ciemne oczy rozszerzyły się ze dziwienia, a dłoń głaszcząca ją po policzku zamarła. Rumieniec na jej licu powiększył się, przez co wyglądała jeszcze bardziej uroczo, a Corbin wciąż nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Nigdy nie całowała nikogo, nigdy nie miała swojego pierwszego pocałunku. I w tej chwili Corbin przestał myśleć o Harrym Potterze, różnicy wieku, byciu tym mądrzejszym, odpowiedzialnym, a pozwolił sobie czuć. 

— Pieprzyć to — warknął, złapał twarz Lily w dwie ręce i przybliżył swoje usta do jej. Na początku tylko je złączył, ale czując lekkie muśnięcie, przybliżył się do niej i mocno, ale delikatnie wpił się w wargi dziewczyny. Smakowała tak dobrze, miętą, która ledwo przysłaniała jej własny smak. Poczuł, jak dwie małe dłonie pną się po jego klatce piersiowej, by po chwili palce były wplątane w jego dredy. Wydobył z niej przytłumiony jęk ugryzieniem, który wybudził go z transu. W tym samym czasie drzwi do łazienki zostały otwarte

Spojrzał na jej błyszczące oczy i uśmiechnął się mimo cichego, natrętnego głosiku w głowie. Otworzył usta, by coś powiedzieć, gdy poczuł mocne szarpnięcie za rękę, co zmusiło go do pół obrotu. Ze zdziwieniem spojrzał w twarz Rose Weasley, jedynej osoby, która go szczerze nienawidziła. Do dziś jednak nie wiedział dlaczego. 

— Co. Wy. Tu. Wyprawiacie! — krzyknęła dziewczyna. Wokół jego ramienia owinęły się palce Lily, które mocno go ścisnęły. — Lily, odsuń się od niego i wyjdź! — zagrzmiała, a Corbin przewrócił oczami. Zostawcie dramaturgię dla małej Weasley, nigdy was nie rozczaruje. 

— Nie rób sceny, bo zaraz pół Hogwartu obudzisz — powiedział, osłaniając Lily przed wściekłym spojrzeniem niebieskich oczu jej kuzynki. 

— Lily, na co czekasz?! — krzyknęła ponownie Gryfonka. Kiedy czternastolatka dalej się nie ruszyła, Rose odepchnęła Corbina, złapała Lily za rękę i pociągnęła ją do wyjścia. — Nigdy nie pomyślałabym, że upadniesz tak nisko, by uwodzić czternastolatki! Mało dziewczyn za tobą bieg? Może już ci one nie wystarczają? — wysyczała zatrzymując się, a z ust Lily wydobyło się zaskoczone sapnięcie. Jeszcze nigdy nie widziała tak złej i mówiącej tak nieprzyjemne słowa kuzynki. Spróbowała ją złapać, a kiedy jej się nie udało, spojrzała przepraszająco na Corbina. Po samej jego postawie widziała, że słowa, które dalej wisiały w powietrzu, dotknęły go i to bardzo. Zarysowana szczęka była napięta, oczy zwężone, usta, które dały jej pierwszy pocałunek, zostały zaciśnięte. 

— Rose, przestań, zachowujesz się jak furiatka — warknęła młodsza dziewczyna. 

— Przynajmniej nie zachowuję się jak… — zaczęła Rose, by przerażona przerwać swoją wypowiedź. Kuzynka wpatrywała się w nią zranionymi wzrokiem, a Corbin przesunął się w ich stronę i z zaciętym wyrazem na twarzy stanął między nimi, rozdzielając je. 

— Nigdy, ale to nigdy więcej nie zainsynuujesz takiej rzeczy ponownie, inaczej przysięgam, jak na prawdziwego Ślizgona przystało, sprawię, że ostatni rok, będzie dla ciebie piekłem, rozumiemy się? 

Nie czekając na odpowiedź czy chociażby przytaknięcie, złączył swoją dłoń z o wiele mniejszą Lily i wyprowadził z łazienki, w której Rose stała jeszcze przez długi czas. 

~~*~~*~~

Daleko od Hogwartu, w Dolinie Godryka, Harry Potter siedział ze swoją przyjaciółką w kuchni, przy parujących kubkach z herbatą. Z nikłym uśmiechem na ustach przypatrywał się rozpromienionej twarzy Hermiony, jak energicznie gestykuluje rękoma przy opowiadaniu o swoim wieczorze z Draco i ukradkowo zerka na czerwoną różę w w kuflu od piwa. 

Siedzieli już tak od godziny, a z jej pięknych ust uśmiech jeszcze nie zniknął, co cieszyło go niezmiernie. Nawet, kiedy wspominała o Lyrze, biły od niej spokój i szczęście. 

— Za dwa dni znowu się widzimy — powiedziała, a na jej policzki wkradł się rumieniec, z powodu, którego zaraz sama jęknęła zawstydzona, przykrywając twarz dłońmi. — To jest takie głupie! Zachowuję się jak jakaś nastolatka! 

— Wcale nie — powiedział Harry, łapiąc ją za dłoń. 

— Chociaż teraz chcę cieszyć się tym podekscytowaniem, bo wiem, że tylko znajdę się w swojej sypialni, zacznę wszystko analizować. 

Harry zdawał sobie sprawę, że tak właśnie będzie, dlatego nie przeszkadzało mu, że zegar pokazywał już prawie dwunastą w nocy. Zresztą, co za różnica, skoro Ginny dawno zamknęła się w ich sypialni, dając mu do zrozumienia, że kolejną noc spędzi w gościnnym pokoju. Tak samo jak zdawał sobie sprawę z tego, że Hermionie będzie ciężko dziś zasnąć przez swoje myśli, to tak samo wiedział, że jej dzisiejsza wizyta nie naprawi jego stosunków z żoną. Najgorsze jednak było to, że w ogóle go to nie ruszało, a ostatnią godzinę w towarzystwie Miony uważał za mile spędzoną. 

Wybrańca z zamyślenia wyrwało westchnięcie przyjaciółki. Spojrzał na nią i zauważył jak ziewa w dłoń przyłożoną do ust. Uśmiechnęła się delikatnie do niego, po czym wstała i sięgnęła po różę. 

— Powinnam się zbierać, Merlin wie, że wcale nie powinnam przychodzić. 

— Nie wygłupiaj się. Koniec z tym “powinnam, nie powinnam”. Moje drzwi są zawsze dla ciebie i twoich dzieci otwarte, Hermiona — powiedział, łapiąc ją w niedźwiedzi uścisk. — Możesz na mnie zawsze, ale to zawsze liczyć. 

— Wiem, ale może powinieneś skupić się na Ginny, a tak dolewam tylko oliwy do ognia... 

— Ginny stwarza problemy tam, gdzie ich nie ma. 

Hermiona sięgnęła garść proszku Fiuu z wiaderka, który wyciągnął w jej stronę Harry i rzuciła w kominek. Weszła w zielone płomienie, wyraźnie powiedziała: “Dormitorium Hermiony Granger”, by zniknąć. 


Mężczyzna jeszcze przez chwilę wpatrywał się w pustą przestrzeń, gdzie niedawno stała jego najlepsza przyjaciółka i westchnął. Miała rację mówiąc, że powinien skupić się na swojej żonie, ale z każdym dniem i z każdą kłótnią było to dla niego coraz trudniejsze. Nie rozumiał jej pretensji. No dobrze, mógł zrozumieć jej złość względem Hermiony, chociaż jego zdaniem była ona zwyczajnie głupia. Doskonale wiedział, że nie jest zła o czas jaki z nią spędza, bo mimo, że jego relacje z Hermioną poprawiły się w ostatnim czasie, to widzieli się może z cztery razy. Ona była zła, że darzył inną kobietę jakimś uczuciem, najzwyczajniej w świecie, była zazdrosna o to, że po za nią, miał w swoim życiu kogoś oprócz niej. No naprawdę, nie mógł tego pojąć, bo ani razu, nawet przez sekundę, nigdy nie pomyślał o Hermionie inaczej jak o siostrze, której nigdy nie miał. 

Zresztą, zazdrość Ginny to obszerny i nigdy nie kończący się temat. 

Jest zazdrosna o swoją własną matkę, bo smakuje mu bardziej potrawka z kurczaka wykonana przez Molly, a nie przez nią. 

Jest zazdrosna o własną córkę, bo przy jej temperamencie, często bierze stronę Lily, gdy Ginny robi awanturę, ale tylko wtedy, gdy wie, że kobieta nie ma racji. 

Jest zazdrosna o jego sekretarkę, co jest młodsza od niego o piętnaście lat, bo kiedy jest taka potrzeba, używa Sieci Fiuu nawet w nocy. 

Jest zazdrosna o Fleur, bo wciąż pamięta, jak za gówniarza wraz z Ronem, mówił, że jest piękna. 

Jest zazdrosna o Cho Chang, której nie widział od lat, tylko dlatego, bo była jego pierwszym pocałunkiem. 

Jest zazdrosna o każdą kobietę w jego życiu, nawet te, które już dawno z niego zniknęły. 

Spojrzał na zegarek wiszący nad kominkiem, było już dawno po dwunastej. Podszedł do barku i sięgnął butelkę mugolskiego alkoholu i wyszedł z gabinetu. Schodami skierował się na drugie piętro, gdzie mieściły się pokoje gościnne, wielkie “byłe” królestwo Jamesa i sypialnia Lyry. Kiedy znalazł się w pomieszczeniu, w którym spał od prawie miesiąca, jego oczom ukazała się Ginny. Siedziała w pół mroku, a nikłe światło rzucane przez księżyc i latarnie z zewnątrz domu, podkreślały mokre ścieżki łez na jej bladych policzkach. 

- Ginny? - zapytał, delikatnie zamykając drzwi i powoli ruszył w stronę łóżka. 

- Kiedy mam się jej tutaj spodziewać? - wysyczała, a mu włosy stanęły dęba od chłodu, który od niej bił. 

- Co? 

- Hermionki naszej kochanej. Kiedy się do nas wprowadzi. Ona tak lubi przyciągać uwagę. 

Harry westchnął zrezygnowany. Opuścił dłoń, którą chciał zetrzeć z jej policzka łzy, ale słysząc jej himery**, zrezygnował zezłoszczony. Odstawił mocno butelkę piwa na szafkę nocną, a ona podskoczyła słysząc zderzenie szkła z drewnem. 

- Mam dość, Ginny - powiedział, opierając się równocześnie o ścianę z założonymi rękoma na piersi. 

- Ty masz dość?! - krzyknęła wstając, a jej długa, zwykła koszula nocna, ześlizgnęła się po nogach kobiety po same kostki. - Musiałam siedzieć i wysłuchiwać jak dobrze jej było na randce z Malfoyem, gdzie oboje są jeszcze w związkach małżeńskich. Widzieć, jak robisz do niej maślane oczy i głupkowato uśmiechasz. Na dokładkę, powiedziałeś jej, że twój dom, to jej dom i może się z tymi swoimi bachorami tu wprowadzić. 

- Tak, mam dość! Zachowujesz się jak lunatyk! Wymyślasz sobie co chcesz, a później w to ślepo wierzysz. Twoja zazdrość cię niszczy, nie widzisz tego? 

