Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miniaturka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miniaturka. Pokaż wszystkie posty

8 cze 2018

Osiem nóg, trzy serca, jedna rodzina [T][M]




Osiem nóg, trzy serca, jedna rodzina [T][M]




Tytuł: Eight legs, Three hearts, One family
Autor: LightofEvolution Autor tłumaczenia: Vixen
Beta: Agatte/Rzan <3
Zgoda: Jest
Fandom: Harry Potter
Para: Dramionarry
Gatunek: Humor/Romance
Rating: M
Status: Zakończone
Opis: Krótki i słodki one shot — Dramionarry — o przynajmniej ośmiu nogach i Wybrańcu, który ratuje noc!




Hermiona dopiero co znalazła idealną pozycję do zaśnięcia, gdy otworzyły się drzwi do sypialni. Usłyszała tupot małych stóp na ciemnej drewnianej podłodze i… 

— W moim pokoju coś jest. Coś obrzydliwego. 

Kobieta uniosła głowę z poduszki i spojrzała na dziecko. Po pomieszczeniu rozniósł się cichy głos drobnego chłopca o jasnych włosach, a dłońmi miał on materiał swojej quidditchowej koszulki od piżamki. 

— W porządku, Scorp — uspokoiła syna. — Ile ma nóg? 

Sześciolatek wyszczerzył zęby w uśmiechu, bardzo przypominając przy tym swojego ojca, i wybiegł z powrotem do pokoju. 

— Osiem! — wykrzyknął z dwadzieścia sekund później. 

— Osiem oznacza, że to pająk — odkrzyknęła, ignorując jęk obok niej. Szturchnęła na wpół śpiącego mężczyznę i dodała: — Więc, Harry, twoja kolej. 

Brunet westchnął, ale wygrzebał się z pościeli, uprzednio całując Hermionę w policzek. 

— Idę! 

Po drugiej stronie Hermiony inny mężczyzna zaśmiał się i otworzył jedno zaspane oko, by popatrzeć na tyłek wychodzącego Harry’ego. 

Mieli prostą zasadę, kiedy chodziło o „coś” w pokoju Scorpiusa — do ośmiu nóg — zajmował się tym Draco; osiem nóg — Harry, ponieważ miał najwięcej doświadczenia z pająkami, a przynajmniej tak twierdził Scorp po wysłuchaniu (dziecięcej wersji) historii swoich rodziców z czasów Hogwartu; więcej niż osiem nóg — wkraczała Hermiona. Do ostatniej kategori zaliczały się gąsiennice, które tylko wyglądały, jakby miały więcej niż osiem nóg. 

Draco przyciągnął Hermionę bliżej siebie, dzięki czemu oparła się o jego tors i westchnęła zadowolona, zamknięta w ciepłych ramionach. 

— Twój syn to prawdziwy Puchon, wiesz o tym? — dogryzła mu rozbawiona. 

Delikatnie ugryzł ją w ucho, po czym odpowiedział: 

— Jest także twoim synem w każdym znaczeniu tego słowa, nawet jeśli nie łączą was więzy krwi. 

— To ty rozpieszczasz go najbardziej! Skończy się tym, że będzie tak samo rozpuszczonym dzieciakiem, jak ty! 

— Tak się nie stanie. A swoją drogą miotła była pomysłem Harry’ego, więc to jego obwiniaj. Zresztą sama rozpieszczasz go książkami i ciągłym czytaniem mu. 

— Wiesz, pomimo tego, że pięćdziesiąt procent genów dzieli z tobą, Scorpius jest dość inteligentnym dzieckiem. 

Hermiona nie wspomniała o drugich pięćdziesięciu procentach dziedzictwa Scorpiusa i to z dobrej przyczyny. To właśnie jeden z powodów, przez który Draco z Hermioną stali się sobie bliscy w pierwszej kolejności. 



Astoria podkuliła ogon i uciekła zaledwie kilka tygodni po narodzinach swojego syna, spełniwszy obowiązującą ją część umowy małżeńskiej, dając rodzinie Malfoyów nowego dziedzica. Zdesperowany Draco zgłosił się wtedy do współpracownika w MLE — Hermiony Granger — po radę. Serce czarownicy roztopiło się, widząc go z noworodkiem w ramionach. I mimo braku doświadczenia z dziećmi Hermiona wyszła z jego kominka ze stosem książek i Molly Weasley u boku. Kiedy Molly wróciła do domu, Hermiona postanowiła jeszcze chwilę zostać. Do jego uroku pełnego sarkastycznego humoru, doszła troskliwa i ładniejsza strona Draco, która przyciągała ją do siebie w niewytłumaczalny dla niej sposób. Jedna rzecz poprowadziła do drugiej i niedługo po tym Hermiona zaczęła spędzać noce w Malfoy Manor, pomagając mężczyźnie z synkiem i łatając jego rozbitą duszę. 