- Ona nas niszczy, Harry! - krzyknęła, rzucając się na niego. Splotła palce na jego szyi i położyła głowę na jego ramieniu. - Nie patrzysz na mnie już tak, jak kiedyś. Kiedy był ostatni raz, gdy mnie pocałowałeś? - szepnęła całując go po lini szczęki. - Gdy się kochaliśmy? Zanim pojawiła się pieprzona Hermi… 

- To ty nas niszczysz, Ginny! - krzyknął Harry, rzucając trunkiem o ścianę. 

Zamknął oczy, by wyobrazić sobie bramę prowadzącą do domu Malfoyów, po czym się teleportował.


~~*~~*~~

Następny dzień zaczął się dla Lyry dreszczami na nagiej skórze i śpiewem ptaków. Wciąż z zamkniętymi oczami, wygięła plecy w łuk, rozciągając się, a z jej ust wydobyło się zadowolone ziewnięcie osoby, która miała dobrą noc. Uchyliła powieki, próbując przyzwyczaić się do ciemności, jaka panowała w dormitorium. Widząc śpiącego koło siebie Scorpiusa, Lyra ma ochotę zapaść się pod ziemię. Wczoraj przyjście do niego i przespanie z nim wydawało się idealnym wyjściem, dziś, już nie tak bardzo. Przecież to wszystko zmieni. Będzie teraz dziwnie, niezręcznie i nie będzie umiała na niego spojrzeć, by nie widzieć jego szarych tęczówek owładniętych dziką namiętnością, spełnieniem, czy ust, które pieściły jej spragnione ciało - milimetr po milimetrze - wszędzie. Normalnie potrafił sprawić, że się rumieniła, czy to ze złości, czy z zawstydzenia. Jednak teraz… zaczęła rumienić się już, na samą myśl, bez jego bezpośredniej interwencji.

Przeklinając samą siebie za bycie słabą, wychyliła się, by zgarnąć z podłogi coś do ubrania. Złapała jakiś miękki materiał, gdy poczuła silne ramię łapiące ją w pasie, które następnie przesunęło ją po wielkim łóżku w stronę swojego właściciela. 

— Nie możesz poczekać na ludzką godzinę, by panikować, tylko robisz to o piątej nad ranem? 

— Wcale nie… 

— Weasley, ja wręcz słyszę, jak myślisz, więc przestań i idź spać. 

Ślizgonka niezadowolona wydęła usta, ale już się nie ruszyła, co nie znaczyło, że tak jak jej towarzysz odpłynęła w objęcia Morfeusza. Przez kolejne dwie godziny leżała na łyżeczkę, z chłopakiem, z którym do niedawna darła koty. Gdy poruszał palcami, przyjemnie łaskotał skórę jej brzucha, a równomierny oddech, który czuła na szyi był ciepły. Wsłuchiwała się w wolne bicie serca mieszające się z jej szybkim tętnem, które po pewnym czasie zwolniło i dostosowało się do jego. 

Kiedy już się uspokoiła, dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Różdżka na szafce nocnej zadzwoniła, imitując mugolski budzik, a palce na brzuchu rozprostowały się, sunąc opuszkami palców po skórze, sprawiając, że przeszedł ją przyjemny dreszcz. 

Dreszcz, który się powiększył, gdy ciepłe usta zetknęły się z zimną skórą na jej łopatce. Przygryzła zęby, by nie wydobył się z niej cichy protest i przez chwilę pozwoliła sobie rozkoszować się pocałunkami. Dopiero, gdy poczuła wyraźne podniecenie Ślizgona, dziewczyna przekręciła się w jego stronę, mocno przyciskając do piersi kołdrę. 

— Już cię widziałem — skomentował jej zachowanie. 

— Malfoy…

— Skoro widziałem cię nagą, a do tego pocałowałem po zrobieniu mi… — Lyra z rozszerzonymi źrenicami i głośnym “zamknij się” uderzyła go zaciśniętą pięścią w pierś. — Okeeej, nic już nie mówię, ale po pieprzeniu zdecydowanie domagam się, byś mówiła mi po imieniu — dokończył. Podparł się na łokciu i wyciągnął w jej stronę rękę. — Scorpius Malfoy. 

Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w bladą twarz chłopaka, próbując doszukać się jakichś ukrytych motywów, ale nic tam nie znalazła. Dlatego z mocno bijącym sercem włożyła swoją dłoń w jego, zdając sobie sprawę, że wszystko się zmieni po ich wspólnej nocy, ale nie tak, jak myślała. 

— Lyra, już niedługo Granger. — Scorpius wciąż nie zrywając ich kontaktu wzrokowego, nachylił się i pocałował przegub jej ręki. 

Będzie lepiej, bo… 

— Miło mi, dziewczyno za czerwonych drzwi. 

Dzięki jednej nocy… 

— Mi również, silver boy. 

Dostali Nową Szansę.



* wiem, że jest to oczywiste, że niebo ciemnieje, gdy się zbliża noc, ale następuje to O WIELE później niż w Polsce. UK i Irlandia są otoczone oceanem, przez co mrok zapada pomiędzy 22-23, a nie po 21 : ) 

** nie wiem, czy jest to poprawne słowo, ale jestem pewna, że dużo osób je zna. Określa nim się, gdy ktoś zachowuje się jak pięcioletnie, rozwydrzone, krzyczące i rzucające na ziemię dziecko. [ Mój Alan już to robi :<]

Prawie półtora miesiąca minęło, nim udało mi się wstawić tą część. Męczyłam się z nią niemiłosiernie. Najbardziej jestem zadowolona z ostatniego fragmentu ( L i S ), który był napisany jako pierwszy, jako początek nowego rozdziału. Długo nie mogłam się zebrać, by pisać dalej, bo pasował na KOŃCÓWKĘ, a ja nie miałam pomysłu, jak to zrobić.

No nic, mam nadzieje, że Wam się spodoba i już czekam na krytykę odnośnie Lily i Corbina, już widzę zażalenia, że Lily powinna być wściekła, ale to jest ważny moment w ich relacji, który wszystko zmienia. I pamiętajmy, że Lily poszła w Harry'ego i nie ma temperamentu Weasleyów, dzięki czemu umiała nad sobą w miarę zapanować, bo wiedziała, że nie ma żadnych praw do Corbina. Są przyjaciółmi. 

Tekst betowała Katja, dziękuję kochana! tekst zaczynający się i kończący "różowym" znakiem nie był betowany. Mówię, bo nie chciałabym, by ktoś zarzucił Katji, że coś jest źle. 

29 maj 2015

CHAPTER 8


Jest Ósemka. Ostrzegam, mogą być błędy! Dziewczyna, która się zgłosiła na poprawienie błędów, bardziej przejęła się paragrafami ( które i tak znikają po dodaniu do bloggera ) czy ciągle powtarzającym się słowem "dziś/dzisiaj" ( który jest celowym powtórzeniem ) niż błędami ortograficznymi, które poprawiłam tutaj, w bloggerze, gdy mi je podkreślił i interpunkcyjnymi - jednakże, wciąż ciągle coś mogło się schować. Mam nadzieję, że Ania szybko będzie miała luz od szkoły, albo dostanę odpowiedź od jednej dziewczyny ze strony, gdzie można nawiązać współpracę z betami na stałe. Trzymajcie kciuki!

Mamy w końcu scenę Dramionę! i delikatny moim zdaniem fragment +18, który pisałam pół dnia, więc mam nadzieję, że wyszedł dobrze. Dajcie znać co myślicie, czy się podobał, czy nie :)
Czytając ostatni paragraf możecie włączyć Maroon 5 -Animals
Buziaki! : * 


Sometimes all you need is a second chance,
because time wasn't ready for the first one.

Dziś. Dziś padał deszcz. Drzewa uginały się od wichury, która opanowała większą część Anglii. Kable sieciowe zostały zerwane, tysiąc trzysta mieszkań w zachodniej części wyspy, przy Walii, było pozbawione prądu. Promy i samoloty w najbliższych kilku dniach wstrzymano, szkoły zamknięto, a ludzie najchętniej nie wychylaliby czubka nosa poza mury swoich domów z powodu wiatru sięgającego prędkości dwustu kilometrów na godzinę. Jednak jeden mężczyzna uśmiechał się od ucha do ucha, strasząc swoich znajomych i pracowników. Nawet nie chodziło o to, że osoby, które musiały pracować, były posępne przez okropną pogodę, ale o to, że tak szeroko uśmiechnięty Draco Malfoy był… przerażający, nietypowy, jak kompletnie inna osoba. Jednak dziś był ten dzień. Dzień, którego wyczekiwał od tygodnia. Dziś ją zobaczy. Oczy skąpane w najdroższej whisky. Pukle nieokiełznanych włosów, które, na pierwszy rzut oka wydają się w nudnym, brązowym kolorze. Jednak wystarczyło dobre światło, spojrzenie pod odpowiednim kątem, a można było zobaczyć paletę brązów, przez rdzawy, miedź i orzechowy aż po paloną kawę. Dziś znowu usłyszy głos, który wieczorami czytał wiersze, albo mugolskie opowieści, gdy leżeli zakopani w pościeli. Może nawet uda mu się ją rozbawić, a jego uszy popieści jej perlisty śmiech. Dziś. Dziś zrobi pierwszy krok do przodu, może uda się przekonać. Może dziś dostanie nową szansę. Właśnie dziś oni mogą dostać nową szansę, na którą tak cholernie zasługiwali. Dziś, za godzinę. Powinien relaksować się szklaneczką alkoholu, by uśpić stres w całym ciele, ale dziesięć minut temu dostał wezwanie ze szpitala. Właśnie dziś, cholera.

Dlatego Draco stał przed manekinem kobiety i czekał, aż wpuści go do środka wielkiego budynku Munga. Dziś, za godzinę, powtarzał sobie w myślach, pędząc po korytarzach i schodach w stronę skrzydła z odziałem dziecięcym. Wszedł do pomieszczenia, które od półtorej miesiąca było domem małej dziewczynki bez imienia. Z chwilą, gdy jego oczy spoczęły na jej wychudzonym ciałku, zastygniętym w wykrzywiony, nieludzki sposób, z włosami rozrzuconymi w powietrzu, zasłaniającymi buzię. Zbaraniał, a dziś, za godzinę momentalnie wyleciało mu z głowy. Hihihi, słysząc beztroski, wesoły chichot, wybudził się i z rosnącą wściekłością spojrzał w bok. Przy wózku wypchanym lekami, eliksirami i maściami było dwoje młodych ludzi – najprawdopodobniej stażystów. Chłopak stał oparty o chłodną ścianę, a dziewczyna z bladymi, różowymi włosami przesuwała znacząco palcem po kości obojczykowej stażysty, którą było widać spod niedopiętej koszuli. Zaciskając palce jednej dłoni w pięść, policzył do dziesięciu, po czym złapał drzwi od pokoju i z całej siły nimi trzasnął. Para stażystów podskoczyła i zlękniona spojrzała na Dracona.

– P–pan Malfoy! – krzyknęła piskliwie dziewczyna, a na jego twarz wypłynął grymas, którego nawet nie próbował ukryć.

– Zamknij się. Albo nie. Wytłumacz mi, kurwa, proszę, dlaczego dziewczynka jest unieruchomiona?

– Al–ee

– Jeszcze lepiej. Wytłumacz mi, dlaczego jest zaklęta w takiej pozycji! Czy wy jesteście niepoważni?

Dziewczyna wyglądała jakby miała się popłakać i może w innej sytuacji Draco przejąłby się, że doprowadził innego człowieka do takiego stanu, ale nie dziś. Dziś miał być jego dzień, jego wieczór, a głupie dzieci wszystko mu popsuły. Nie odrywając wzroku od dwójki stojącej przy wózku, wyjął z kieszeni płaszcza komórkę, znalazł numer do Archibalda, który był jego dobrym kolegą z czasów, gdy pracował w szpitalu na pełen etat, a także, który był osobą najważniejszą, nie licząc dyrektora w tej placówce. Zajmował się wszystkim, poprzez trudne przypadki medyczne – był prawie tak dobry jak Draco – przez zbieranie sponsorów, urządzanie bankietów, po zarządzanie wszystkimi oddziałami. I… zajmował się stażystami, a przynajmniej powinien.

– Draco?

– Powiedz mi, jakim pieprzonym idiotą trzeba być, by przyjąć jeszcze głupszych stażystów do Munga? – zapytał, a po drugiej stronie nastała cisza. Trzy, dwa, jeden…

– Co?

– Dziewczyna w różowych włosach… – zaczął, ale nie skończył, słysząc świst i ciche przekleństwo. – Jesteśmy w sali Małej. – Rozłączył się i podszedł do łóżka. Widząc ruch kątem oka, odwrócił głowę w kierunku stażystki, która kierowała się na palcach w stronę drzwi. Zaciskając zęby, machnął dłonią, a chude ciało dziewczyny uderzyło zbyt delikatnie według niego w ścianę, zaraz obok chłopaka, który stał nieruchomo z przerażeniem wypisanym na twarzy. Draco zauważył, jak chłopak zaciska ze zdenerwowania dłonie.

Drzwi się otworzyły, ale mężczyzna nawet nie spojrzał na przyjaciela, tylko wrócił do wpatrywania się w dziewczynkę. Widząc ją tak po wykrzywianą, z czołem przyklejonym do metalowej rurki, która miała ją chronić przed wypadnięciem z łóżka, Draco miał ochotę krzyczeć. Nachylił się i z trudem przez przeszkadzające włosy, które unosiły się wokół jej głowy, pewnie od rzucania jej ciała, zasłaniały mu widok, zobaczył zaczerwienie. Tam gdzie skóra stykała się z aluminium.

– Co to, kurwa, jest? – Draco wyprostował się i spojrzał w stronę wejścia. – Draco?

– Zostawiam to tobie. Boję się, że stracę panowanie i moja ciemna strona się ujawni – mruknął, sięgając do ciałka dwuletniej dziewczynki. Złapał ją i delikatnie jak się tylko dało, patrząc, że była sztywna, ułożył ją na boku.

– Widzę, że Rachel jest zajęta, także… Alexander, dlaczego D. jest unieruchomiona? Tylko jakbyś mógł wyjść z szoku, doktor Draco długo nie praktykuje już zaklęć niewybaczalnych. D. nie może być długo w takiej pozycji.

Twarz chłopaka straciła resztkę kolorów jaką miała. Usta zadrżały, a dłonie zaczęły się trząść. Szybko odepchnął się od ściany i wywrócił o kartę pacjenta, która z niewiadomych przyczyn leżała na ziemi. Przeklinając siarczyście, dźwignął się z zimnej podłogi i pokonał dzieląca go odległość do łóżka.

– Dostała napadu śmiechu. Pró–próbowałem odwrócić jej uwagę wodą, zabawkami, opo–powiadałem jej o innych pacjentach, ale ona śmiała się tylko mocniej i mocniej. Nie chciała, wiedziałem, bo miała załzawione oczy. Śmiała się histerycznie, było słychać, aż zwymiotowała. Próbowałem ją przytulać, pielęgniarka Stons mówiła, że czucie drugiej osoby może pomóc. Nie pomogło, dostała padaczki. Kazałem Rachel iść po lekarza, bo eliksiry jakie mogłem jej dać, nie działały, albo nie można było mieszać z innymi… Rachel użyła drętwoty, kiedy w ataku uderzyła czołem o ramę. Na początku na nią nakrzyczałem, ale ona powiedziała, że tak jej mówił doktor, by robić, że to bezpieczne, dla jej dobra. Ja.. przep–praszam.

– Jak długo? – zapytał Draco, czując, jak złość się z niego ulatnia, a wypełnia go tylko zmartwienie. Zaklną, słysząc trzydzieści minut, po czym wszedł w tryb szybkiego, trzeźwego myślenia. – Alexander, na wózku, na dole powinny być leki mugolskie. Znajdź mi zieloną fiolkę i strzykawkę. Archi, ja ją podniosę, ty usiądziesz na łóżku i ci ją dam. Kiedy cofnę zaklęcie, będziesz musiał ją mocno trzymać, na wypadek, gdyby dalej miała atak. Tylko…

– Wiem, ostrożnie. – Draco ponownie uniósł dwulatkę, po czym ułożył ją w ramionach starszego o cztery lata kolegi. Stażysta podszedł do niego i wręczył mu rzeczy, o które prosił. Wbił igłe w fiolkę i napełnił strzykawkę lekarstwem. Psiknął nim lekko w przestrzeń, by pozbyć się powietrza.

– Alex, ściągnij drętwotę.

Z chwilą zniesienia z niej zaklęcia, trójka mężczyzn odetchnęła z ulgą widząc, że atak padaczkowy się skończył, a prawie całe ciało rozluźnia się i naturalnie układa w ramionach lekarza.

– Jej ręka – szepnął chłopak, a Draco westchnął.

Wyglądało mu to na paskudne złamanie. Uniósł różdżkę i rzucił na nią zaklęcie, które stworzyła Lena P*. W powietrzu unosił się magiczne prześwietlenie całego ciała. Ręka była złamana w dwóch miejscach, przed łokciem o czym doskonale wszyscy wiedzieli od samego patrzenia i w nadgarstku. Oprócz tego, prześwietlenie było zaznaczone na czerwono w okolicy przedniej części głowy. Mrużąc oczy, Draco przesunął kciukiem i palcem wskazującym w strony przeciwne, a zostało samo prześwietlenie głowy, do tego powiększone. Spojrzał na zegarek na nadgarstku, wykorzystując pół minuty wyostrzania się obrazu, by spojrzeć na lewy nadgarstek i zdał sobie z czegoś sprawę. Dziś, za godzinę zaraz mijało.

– Alexander, wyjmij z mojej kieszeni telefon. Mam nadzieję, że umiesz się obsługiwać. Znajdź numer do Pottera i każ mu zadzwonić do kogoś, on będzie wiedział kogo. Powiedz, że błagam, tak, błagam o pół godziny. Nagły wypadek – skończył mówić w tym samym czasie jak przesunął prześwietlenie na białą ścianę, gdzie wyraźniej było widać. – Ciśnienie wewnątrz czaszkowe, o tu.. – powiedział do Archibalda wskazując palce. – I obrzęk mózgu tuż obok. Jednak ani on, ani krwiak nie są duże. Myślę, że trzeba podać jej eliksiry, dać kroplówkę i umieścić w śpiączkę farmakologiczną na wypadek kolejnego ataku. Co myślisz?

Draco widział zamyślone oczy przyjaciela, jak wydyma wargę, co jest jego tikiem, gdy o czymś mocno myśli. Jak te same, zamyślone oczy ślizgają się po skanie mózgu małej D. W międzyczasie Alex wrócił do sali i uniósł kciuka w jego stronę. Draco na widok “OK” gestu wypuścił powietrze, nawet nie zdając sobie sprawy do tej pory je wstrzymywał.

– Trzeba ustawić alarm, jeśli obrzęk się ruszy albo krwiak powiększy o milimetr, chcę o tym wiedzieć. – Draco kiwnął głową aprobująco. Machnął różdżką raz, wprowadzając śpiączkę w życie, kolejne dwa machnięcia, a paskudne złamania kości złączyły się z trzaskiem. Mimowolnie się skrzywił, zdawał sobie sprawę jak to boli. Merlin wiedział, że jako szukający za małolata, Pani Poppy składała go nie raz. Wziął ją na ręce, by ułożyć ją z powrotem już samą do łóżka. Nakrył cienką, różową kołderką, która była paczłorkowa, cokolwiek to znaczy, a którą uszyła Astoria. Teraz w każdej wolnej chwili szyła dla D. ciuszki, kocyki, maskotki. Mężczyzna był pewien, że zaraz wymyśli całą linię dziecięcą. Zobaczył niebieską poświatę wchłaniającą się w czoło dziewczynki. Alarm został ustawiony.

– Chcę, by ktoś sprawdzał ją co jakiś czas. To, że śpi, nie znaczy, że ma przez dwa dni leżeć sama. I chcę kroplówkę odżywczą dla niej, Archi.

– Ja z nią posiedzę, panie Malfoy. – Draco spojrzał na dzieciaka i westchnął. Winy, tyle winy w nim było.

– Nie musisz. To nie była twoja wina. Gratulacje należą się pannie Rachel. – Spojrzał na dziewczynę w różowych włosach. – Wszystko, co robiłeś, było podręcznikowe. Oboje wiemy, że więcej nie popełnisz błędu, ślepo komuś ufając. – Draco złapał ramie chłopaka i spojrzał w ciemne, niebieskie oczy. – Już wszystko dobrze.

– Ja chcę. Mogę?

~~*~~*~~

Mały, mugolski, miedziany zegarek, który stał na biurku jej mamy był jedynym źródłem dźwięku w gabinecie. Korzystając z tego, że jej mama miała dziś spotkanie z jakimś starym przyjacielem, Lyra przyprowadziła Scorpiusa do prywatnej biblioteczki nauczycielki eliksirów. W końcu postawiła na swoim i wdrążyli w życie pierwsze spotkanie by omówić projekt i zrobić małe rozeznanie tydzień temu. Dzisiaj było to ich trzecie spotkanie i jak do tej pory, najmniej owocne z jej strony. Sam chłopak, od godziny siedział w fotelu z nogami zarzuconymi na blat biurka i tylko fakt, że jej rodzicielka nie była całkiem fair w stosunku do niego sprawił, że siedziała cicho.

Tik–tok, tik–tok…

Ta cisza, ten wciąż powtarzający się dźwięk zaczynał doprowadzać ją do szału, przez co nie mogła się skupić. Dlatego też od kilku minut przyglądała się Ślizgonowi. Jak zwilża koniuszkiem języka dolną wargę, jak szare oczy z zainteresowaniem śledzą tekst.

– Przestań się na mnie patrzeć i czytaj.

Jego głos przebił się przez trans, w jakim się znalazła. Zamrugała powiekami i spojrzała na otwartą książkę. Przyjrzała się dokładniej literkom i doszła do wniosku, że nic nie zrozumiała z tego, co udało jej się przeczytać. Z frustracją zamknęła książkę i rzuciła na kanapę.

– Nie mogę! – syknęła wstając. Podeszła do małego, okrągłego stoliczka, by nalać sobie odrobiny wody do kryształowej szklanki.