Sześć miesięcy później, w deszczową listopadową noc, Harry zapukał do drzwi dworu, cały przemoknięty, zapłakany i ogólnie nieszczęśliwy. Bez pytania Hermiona wciągnęła go do środka, posadziła przed kominkiem i wręczyła kubek gorącego kakao. Krótko po tym Draco, ubrany jedynie w spodnie do spania, przysiadł koło nich. Wymienił słodki napój na szklankę ognistej i zmusił Harry’ego do rozmowy. 

Okazało się, że Ginny zostawiła go po ostrej kłótni, gdy prawdziwość tego, czego oczekiwali od ich związku, niespodziewanie na nich runęła. Ginny chciała grać w Quidditcha i budować swoją karierę, Harry chciał — pragnął — własnej rodziny. 

Kiedy Hermiona wróciła z karmienia z niespokojnym niemowlakiem wciąż wtulonym w jej ramiona, przywitał ją niecodzienny widok. Draco trzymał Harry’ego w ciasnym uścisku, szepcząc mu ciche słowa pocieszenia w zagłębienie szyi. Harry z kolei, z ramionami zapleciony wokół chłopaka Hermiony, rozpaczliwie wczepiał się palcami jego nagą skórę.Spojrzenia Hermiony i Dracona spotkały się nad ramieniem Harry’ego i to, co zobaczyła w tej szarej głębi, sprawiło, że ciepło rozeszło się w jej sercu i gdzieś poniżej pępka: adoracja, miłość i nadzieja. 

Nie był dla niej tajemnicą fakt, że w młodych latach Draco cieszył się odkrywaniem swojej seksualności zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Zawsze mu dogryzała z powodu obsesji na punkcie Harry’ego w ich szkolnych czasach, ale ta sytuacja była inna. To było na wskroś realne, intensywne i nowe. Z wielkim uśmiechem na ustach Hermiona zostawiła samych sobie dwóch z trzech najważniejszych mężczyzn w jej życiu, by zabrać tego najmłodszego do sypialni. 

Oczywiście Harry potrzebował czasu, by podnieść się po rozstaniu. Spędził go, wyprowadzając się z Grimmauld Place i wprowadzając do Malfoy Manor, bo potrzebował ucieczki od wspomnień z Ginny. Miesiące mijały, a relacje pomiędzy ich trójką powoli zamieniała się w coś innego. 

I choć ironią było to, jak proste okazało się dla Harry’ego i Dracona przedłużanie dotyku, zmiana westchnienia na jęki pożądania podczas uścisków, tak pomiędzy Harrym a Hermioną było całkowicie inaczej.To nie tak, że możliwość, by przekształcili się z przyjaciół do kochanków, nigdy się nie pojawiła. To oni uczepili się swojej przyjaźni, wznieśli ściany pomiędzy tym, co było a tym, co mogłoby być. 

Tak było, dopóki Hermiona nie otworzyła drzwi do sypialni i nie znalazła Dracona na kolanach przed Harrym. Brunet siedział na łóżku z głową odrzuconą do tyłu w ekstazie, a jej chłopak miał usta zaciśnięte wokół jego penisa. Hermiona nie czuła się zdradzona, wraz z Draconem rozmawiali o wszystkim i wiedziała, że mieli wystarczająco miłości, by wszystko ze sobą współgrało, by zmienić ich parę w trójkąt. Jednak dopiero ta sytuacja sprawiła, że coś w niej pękło i uznała swoje własne seksualne pragnienia wobec Harry’ego. Ogarnęło ją pożądanie i odważyła się podejść, wplątać palce w nieuporządkowane, czarne włosy mężczyzny i namiętnie pocałować. Powieki Harry’ego uniosły się w zaskoczeniu, ukazując zielone oczy, ale kiedy zrozumiał, kto go całował, jęknął głęboko. Oddawał pocałunek, jakby jutra miało już nie być, z jedną ręką na szyi Hermiony, a drugą wplątaną w jasne włosy, ponaglając Dracona. Doszedł kilka sekund później z dzikim, próbując zahamować w sobie wyzwalający jęk.

Od tamtego czasu minęło już pięć lat. Naturalnie było wiele szeptów i plotek na ich temat, ale zwyczajnie je ignorowali. Ludzie mogli myśleć, co chcieli i plotkować, ile chcieli, tak długo jak ich trójka była szczęśliwa. Oczywiście zdarzało się im kłócić. Zazwyczaj o zwykłe rzeczy — czy było faktycznie konieczne zabranie Scorpiusa do rezerwatu smoków w wieku trzech lat (Draco i Harry wygrali z Hermioną) albo czy było stosowne, aby wysłać Lucjuszowi do Azkabanu świąteczną kartkę ze zdjęciem ich czwórki (Draco zdecydował, że tak) albo czy Hermiona naprawdę potrzebowała kolejnej starożytnej edycji książki „Historia Hogwartu” (no oczywiście, że tak). 