– Przestać się na mnie patrzeć, czy czytać? – zapytał, a ona zastygła ze szklanką przy ustach. Przez chwilę myślała, by skłamać. Od prawie dwóch tygodni czyli od czasu kiedy “zarządziła” popijawę w pokoju wspólnym, Scorpius zaczął ją prowokować. Do tej pory dawała radę go ignorować, ale miała dość. Był prawdziwym Ślizgonem, był Malfoyem i była zmęczona odbijaniem jego ataków. Równie dobrze może mu ulec i zobaczyć jak chce pokierować tą grę.

– Właściwie to… – zaczęła spoglądając na niego. Brwi miał wysoko uniesione, a usta ozdabiał uśmieszek. Lyra zobaczyła jak wkłada zakładkę pomiędzy strony i zamyka książkę, by wygodnie się rozsiąść w fotelu z założonymi ramionami. – … oba.

Zaśmiała się widząc zmieszanie na jego bladej twarzy. Zapewne spodziewał się, że jej odpowiedzią będzie to drugie.

– Nie mogę się skupić – jęknęła, czym wywołała mały śmiech u blondyna. – Jasneee, śmiej się z biednej, marudzącej, niemogącej się skupić dziewczyny.

– Jeśli ci to pomoże, mogę sobie pójść. Wtedy biedna, marudząca, niemogąca się skupić dziewczyna będzie miała spokój.

Dziewczyna usiadła na kanapie po turecku nie spuszczając go z oczu. Parsknęła śmiechem i pośpieszyła z wyjaśnieniami, nim zdążył spytać, co ją rozśmieszyło.

– To jest chyba twoja najdłuższa wypowiedź względem mej osoby. Powinnam ją zapisać w pamiętniku.

– Nie wiedziałem, że ci zależy.

Na chwilę w pomieszczeniu zapanowała cisza, w czasie której nastolatkowie nie wiedzieli co więcej powiedzieć. Więc zamiast mówić, cokolwiek, Lyra przywołała jeszcze jedną szklaneczkę i butelkę z bursztynowym trunkiem. Rozlała go do szkła i poklepała miejsce obok siebie.

~~*~~*~~

Jest. Draco Malfoy właśnie wszedł przez drzwi, na które wpatrywała się odkąd zadzwonił do niej Harry. Tak jak myślała, mężczyzna wyglądał rewelacyjnie. Sportowa, szara marynarka, która idealnie leżała na szerokich ramionach i podkreślała kolor jego oczu. Dzisiaj jednak nie miał lekkiego zarostu jak u Harry’ego i Hermiona nie mogła się zdecydować jak jej się bardziej podoba. Omiótł wielką salę spojrzeniem i ignorując namolną kelnerkę, skierował się w stronę ich stolika na dziś. Zatrzymał się przy jej krześle i sięgnął po dłoń, by ucałować jąna powitanie.

– Khym… Przepraszam za spóźnienie – powiedział niepewnie spoglądając na karty menu wciąż stojące w miejscu, gdzie kelner położy przed nimi talerze. – Zamówiłaś coś?

– Nie. Czekałam byś coś mi doradził… Dawno nie byłam w żadnej restauracji. – Hermiona poczuła się zawstydzona tym wyznaniem, a dowodem na to był lekki rumieniec. Skrzywiła się i złapała lampkę wina. – Więc, co to za nagły wypadek?

– Głupia stażystka, która okazała się być siostrzenicą dyrektora w Mungu. Kazał ją przyjąć mimo słabych wyników w szkole… Po dzisiaj jednak nie ma znaczenia kto jest jej wujkiem.

– Tak źle… – mruknęła kobieta spoglądając na kelnera, który powoli się do nich zbliżał.

– Gorzej, ale nie o pracy chciałem z tobą rozmawiać. – Kelner zatrzymał się przy stoliku i poprosił o zamówienie. Dla siebie wziął mule w sosie pomidorowym, a kiedy dla niej zamówił pierś kurczaka z grilla pamiętając, że była Gryfonka po prostu brzydzi się mięczakami z muszelek, zrobiło jej się ciepło na sercu.

Po upływanie nie całych dwudziestu minut piękne dania w oczach Hermiony wylądowały na talerzach przed nimi. Cudowny aromat grillowanych warzyw unosił się do góry pieszcząc jej nozdrza. Z uśmiechem sięgnęła po widelec i nabiła szparaga. Przez cały czas czuła na sobie spojrzenie szarych oczu, a po plecach przechodził ją przyjemny, podekscytowany dreszcz.

– Nie patrz tak na mnie – powiedziała z lekką naganą w głosie, którą łagodził szeroki uśmiech na jej czerwonych ustach. Draco pokręcił tylko głową i zajął się swoim daniem.

Pomiędzy ich dwójką zapanowała napięta, ale mimo wszystko przyjemna cisza. Zerkali na siebie, posyłali uśmiechy – nieśmiałe, rozbrajające – i zapijali to wszystko wyśmienitym winem. Czas mijał powoli, stoliki wokół nich zwalniały się i zapełniały innymi gośćmi, a im się wcale nie śpieszyło.

– Powinniśmy porozmawiać… – zaczął Draco.

– Harry mi powiedział.

– … o tym co się stało – dokończył dając jej do zrozumienia, że teraz on mówi. Sięgnął do jej dłoni ułożonej na stoliku i nakrył ją swoją. Gładząc ją, rozkoszował się ciepłem skóry, który koił jego nerwy. Wziął głębszy oddech i spojrzał prosto w jej bursztynowe oczy. – Nie będę kłamał, że tamta jesień mnie nie obeszła, że nie zapadła mi w pamięci, że o niej nie myślę, ale… na razie nie chcę o tym myśleć. Chcę byś wiedziała, że nie przestałem cię kochać, Hermiona. I nie przestanę.

– Draco…

– Chcę wiedzieć, muszę wiedzieć, czy mamy szansę. Harry powiedział, że tak, ale jeśli ostatnie lata pokazały nam coś, to to, że nauczyłaś się kłamać i maskować.

Uśmiech na jej pięknych ustach zamarł. Przez chwilę poczuła się zraniona, a widząc jego zmartwienie, poczuła się jak kompletna idiotka. Czym się równa powiedzenie prawdy o niej, do tego co mu zrobiła? Jedno zdanie, do kłamania, do ukrywania przed nim prawdy, do zerwania zaręczyn, odejścia bez wyjaśnień i mienia dziecka zaraz po tym? Do tego wszystkiego Draco jest przekonany, że Lyra jest córką Ronalda.

Dlatego uścisnęła jego dłoń i uniosła ją, by z przysłoniętą włosami twarzą przed jego czujnym spojrzeniem, ucałować.

– Chcę tego, Draco, naprawdę, ale…

– To mi star…

– … ale będzie to długi, powolny i bolesny proces, wiesz o tym, prawda? – zapytała odgarniając loki za uszy. – Sam powiedziałeś, przez lata kłamałam i mam dużo, naprawdę dużo tajemnic, które… potrzebują ujrzeć światła dziennego. Tajemnic, które nie zranią tylko nas.

– Będzie dobrze, Hermiona. Tak długo jak będziemy w tym razem, wszystko naprawimy.

Draco nie był wylewnym facetem, jasne, dzięki niej, a później i Astorii nauczył się akceptować swoje emocje, mówić o uczuciach, ale płakanie wciąż nie było jego broszką. Robił to rzadko, a już na pewno nie w miejscach publicznych. Jednak widząc słodki uśmiech na jej ustach i słone łzy spływające po zaróżowionych policzkach, poczuł jak jego własne oczy się szklą. Nie wiedział, czy to radość, bo dostaną swoją szansę, czy smutek jej wyznania udzielił się też jemu.

Postanowił to zignorować i przesunąć swoje krzesło do jej. Złapał jej twarz, wytarł mokre policzki i złączył ich czoła.

– Naprawimy… – szepnęła, by zaraz lekko się zaśmiać. – Na Merlina, Draco, to ja wszystko zepsułam! Nawet nie wiem, czy będziesz umiał mi to wszystko wybaczyć.

– Cokolwiek zrobiłaś… dzięki temu mam Scorpiusa. Wybaczę ci wszystko.

– Najgorsze jest to, że mogę stracić Lyrę, na zawsze – powiedziała drżącym głosem. Pociągnęła nosem i zatonęła w jego objęciach, wdychając zapach, który kilkanaście lat temu koił jej nerwy, jak za dotknięciem różdżki. Z ulgą przyjęła do siebie fakt, że dalej tak jest. Po upływie kilku minut, wyswobodziła się z bezpiecznego uścisku i ze zdziwieniem rozejrzała dookoła. Byli sami na wielkiej sali. Kelnerzy chodzili cichutko, prawie jakby skradali się na palcach, by im nie przeszkodzić i sprzątali stoliki, które były ustawione daleko od ich.

– Przepraszam. Wygląda, że zepsułam naszą pierwszą randkę.

– Tak naprawdę, pierwszą mamy daleko za sobą – powiedział ze śmiechem targając jej włosy. – To była nasza trzydziesta randka, pani Granger i możesz mi to wynagrodzić kolejną kolacją za… dwa dni? – zapytał z rozbrajającym uśmiechem.

– Ja stawiam!

~~*~~*~~

Scorpius wszedł do prywatnego dormitorium**, które zapewniła mu pozycja Prefekta Naczelnego i rzucił torbę, która po kolejnym spotkaniu z Lyrą, była wypchana notatkami do projektu, koło biurka. Podchodząc do wielkiego łóżka z baldachimem, złapał zielony materiał swetra, by go ściągnąć. Położył go na usłanym łóżku i sięgnął ku krawatowi, gdy przerwało mu…

Głośne, zdecydowane pukanie do drzwi. Scorpius nawet nie zdążył puścić krawatu, który miał zamiar rozplątać, gdy drzwi od jego dormitorium się otworzyły. Obrócił się na pięcie i przez chwilę pozwolił by szare oczy rozszerzyły się, widząc drobną dziewczynę z burzą czarnych pukli. Widząc jak zagryza dolną wargę, tą pełną, malinową wargę, która prosi się o całowanie, nie żeby on chciał, poczuł jak ogarnia go podniecenie. Skrzyżował ręce na piersi i uniósł lewą brew.

– To jest chore, niebezpieczne – powiedziała machając równocześnie różdżką w stronę drzwi i rzucając na nie niewerbalne zaklęcie. – Fascynujesz mnie.

– Fascynuję? – zapytał nie dowierzając. Chciał zrobić krok do przodu, ale Ślizgonka wyciągnęła w jego stronę rękę, dając mu do zrozumienia, że ma zostać tam gdzie jest.

– Yhm… Od pierwszej klasy lubiłam cię obserwować. Jako jedyny tak naprawdę miałeś w głębokim poważaniu moją krew, to nie przez nią zachowywałeś się jak reszta w stosunku do mnie – mówiła zbliżając się małymi, powolnymi krokami w jego stronę, a on nie mógł się ruszyć. Nic powiedzieć. Stał zamrożony, prawie nie mrugając, zahipnotyzowany wpatrywał się w te usta, z których wypływał słodki, ale nie taki do porzygania, ale przyjemny do słuchania, głos. – Jesteś jak zamknięta księga. Możesz znać się ze wszystkimi, ale nikt poza przyjaciółmi cię tak naprawdę nie zna, a nawet oni nie umieją z ciebie czytać. Fascynowało mnie to i zobaczyłam, że twoje oczy są księgą, tylko trzeba nauczyć się je czytać.

Zatrzymała się przed nim z małą przestrzenią pomiędzy nimi. Miał deja vu z dnia imprezy, która imprezą nie była, tylko popijawą. Taka sama odległość dzieliła ich w korytarzu zanim poprosiła go o taniec. Od tamtej pory coś w nim pękło, z czego zdawał sobie sprawę. Całe wakacje jego mur, którym się odgrodził od niej rozsypywał się po cegiełce. Gdy Corbin zaciągał go do mugolskiej części Londynu, do Potterów i była z nimi Lyra z Olim, to szukał jej uśmiechu, chciał słyszeć jej perlisty śmiech, który wywoływał w niej chłopak. Coraz częściej łapał się na tym, że rozmawiał do niej, gdy wokół nie było nikogo. Przyłapał ją na wpatrywaniu się w jego osobę, tylko dlatego, bo on sam zaczął ją w tym roku obserwować. Wiedział, jakie owoce lubi, a jakich nie tknie, jak pije herbatę i mimo zdziwienia w wielkiej sali, pamiętał jak wyglądała jej dwunastoletnia wersja.

Spojrzał ponownie na odległość, która ich dzieliła i posłał w jej stronę uśmieszek. Jego mur opadł dwa tygodnie temu, a jej rozwalał przez ten cały czas, próbując ją złamać. Zagadywał ją, puszczał do niej oczko, robił wszystko by wydobyć z niej jakąś reakcję. I ją dostał.

– Wiesz dlaczego to jest niebezpieczne ? – zapytała łapiąc sweterek od dołu i pociągnęła go do góry, a kiedy był ściągnięty, rzuciła w stronę ziemi. Pokręcił głową. – Przez twoje mylące – warknęła wbijając palec zakończony długim paznokciem w jego pierś, co bolało jak cholera. – ...pieprzone zachowanie – warknęła ponownie dźgając go paznokciem. – … obserwowanie mi już nie starcza. Nie mogę… Ta fascynacja rośnie i nie mogę jej już zaspokoić. Chcę… więcej – zakończyła łapiąc go za krawat i pociągnęła w dół.

Szarość zawirowała z soczystością jej zieleni. Ignorując pytanie w jej oczach, czy jest tego pewien, nachylił się te ostatnie centymetry i złapał malinowe usta w głodnym pocałunku. Palce puściły skrawek materiału owinięty wokół jego szyi i dotykając na niej skóry przesunęły się do góry wzdłuż szczęki, za uszy, by spleść je na karku. Pieścił jej usta z delikatnością, starając się cieszyć tym pocałunkiem, ale ona miała inne plany. Wplatając palce w jasne włosy i wspinając na palcach, wpiła się mocniej w jego usta. Złapał jej dolną wargę pomiędzy zęby, by zatrzymać w sobie pomruk zadowolenia, który wydobył się z jej gardła. Przejechał językiem, by złagodzi ból po ugryzieniu i sprawnie zaczął rozpinać guziki jej koszuli. Przejechał dłońmi z obojczyków pod materiał na jej ramionach i zsunął go na ziemię. Nie przerywając pocałunku, Lyra sięgnęła do paska i odpięła klamrę, która obiła się o ziemię, gdy rzuciła nim koło swojego swetra. Guzik, zamek i Scorpius czuł jak materiał spodni zsuwa się po jego nogach. Czując jej zimne, trzęsące się palce przy gumce od bokserek niechętnie przerwał pocałunek. Jedną dłonią zatrzymał jej ręce, przyciskając je do rozpalonej skóry na podbrzuszu, a drugą złapał ją za podbródek i zmusił by na niego spojrzała.

– Powiedz mi, że nie jest to jeden z twoich głupich wyborów, który później będziesz żałowała.

– Nie będę – odpowiedziała wyrywając buzię z mocnego uścisku.

– Bo jeśli… jeśli tak jest, nie będę twoją marionetką, by skrzywdzić twoją matkę, nie ważne jak wielkim wrzodem na tyłku dla mnie jest, albo zapomnieć o Olim.

– Nie jest!

Jej krzyk był zdenerwowany, odbijający się trzykrotnie od ścian pomieszczenia. Miał w sobie nutkę rozdrażnienia, że kwestionuje jej decyzję, że myśli o niej tak nisko; nutkę zdecydowania, którą wyraźnie widział w jej płonących pożądaniem oczach. Chciała tego. Dla siebie, nie dla zemsty, nie dla słodkiej chwili spokoju od chłopaka, którego kochała. Chciała tej euforii, tego spełniania, pozbyć się palącego pragnienia, tej fascynacji.

To mu wystarczyło. Puścił jej dłonie, tylko po to by złapać ją za tyłek i unieść do góry, by jej nogi mogły opleść go w pasie. Zrobił kilka kroków w bok i posadził ją na blacie biurka, które zawalone było notatkami na ten przeklęty eliksir nad którym powinni pracować. Szczupłe palce zaczęły pracować nad guzikami jego koszuli, a jej usta idąc śladem rozpinanych guzików pieściły skórę, którą powoli odkrywała. Sam nachylił się i pocałował jej szyję, liżąc ją i gryząc. Naznaczając, bo dziś była jego. Delektując się ciepłem i delikatnością jej skóry, przejechał opuszkami spod piersi, pod pachami do zapięcia od stanika. Rozłączył haftki i ukrył twarz w ciemnych włosach rozkoszując się ich słodkim zapachem mieszanki kwiatowej. Pozwolił stanikowi opaść zatapiając w uczuciu, które dawkowała mu dziewczyna po ściągnięciu bokserek.

– Finite – szepnął, a czar na jej włosach i oczach prysł jak bańka mydlana. Wpatrywał się w błyszczące, zdziwione, szare oczy ozdobione długimi, jasnymi rzęsami. – Chcę ciebie, nie Pottera ani Weasley i Merlin wie kto jeszcze. Prawdziwą… – przerwał, by sapnąć, nacisk i tępo jej palców na członku zwiększył się. Przymknął oczy próbując się opanować, by nie rzucić drobnego ciała dziewczyny na łóżko i nie pieprzyć jej do upadłego. Zamiast tego dał jej się zsunąć z biurka na kolana i oparł czoło o gładką, chłodna powierzchnię mebla.


~~*~~*~~


* jest to zaklęcie, o którym czytałam w innym opowiadaniu, Cruel and Beautiful World. W tym opowiadaniu stworzyła je Padma Patil, po przeczytaniu mugolskich, medycznych książek. Ja postanowiłam użyć niepełnego imienia autorki ów opowiadania. W końcu to ona je wymyśliła.

** wiem, w Hogwarcie nie było takich dormitorium, ale dla dobra mojego opowiadania, przyjmijmy, że były : )

1 maj 2015

CHAPTER 7

Sometimes when things are falling apart,
they may actually be falling into place.


Dzisiejszy dzień od samego rana był dla Hermiony wielką porażką. Najpierw spóźniła się na spotkanie grona pedagogicznego, odbywającego się niedługo przed śniadaniem, co, jak każdy zdążył jej od razu obwieścić, nie było w jej stylu. W trakcie posiłku doznała szoku, widząc Lyrę i przez chwilę, dopóki nie zobaczyła, jak jej córka blednie, myślała, iż przez noc poznała ona prawdę, co było po prostu idiotyczne. Nie mogła wiedzieć, nie tutaj, nie w tak krótkim czasie. Dopiero po minięciu szoku mógł przyjść moment na zamartwianie się dzieckiem. To, że zapomniała o swojej codziennej transmutacji mogło jedynie znaczyć, że była wściekła, a przez to automatycznie roztargniona. Nikt nie lubił jej, jak była w takim stanie, a już w szczególności sama Lyra. Jej córka potrafiła walczyć ze sobą, by do tego nie dopuścić, bo kiedy już tak się działo puszczały jej wszystkie tamy, mury opadały i jej słodka córeczka zaczynała robić głupie rzeczy, których potem zawsze żałowała. Przyglądając się jej jasnym lokom, kobieta próbowała uchwycić spojrzenie przerażonych, szarych oczu z niebieską obwódką wokół źrenicy. Oczywiście, Hermiona z tak dużej odległości nie widziała ich koloru, ale przecież znała każdy odcień, każdą nawet najmniejszą plamkę. Wiedziała, gdzie szarość zaczynała mieszać się z błękitem. Od kilkunastu lat kochała te oczy, najpierw u Draco, teraz u niej. Zdusiła chęć pobiegnięcia do stołu Ślizgonów i wzięcia jej w ramiona. Zamiast tego dokończyła swoje śniadanie, a potem opuściła Wielką Salę.

Po posiłku prowadziła lekcję dla Ślizgonów i Krukonów z klasy siódmej. Kiedy miała nadzieję zatrzymać Lyrę po zajęciach i porozmawiać, jej już nie było. Wyglądało na to, że jej pełnoletnia córka postanowiła ją unikać. Dodatkowo, jak gdyby Hermiona miała mało problemów, Lyra najwyraźniej opowiedziała o wszystkim Corbinowi, który — choć od lat dawał do zrozumienia, że jest jego ulubioną nauczycielką i jak dotąd jedyne czego chciał, to jej akceptacja — zmroził ją spojrzeniem, gdy poprosiła go o pozostanie na przerwie. Humoru wcale nie poprawiała jej w kółko przewijająca się w głowie myśl, którą zagnieździł tam chłopak. „Jeśli dobrze pani tego nie rozegra i nie mówię tu o kolejnej piramidzie kłamstw, to może ją pani stracić i więcej już nie odzyskać.”.

To nie był jednak koniec. Dostała list od Harry’ego, w którym napisał, iż po pracy ją odwiedzi, co mogło wyjść i na dobre, i na złe. Na dobre, ponieważ w trakcie ostatniej lekcji z pierwszoklasistami dostała list z datą pierwszej rozprawy sądowej, a przyjaciel z pewnością podniósłby ją na duchu. Na złe, ponieważ nie miała jeszcze  możliwości na niego nakrzyczeć za jego wczorajsze potknięcie, gdy odwiedziła go Lyra. Najgorsze było to, że nie ważne, jak bardzo chciała być na niego wściekła albo krzyczeć, wiedziała, że po prostu nie może. To, co się działo, nie było w końcu jego winą.

Hermiona przeglądała właśnie eseje czwartych klas, gdy usłyszała pukanie. Wzdychając, odłożyła czerwony długopis, którym zawsze poprawiała błędy. Kiedyś używanie piór mogło być dla niej magiczne, ale teraz, gdy poprawiała po parędziesiąt prac i testów dziennie, wolała postawić na wygodę. Mieli w końcu dwudziesty pierwszy wiek, a magiczny świat dalej zamykał się na wiele nowości, czego kobieta zupełnie  nie rozumiała. Zastanawiając się, kogo niesie o dwudziestej wieczorem, wstała od biurka, żeby otworzyć drzwi. Gdy to zrobiła, ujrzała Ślizgonkę, której w ogóle nie kojarzyła, co było bardzo dziwne. Uważała w końcu, że jako dobry opiekun Domu Slytherina powinna znać każdego ucznia.

— Profesor Weasley… Ja… Hym, miałam przekazać, że starsi Ślizgoni organizują w pokoju wspólnym… imprezę.

— Widzę, panno…

— Sullivan, Ann Sullivan, pani profesor.

— Dziękuję, Ann. Powiedz im, by pilnowali muzyki i… ilości alkoholu, który na pewno będzie obecny. — Dziewczyna, wciąż trzymając swoje ręce z tyłu, tylko pokiwała głową i odwróciła się gotowa do odejścia. Hermiona przyglądała się, jak jej spódniczka faluje z każdym krokiem i kiedy uczennica miała już skręcić w następny korytarz, zawołała za nią: — Ann! Czyj to był pomysł?

— Pani córki.

“Tego się obawiałam” — pomyślała kobieta, zamykając za sobą drzwi. Nie zdążyła nawet wrócić do biurka, a co dopiero do pergaminów, gdy kominek ożył zielonymi płomieniami. Doskonale wiedząc kto to, podniosła karafkę z bursztynowym alkoholem i nalała go do dwóch szklaneczek. Dwie sekundy później wpatrywała się w zmartwioną twarz Harry’ego Pottera. Jeśli Hermiona miała być szczera, miała dość widoku, jak mężczyzna cały czas się nią zamartwiał. Nie w żadnym negatywnym odczuciu, po prostu brakowało jej uśmiechu na kochanej twarzy i głośnego śmiechu.

— Nie patrz tak na mnie — powiedziała, wciskając mu szklaneczkę alkoholu w dłoń. Nim zdążyła się odsunąć, poczuła jak jedną ręką oplata jej plecy i przyciąga do siebie w geście przytulenia. Na chwilę zatopiła się w ciepłym uścisku, w lekkim, kawowym zapachu i rytmicznym biciu serca. Po dokładnie dziesięciu tyknięciach zegarka Harry’ego, kobieta wyswobodziła się i podeszła do kanapy. Usiadła na niej z podkulonymi kolanami, oparła o nie brodę i zdmuchnęła z oczu włosy, które przysłoniły jej widok na przyjaciela, jej brata.

— Chciałbym się zobaczyć z Albusem, jeśli mogę — powiedział Harry.

Hermiona przez dłuższy czas nic nie mówiła. Wpatrywała się w rozwichrzone, czarne włosy, cienie pod zielonymi oczami i małe zadrapanie na podbródku, które można było uznać za skaleczenie po goleniu. Jednak ona znała Harry’ego i dobrze wiedziała, że golił się tylko magią, bo po mugolskim sposobie skóra zawsze go swędziała oraz wychodziły czerwone chrostki. Tak inaczej od Draco, który uważał iż magią nie można było dokładnie się ogolić. “Pieścił” skórę na szczęce, szyi, policzkach przez dobre pół godziny, później ochlapywał ją perfumem i smarował balsamem. Tylko wtedy, kiedy się golił, Hermiona potrafiła wyrobić się przed nim. Draco wcale nie spędzał  przed lustrem całych godzin, tak jak mówiły wścibskie i zazdrosne osoby. Zazwyczaj starczało mu pięć minut, dziesięć jeśli brał prysznic, bo nigdy nie układał włosów — wystarczyło, że je przeczesał palcami, bo nigdy nic specjalnie nie wybierał do ubrania —  brał, to, co wpadło mu w ręce —  przecież i tak we wszystkim było mu piekielnie dobrze.

Hermiona szepnęła “Volnera Sanantu”, a zranienie zlepiło się, poczerwieniało, a później po zniknięciu wyblakło.

—  Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł —  w końcu odpowiedziała, gdy Harry pocierał miejsce, które uleczyła. Spojrzał na nią z uniesionymi brwiami, więc kontynuowała. —  Otóż, moja córka, twoja córka chrzestna postanowiła użyć alkoholu, po wczorajszych nowościach, co znaczy, że jest wściekła. Ona nielubi alkoholu…

—  Przez Rona… —  dopowiedział mężczyzna wzdychając. Zrobił kilka kroków i usiadł po drugiej stronie kanapy. —  Wiesz, że piją i im na to pozwalasz? —  zapytał ruszając brwiami, tym razem kilkukrotnie, w celu pokazania jej, jak bardzo go to śmieszy. Ją także, dlatego zaśmiała się kręcąc głową.

—  Daj spokój, już nie mam szesnastu lat —  mruknęła spuszczając nogi po zimnej skórze fotela. Odchyliła głowę do tyłu, wpatrując się w sufit, na którym widniały konstelacje gwiazd. Poczuła na kolanach ciężar, spojrzała w dół i uśmiechnęła się widząc długie nogi Harry’ego. —  Poza tym, tak długo jak mnie informują, nie hałasują, a do alkoholu ma dostęp tylko ostatni rocznik, jestem gotowa przymknąć oko na takie łamanie regulaminu. Chociaż założę się, że twój syn też umoczy usta, co innego Lily, tej odmówią zawsze… Zwłaszcza Corbin —  dopowiedziała, znacząco patrząc na jego twarz.

—  Zwłaszcza Corbin… —  powtórzył niczym echo.

~*~*~*~

Owinęła wokół palca wciąż jasny kosmyk włosów. Zapatrzyła się na niego i na chwilę oderwana od zdjęć w albumie, zastanawiała się jak to możliwe, że jej naturalne włosy wywołały takie zainteresowanie wśród uczniów. Może Harry faktycznie miał rację, mówiąc, że kiedyś wszyscy zapomną jaką była dwunastoletnią dziewczynką. Jeśli tego nie zacznie akceptować, to i ona zapomni prawdziwą siebie. Złapała włosy w dłoń przyglądając się ich słomianemu kolorowi ze złotymi i jaśniejszymi pasemkami. W świetle świec mieniły się różnymi odcieniami, co jak stwierdziła, wyglądało o wiele ładniej niż jej pomalowane zaklęciem włosy na jeden kolor.

Poczuła ostre ząbki Salju na drugiej ręce i spojrzała na smoczka spode łba.

— Co? — zapytała, a on odwrócił pysk w stronę drzwi, w które ktoś, jak na zawołanie, zapukał. Lyra głośno krzyknęła “Już!” wyskakując z łóżka wprost w duże, puchate papcie, po czym pobiegła do drzwi. Uchyliła je i stanęła twarzą w twarz z ostatnią osobą jaką by się spodziewała zobaczyć u progu jej drzwi. O framugę opierał się nonszalancko Scorpius Malfoy

— Cześć, dziewczyno zza czerwonych drzwi — powiedział, a Lyra prawie uchyliła usta ze zdziwienia słysząc jego ton. Powiedział to normalnie, zniknęła cała obojętność i oschłość, którą ona tak często u niego słyszała, jak tylko się do niej zwracał.

— Cześć? — zapytała z wysoko uniesionymi brwiami. Scorpius jednak zignorował jej nieme pytanie i wymijając ją wszedł do jej królestwa. Zawsze chciał je zobaczyć, dowiedzieć się jak wykorzystała uprzywilejowaną przestrzeń, o którą był zazdrosny jako gówniarz. Wtedy tego nie rozumiał, ale teraz wiedział, że ten przywilej był dla niej — czarownicy półkrwi, wtedy jeszcze dziewczynki — ochroną przed mało rozumiejącymi, czysto krwistymi snobami.

— Corbin poprosił o zgarnięcie cię po drodze na zabawę — powiedział w końcu rozglądając się dookoła.

— Chyba na popijawę, bo nic innego to nie będzie.

Jego uwagę przykuł album na zdjęcia, który leżał otwarty na środku łóżka, a raczej to, co na nim siedziało. Przybliżył się i zapatrzył na małego smoczka, który wydawał mu się dziwnie znajomy. Z rozmyślań wyrwał go głos dziewczyny, który brzmiał jakby był z oddali. Zamrugał powiekami, a na albumie nie było już stworzenia, jakby rozpłynął się w powietrzu. Zamiast tego, z nieruchomego zdjęcia, Olivier wysyłał mu buziaka, przez co nastolatek parsknął śmiechem i pokręcił głową. Scorpius sam nie znał chłopaka na tyle dobrze, by nazwać go dobrym przyjacielem, co najwyżej dobrym kumplem, bo zawsze zajebiście razem się bawili i Corbin wtajemniczył Scorpiusa w przyczynę rozstania się zakochanej pary. Oderwał wzrok od pełnych życia oczu i spojrzał na dziewczynę stojącą obok niego z nikłym uśmiechem na ustach.

Po wyładowaniu się na miotle, co doradził jej Albus, Lyra trzymała się całkiem nieźle. Nie płakała, ale jej szmaragdowe oczy szkliły się z niebywałą łatwością. Włosy nie przypominały szopy, ale wciąż było im daleko do ich normalnej, wystylizowanej perfekcji. Brzydkie, powyciągane dresy na szczęście zastąpiły zwykłe leginsy i sweter oversize, w których jej filigranowa sylwetka po prostu tonęła. Usta wciąż nosiły oznaki pogryzienia, a dłonie trzęsły się na każdą wzmiankę Oliego, o związkach czy o miłości.

Jednak to, co najbardziej przykuło jego uwagę to wielkie, puchate, różowe papcie, które miały imitować włochate stopy jakiegoś zwierza z wielkimi, czarnymi pazurami. Przyglądając się temu mugolskiemu wynalazkowi Scorpius przewrócił oczami, bo w jego głowie pojawiła się  myśl, że Lyra wyglądała, w sumie, całkiem słodko w takim stanie. “Idiota” pomyślał idąc z powrotem do wejścia.

— Przebierz się, a ja poczekam na zewnątrz. — Odwrócił się słysząc prychnięcie za plecami. Stała kilka kroków za nim, z rękoma założonymi na piersiach z wyzywającym wyrazem twarzy.

— A kto mówi, że się przebieram?

— Nawet tych… kaapci?

— Szczególnie ich. To popijawa, a nie rewia mody na dyskotece, na której chcę kogoś poderwać. Ma być milusio, wygodnie, może płaczliwie, może śmiesznie — odrzekła, a on te wyjaśnienia przyjął. Otworzył czerwone drzwi, przez które ją przepuścił, wciąż spoglądając na różowe, puchate łapy.

Zeszli razem po schodach, ona z przodu, Scorpius za nią. Oboje doskonale czuli pełno spojrzeń na sobie.

— Ohh, kolejna sensacja. Pomyślałbyś, że nic w tej szkole nie dzieje się już beze mnie. — Lyra mruknęła do Scorpiusa, czym go rozbawiła.

Nie zwracając uwagi na kilka grupek uczniów, które utworzyły się z rocznika dwutysięcznego, a które podłączyły się do pomysłu imprezy, a raczej zwykłej popijawy w towarzystwie przyjaciół, dziewczyna skierowała się w stronę kanap, o których przyjęło się, że należały do ich paczki. Stół pomiędzy siedzeniami wypełniony był kanapeczkami na wykałaczkach, słodyczami, pizzą i różnorodnym alkoholem. Z uśmiechem na ustach nalała sobie ponad pół szklanki Jacka Dannielsa, a resztę wypełniła Pepsi i klapnęła na kolanach Corbina, bo nigdzie nie było już wolnego miejsca. Oparła głowę o jego ramię i rozejrzała się po roześmianych twarzach przyjaciół. Robyn siedziała z otwartą książką, a na zgiętym kolanie trzymała długą szklankę z drinkiem. Obok niej był Albus, który cały czas rozpraszał ją i odciągał jej uwagę od zapisanych kartek. Na ziemi siedziała Lily w ładnej, przewiewnej sukience, opierająca się o nogi jej brata, a Lyry kuzyna. Spod długich rzęs spoglądała na Corbina, delikatnie przygryzając dolną, pełną wargę. Gdy tylko chłopak ją przyłapywał, zawstydzona odwracała głowę i udawała, że jest wsłuchana w rozmowę Scorpiusa i Albusa. Corbin jeszcze przez kilka sekund napawał swoje oczy widokiem zarumienionych policzków, białych zębów na różowych ustach i rudych pasm włosów muskających blade, piegowate ramiona, po czym i on wracał do swojego rozmówcy. Zabawa w kotka i myszkę przez tę dwójkę doprowadzała Lyrę do szaleństwa. Było to takie niesprawiedliwe! Ślizgonka nie mogła być z Olivierem, bo był chory. Oni nie mogli być razem, bo mieli między sobą zbyt dużą przestrzeń. Lyra bardzo by chciała złapać przyjaciela za twarz, spojrzeć w czekoladowe oczy i z czystym sumieniem powiedzieć, by przestał myśleć, by posłuchał głosu serca i bez zamartwiania sięgnął po to, czego pragnie. A raczej nie czego, tylko kogo. Zamiast tego, po kolejnej wymianie spojrzeń, złapała mocno jego dłoń oraz splotła ich palce razem. Dredziarz spojrzał na nią i odwzajemnił uścisk. Uśmiechnął się przebiegle, przeprosił Notta, zabrał jej drinka i za biodra podniósł ze swoich kolan. Nim się spostrzegła co się dzieje, światła przygasły w Pokoju Wspólnym, a ściany wypełniła całkiem szybka muzyka. W teatralnym geście ukłonił się przed nią, ściągając tym samym czapkę z głowy. Rzucił ją na kanapę łapiąc ją za rękę, poczym pociągnął w swoją stronę.

— Co ty robisz, kretynie! — krzyknęła śmiejąc się.

— Zapominam, taki był plan!

~*~*~*~

Od godziny siedzieli już w jej łóżku, oparci o zagłówek. Z różdżki zrobiła projektor, który wyświetlał mugolski, sensacyjny klasyk: „Człowieka w Ogniu”. Pomiędzy nimi leżała wielka micha z chipsami paprykowymi i popcornem. Zaraz po przybyciu Harry’ego, Hermiona pokazała mu list, który tamtego dnia otrzymała. Dał jej się wypłakać, wyżalić, wykrzyczeć, ponarzekać. Dał się skrzyczeć, wysłuchał pretensji, przyjął przeprosiny i tuląc jej drobne ciało, nucił ulubioną kołysankę Lyry. Kiedy atmosfera się oczyściła, Hermiona uspokoiła się, a Harry powiększył magią torbę, w której miał smakołyki na ich seans. Udali się do jej sypialni.

Hermiona doskonale wiedziała, że Harry bardzo chciał jej coś powiedzieć, ale jeszcze nie wiedział jak. Widziała wielokrotnie, jak otwierał usta, by zaraz je zamknąć, jak spoglądał na nią, jakby ją analizował. Kobieta postanowiła zaczekać do końca filmu, nim cokolwiek na ten temat wspomni. Kiedy tylko pojawiły się białe napisy na czarnym tle, a uszy wypełniła muzyka, Hermiona odwróciła się zdecydowanym ruchem do przyjaciela.

— Kawa na ławę, Harry.

Widziała jego zaskoczenie, które trwało dosłownie sekundę. Widziała ulgę, że nie musiał sam zaczynać tematu. Widziała niepewność, która była spowodowana nieprzewidywalnością jej reakcji. Widziała jednak też podekscytowanie i dla tej emocji, nie ważne, jak bardzo chciała, za cholerę nie mogła znaleźć przyczyny. Takie rozmowy nigdy nie były dla niego proste, ale jej ciepłe oczy w kolorze najlepszego trunku, którymi wpatrywała się w niego z zachęcającym uśmiechem, zrobiły swoje. Złapał ją za rękę i zaczął wodzić opuszkami palców po jej delikatnej skórze.

— Możesz mi najpierw coś obiecać? Zaufaj mi —  powiedział Harry, widząc, jak kołowrotki w jej głowie nagrzewają jej się do czerwoności od myślenia. Hermiona delikatnie, niepewnie kiwnęła głową, po czym  mężczyzna postanowił kontynuować. — Obiecaj mi, że weźmiesz życie za rogi. Obiecaj mi, że nie popełnisz tego samego błędu sprzed prawie dwudziestu lat. Obiecaj mi, że jeśli będzie to możliwe, dasz sobie szanse. Sobie i Draco.

— Ja-a…

— Obiecaj.

Hermiona dziwiła się sile jego głosu i z jaką pewnością do niej mówił. Dzięki temu zobaczyła, jak bardzo mu na tym zależy. Tylko dlaczego? Tyle pytań. Hermiona wiedziała, że wystarczyło obiecać, a dowiedziałaby się wszystkiego. Niestety, w głowie słyszała cichy, złośliwy głosik, który łudząco przypominał głos jeszcze jej męża. Mówił, że nie może ufać. Mówił, że wszyscy kłamią. Mówił, że nie tylko Ron był zły, że wszyscy faceci to świnie. I w głębi serca kobieta wiedziała, że to tylko jej podświadomość płata figle. Przecież Harry nigdy nie zrobił jej nic złego, nigdy nie skrzywdził, a przynajmniej nie umyślnie.

— Masz moje słowo, Harry.

— Draco i Astoria postanowili się rozwieść.

Drobną dłonią przykryła usta, a jej brązowe oczy rozszerzyły się. Hermionie zdawało się, że trudniej jest jej oddychać, a serce zabiło mocniej. Zacisnęła palce na pościeli, kręcąc głową, przy czym gumka na jej włosach rozluźniła się. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, co dalej odbijało się echem w jej umyśle.

— Dlacze-czego? — zapytała sama siebie, a Harry z bezradnością przyglądał się jej zmaganiom zrozumienia tak prostej, a jednak trudnej informacji.

— Hermiono...

— O Boże! — wymamrotała, przerywając mu i zrywając się z łóżka, by rozładować zdenerwowanie, które powoli ją ogarniało. Odwróciła się plecami do Harry’ego, by nie widzieć w jego oczach tego, co coraz częściej tam dostrzegała. Wina. Przerażenie. Smutek. Niedowierzanie. Oplotła się ramionami w pasie i kontynuowała: — Nie może. Czemu mu na to pozwoliłeś! Przecież… Astoria… Na Merlina, Scorpius mnie znienawidzi! Urządzi piekło Lyrze, nie pomoże jej dormitorium, nie pomoże jej popularność, nie pomogę jej ja, czy nawet fakt, że jej ojcem chrzestnym jest pieprzony Harry Potter! A dopiero co zaczęli robić postępy w swoich relacjach.

Hermiona dalej mówiła bez ładu i składu, co Harry’ego trochę przerażało. Przerażało go to, co Ron z nią zrobił. Jego przyjaciółka, jego siostra nie była już tą samą niezależną, silną kobietą. Nie mógł dłużej na to patrzeć, dlatego wstał i podszedł do Hermiony.  Zatrzymał ją w miejscu poprzez przytrzymanie jej rąk, którymi dotychczas gestykulowała jak opętana bezustannie. Zjechał dłońmi wzdłuż ramienia po łokieć do jej nadgarstka. Splótł ich palce razem, jakby tworzył podwójny sznur, którym oplótł jej wątłą talię i przyciągnął do siebie. Hermiona poczuła się jak w bańce mydlanej, będąc w objęciach Harry’ego. Spokój, czuła spokój od przyjaciela. Czuła go tak bardzo, jakby się w nim kąpała, a wręcz topiła. Rozluźniła mięśnie, zwolniła tempo myśli, by po chwili wyłączyć je całkowicie. Pozwoliła sobie na upajanie się spokojem, którym obdarowywał ją Harry. Pozwoliła sobie odetchnąć, by oczyścić głowę i na spokojnie przemyśleć, co właśnie usłyszała. Minęły dwie minuty, może trochę więcej, kiedy głos mężczyzny ponownie rozniósł się po sypialni.

— To był pomysł Astorii. Nigdy ci nie mówiłem, bo Draco zawsze był tematem tabu w naszych rozmowach, ale oni nie pobrali się z miłości. Zawsze kochał ciebie, jednak kiedy Stori przyszła do niego poszarpana, zapłakana po tym jak jej rodzice oznajmili, że chcą zaaranżować jej małżeństwo… Poślubił ją dla jej dobra, nie myśląc o sobie. Scorpius o tym wie. Rozumie.

— Zrobił to? — zapytała cicho, a jej głos lekko zadrżał. W czarnym, długim tunelu, zobaczyła lekko tlącą się iskierkę nadziei, której miała zamiar się trzymać.

— Przyszedł do mnie tamtej nocy, żeby spytać, co sądzę o jego pomyśle, ale było to kompletną stratą czasu. Jego twarz... jego oczy i widoczna w nich zawziętość mówiły same za siebie, już wtedy zadecydował. Gdybym  wtedy nie uważał jeszcze, że jest dobrym facetem, a tym bardziej moim przyjacielem, to zmieniłbym zdanie od razu i to w stu procentach. Zła osoba nie robi tak bezinteresownych rzeczy.

— Zawsze mówiłam, że jest dobry.

~*~*~*~

— Odbijany! — Lyra odwróciła głowę, by spojrzeć w ciemne, brązowe oczy kuzynki, które wyglądały jakoś inaczej. Jednak widząc, że wlepiają się one z upartością w jej przyjaciela, Lyra zabrała swoje dłonie z szyi chłopaka, pocałowała go w policzek, mówiąc cicho “Dziękuję”. Uśmiechnęła się do Lily, po czym skierowała się w stronę kanap. Widząc wolne miejsce skoczyła na nie z rozbiegu i usiadła po turecku. Złapała kawałek pizzy, który zapewne wyprosił Albus u skrzatów. „Gdyby tylko mama wiedziała…” z tą myślą w głowie, dziewczyna sięgnęła po butelkę z resztką Ognistej Whisky i przyłożyła ją do ust. Skupiając się na palącym alkoholu w gardle, starała się wyłączyć głosy i wołania jej imienia. Chwila zapomnienia jaką dał jej Corbin prysnęła, jak mieniąca się kolorami bańka mydlana przez głupie skrzaty, które doprowadziły ją do głupiego W.E.S.Z, a to do głupiej mamy i głupich tajemnic. Nagle poczuła jak szkło butelki odrywa się od jej warg, a kilka bursztynowych kropel pociekło po brodzie, wzdłuż szyi. Z wyrzutem spojrzała na osobę stojącą nad nią. Scorpius Malfoy.

— Chodź. Wyprowadzimy na spacer twoje potwory — powiedział, a Lyra spojrzała na swoje stopy.

Zaciekawiona, ale też czując niewielką obawę, wstała i ruszyła za chłopakiem. Kamienna ściana przesunęła się ukazując korytarz lochów oświetlony świecami. Wyszli z Pokoju Wspólnego. W akompaniamencie szurnięć jej papci oraz głuchego odgłosu kroków Scorpiusa, szli w stronę wyjścia z lochów. Kiedy stanęli przy schodach prowadzących ku górze, chłopak usiadł na jednym ze stopni. Lyra, jak zawsze gdy była sama w jego obecności, nie bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić, dlatego też przeskakiwała z stopy na stopę, niepewnie spoglądając na wolne miejsce obok, a następnie na jego twarz. Miała wrażenie, jakby przyglądał się jej z pewnym wyzywającym wyrazem twarzy. Widząc kiełkujący uśmiech w kącikach ust Ślizgona, dziewczyna prychnęła, a okalające jej twarz kosmyki włosów zatańczyły w powietrzu. Scorpius szybko wstał. Dzieliła ich tak mała odległość, że dziewczyna musiała lekko przechylać głowę do góry, by dokładnie widzieć jego oczy.  Lubiła na nie patrzeć. Jeśli się wiedziało jak szukać, można było w nich zobaczyć uczucia. Można było z nich czytać, można było się tego nauczyć. Ona, tak jak jej mama, lubiła się uczyć. Zmrużyła powieki, gdy wyciągnął dłoń w jej stronę i założył jej włosy za uszy.

— Często to robisz — powiedział, przerywając ciszę.

— Robię, co?

— Wpatrujesz się, obserwujesz mnie. Dlaczego? — zapytał, a w jego głosie brzmiała czysta ciekawość.

— Dlatego mnie tu zabrałeś?

— Nie. Może się nie przyjaźnimy, ale cię znam. Nie lubisz być pijana i wiem co robisz, gdy już jesteś. Nie potrzebujemy tego.

Zdecydowanie tego nie potrzebowali, ale ona potrzebowała takiej nocy. Potrzebowała poczuć na języku i w gardle palącą whisky, która smakiem mieszała się z jej emocjami. Gorzka gorycz, która oddawała jej uczucia względem mamy, została leciutko złagodzona przez kwaśność do Harry’ego i słodkość, jaką czuła od przyjaciół. Wsparcie — psychiczne i fizyczne. Tolerancja — ostatnimi dniami była prawdziwą zołzą. Zrozumienie — zawsze mogła na nich liczyć. Byli niczym plaster miodu na powierzchowne pęknięcie jej serca, które otrzymała od swojej rodzicielki — najważniejszej osoby w jej życiu. Potrzebowała widoku uśmiechniętych twarzy jej Ślizgońskiej paczki, usłyszeć przekomarzanie jej kuzynostwa. Potrzebowała ciepła, które jej dali i zapomnienia, które dostarczył krótki taniec z Corbinem. Potrzebowała prawdy, szczerości.

— Zatańczmy — powiedziała spuszczając na chwilę głowę.

Nie widziała, ale była przekonana, że jasne brwi Ślizgona powędrowały ku górze. Podniosła głowę, by sprawdzić czy miała rację. Miała. Zagryzła wargę wpatrując się w wyciągniętą, męską dłoń. Lewą, tą, na której miał rodzinny sygnet, który dostał od dziadka na szesnaste urodziny. Z tego co Lyra wiedziała, pierścień powinien mieć jego tata, by móc go przekazać Scorpiusowi na siedemnaste urodziny. Tak naprawdę nie wiedziała dlaczego tak się nie stało, ale doszły do niej plotki, że Draco Malfoy oddał rodzinną pamiątkę swojemu ojcu jeszcze przed wojną, gdy przestał wierzyć w poglądy, które jego rodzina przekazywała z pokolenia na pokolenie.

Złączyła ich dłonie i poczuła jak oplata ją w pasie ramieniem. Przyciągnął ją delikatnie do siebie, jednak wciąż zachowując pewną odległość między nimi, za co Lyra była mu wdzięczna. Sama myśl spaceru, tańczenia, a tym bardziej dotykania Scorpiusa Malfoya wydawała się jej odległa, niemożliwa. Krok do przodu, krok do tyłu i w bok. Ostatni raz bez muzyki tańczyła z Olivierem, późnym wieczorem na placu zabaw, kilka lat temu. Oba tańce, obie te sytuacje tak różniły się od siebie! Nagle zatrzymał się i Scorpius uniósł ich dłonie, by obrócić ją kilka razy wokół jej własnej osi, czym doprowadził ją do parsknięcia śmiechem przez nos.

— Przepraszam! — krzyknęła zawstydzona. Jednak słysząc szczery, dźwięczny śmiech chłopaka zabrała rękę z buzi i ze zdziwieniem na niego spojrzała. Wyprostował się i z małym uśmiechem wskazał ręką by wracali do Pokoju Wspólnego. Przez kolejne dziesięć minut powolnego spaceru omawiali projekt na eliksiry, a chłopak poinformował ją także o dacie rekrutacji nowych zawodników do drużyny Quidditcha. Gdy ich kroki umilkły i stanęli przed ścianą, która zaraz miała się dla nich otworzyć, Lyra zatrzymała łapiąc go za rękaw.

— Możesz… pożegnać wszystkich? I przypilnować, by Corbin odprowadził Lily? Myślę, że jej pepsi nie była czysta. — Odpowiedział jej kiwnięciem głowy. Kiedy przez dłuższy czas nic się nie odzywała, wymownie spojrzał na jej palce wciąż zaciśnięte wokół materiału bluzki. Wzięła głębszy oddech i patrząc w szare oczy z niebieską obwódką, powiedziała:

— I dziękuję za wcześniej. Bardzo.
 
~*~*~*~

Kobieta patrzyła, jak przyjaciel niknie w zielonym ogniu, poczym spojrzała na zegarek. Było po dziesiątej, więc wiedziała, że podjęła dobrą decyzje “wyrzucając” Harry’ego do domu. Minęło kilkanaście ładnych dni, a Ginny dalej stosowała taktykę „cichych dni” na Harrym za zakończenie bankietu, który Hermiona zepsuła pojawiając się w połowie. Z tego powodu była Gryfonka nie chciała być w skórze Wybrańca, spodziewając się wielkiego wybuchu żalu i złości w momencie, kiedy Ginny w końcu zaczęłaby z nim rozmawiać.. Nie chciała także, by zatruwała mu głowę tym, że się o nią troszczy. On miał prawo odwiedzać Hermionę, a ona miała prawo być pod jego opieką. Byli przyjaciółmi dłużej niż Ginny żoną Harry’ego. Przez bardzo długi czas była tylko małą siostrą najlepszego przyjaciela. Zakochaną, małą siostrą przyjaciela. Szczerze powiedziawszy, zanim Hermiona poznała rudowłosą dziewczynę, myślała, że miłość Ginny do Harry’ego jest chora, bo kochała go wcześniej niż poznała. Później zaczęła się do tej pogodnej, pełnej życia Gryfonki ocieplać i lubiła spędzać z nią czas. Uważała nawet, że były przyjaciółkami. Nawet nie wiedziała tak naprawdę dlaczego, ale Ginny zaczęła czuć silną zazdrość do niej o Harry’ego. Pierwsze jej objawy zobaczyła po wojnie w ósmej klasie. Harry z Ronem nie wrócili do Hogwartu, więc zostały same. Przez pierwsze tygodnie Ruda nie dawała jej spokoju o to, co robili w dwójkę w lesie gdy Ron ich porzucił. Z jakiejś przyczyny nie przyjmowała do siebie, że Harry albo był zajęty ratowaniem świata, albo pocieszaniem jej. Nie spodobał się jej zwłaszcza taniec w namiocie, bo Harry nigdy tak z Ginny nie tańczył. Później po porwaniu i zamieszkaniu z mężczyzną było jeszcze gorzej. Dziewczyna robiła się aż zielona z zazdrości i wcale to nie pasowało do jej cudownych, rudych włosów. Co się działo potem, Hermiona do końca nie wiedziała, przez jej małżeństwo przegapiła wiele spraw i rzeczy, ale wiedziała jedno: z narodzinami Lily, Ginny stała się nie do wytrzymania. Denerwowało ją, że mała dziewczynka dostawała więcej uwagi od niej, że to Lily dostała nową zabawkę, że to nowych placów zabaw szukał i bardziej przejmował się planowanie urodzin. Nie ona, nie nowe kolczyki dla niej, nie romantyczną kolacją dla dwoje...

Puk, puk, puk.

Kobieta spojrzała na drzwi i słysząc ponowne pukanie, rzuciła się w ich stronę o mało nie wywracając na dywanie. Sapnęła machając rękoma by utrzymać równowagę, a kiedy stanęła pewnie na nogach, pociągnęła za klamkę. Przed jej głową unosiła się wielka sowa o niezwykłe barwnych i wzorzystych piórach. Emanowała od niej elegancja i pewność siebie, tak samo jak od jej właściciela, Dracona Malfoya. Z zagryzioną wargą sięgnęła po list i wskazała sowie stojak dla ptaków, który Hermiona tam postawiła, by sowy, które przynoszą jej listy (zazwyczaj od rodziców uczniów) mogły odpocząć, zjeść, napić się i poczekać na odpowiedź. Napełniła dwie miseczki, jedną z wodą, drugą z jedzeniem. Położyła obok stojaka i ciężko opadła na fotel. Dzisiejszy dzień był trudny i mimo krótkiej chwili zapomnienia z Harrym w czasie seansu, Hermiona czuła się wykończona, nie fizycznie, ale psychicznie. Dlatego z niepewnością i strachem rozrywała pieczęć na liście od mężczyzny, by po chwili wyciągnąć mały skrawek pergaminu z krótkim zdaniem:

“Ostatni dzień miesiąca o 19 w The Ledbury”

~*~*~*~
Juhuuu, w końcu udało się mi dodać Siódemkę! Gorące podziękowania dla Ani, która może będzie moją betą na stałe <3 3 3 i Patrycji, które męczyły się moimi wypocinami. Mój urodzinowy prezent dla Was — tak, wiem, spóźniony o jakiś dzień. Przepraszam. Nie wiem jak Wy, ale jestem z niej zadowolona, a Wy kochani? Napiszcie. Podoba mi się przyjaźń dwójki Gryfonów ze świętej trójcy - proszę, niech nikt nie mówi, że nie zachowują się jak przyjaciel, ale coś więcej. Zdaje się, że mam wypaczone pojęcie przyjaźni troszkę :< No, ale cóż poradzić, żyło się na Polskim Manhattanie! Tsaa. Dziś było więcej Hermiony niż zwykle, powoli będę wprowadzać Dramione aż " Nareszcie !" chciało by się powiedzieć. Wy pewnie na to czekacie, a ja się cholernię tego boję! Czeka mnie taka ciężka rozmowa z nimi do przeprowadzenia! No nic, kończę moje ględzenie i czekam na Wasze komentarze <oczykotawbutach>. Całuski! xoxox.