Scorpius nazywał Dracona „tatą”, Harry’ego wołał po imieniu, a do Hermiony zwracał się „mama”, nawet jeśli wiedział, że nie była kobietą, która go urodziła. To ona zawsze przy nim była i dlatego została jego matką. Pewnego razu w napadzie złości zadeklarował nawet, że to Harry musiał być jego biologicznym ojcem, ponieważ nigdy nie skarciłby go za potrącenie Rose Weasley, gdy nazwała go kujonem. 



Harry wrócił do sypialni z uśmiechem na ustach. 

— Poszedł z powrotem spać? — zapytała Hermiona. 

— Tak, zabraliśmy pająka do ogrodu, a kiedy spytałem, czy chce, żebym z nim został, powiedział, że nie.

— Naprawdę? — zapytał Draco, a w jego głosie można było usłyszeć zaskoczenie. 

Harry wyszczerzył zęby i uniósł dramatycznie brwi, nim odpowiedział: 

— Tak, ponieważ najwyraźniej szykuje się wkrótce do bycia starszym bratem, a starsi bracia śpią sami. 

Draconowi zaparło dech w piersi, a Hermiona stęknęła. 

— Czy jest coś, co chcesz nam powiedzieć? 

Blondyn nie mógł powstrzymać ekscytacji w swoim głosie. 

— Nie — powiedziała, potrząsając gwałtownie głową, a jej loki aż podskoczyły... — Ale Scorpius musiał podsłuchać moją rozmowę z Pansy. Rose przyłapała Pansy i Rona w sypialni. Podczas gdy Pansy miała ubaw, Ron próbował wytłumaczyć córce, że ćwiczyli na Mistrzostwa Świata w Quidditchu dla dorosłych, a nagrodą ma być rodzeństwo dla Rose. 

Draco zaczął się śmiać, ale Harry tylko wzmocnił humor sytuacji, dodając: 

— Scorpius oznajmił mi, że jego tatowie byli najlepszymi zawodnikami na świecie, więc w dwójkę wygrają puchar i rodzeństwo dla niego. 

— Dziecięca logika — skomentował Draco, a Harry w tym czasie wszedł na łóżko, naprzeciw ich dwójki. Kiedy mimochodem przejechał opuszkami palców po udzie Hermiony, jej serce znacznie przyspieszyło. Draco dołączył po drugiej stronie i nie była już tylko pobudzona, ale też kompletnie podniecona. Troszkę bezróżdżkowej magii (jednostronne zaklęcie wyciszające), by zapobiec takiemu wypadkowi, jak w domu Weasleyów i mogła się skoncentrować na tym, co czuła dzięki tym dwóm mężczyznom. 

— Więc jak, Księżniczko, weźmiemy udział w Pucharze Świata? — zapytał Draco, pocierając palcami o już mokre i śliskie wargi w jej majtkach. Hermiona mogła tylko słabo kiwnąć głową. Czasami, sporadycznie rozmawiali o kolejnym dziecku i jak nie miałoby znaczenia, czy biologicznym ojcem byłby Draco czy Harry. Może faktycznie był to dobry czas, aby zacząć już przygotowywać się. Takie ćwiczenia w końcu są najlepsze! 

Harry uniósł wzrok, a jego język wciąż drażnił Hermiony sutek przez cieniutką koszulkę. Oparł się ciężarem na łokciu i powiedział:

— Wiesz, że zawsze cię pokonuje w łapaniu znicza, Malfoy — powiedział, a głos miał zachrypnięty i uwodzicielski. Hermiona kochała tę barwę dźwięku. 

Draco, bez przerywania w dotykaniu jej wrażliwej łechtaczki, zakończył droczenie się i pochylił nad ramieniem Hermiony, by zamknąć Harry’ego pocałunkiem.




Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że Agatte i Rzan miały czas, by sprawdzić mi ną mini miniaurkę! Czekała ona na swój czas już dość długo, więc kurzyła się biedna w google doc, ale już jest! Cieplutka, dopieszczona i od razu wstawiona i opublikowana!

Mam nadzieję, że ta słodycz się podobała, a nikt nie zwymiotował tą słodkością i docenił tą małą ilość erotyki! Nie chce by moja prośba brzmiała, jak żebranie, ale wasze komentarze, opinie, nawet krytyka wiele znaczy, motywuje i daje kopa do dalszej pracy. Dlatego jeśli możesz poświęcić dziesięć minut na przeczytanie tej perełki, nad którą z dziewczynami spędziłyśmy godziny, dajcie od siebie dwie minutki :)

Wiem, że miał się pojawić nowy rozdział NWSDRDTSR [sobie kurna tytuł wymyśliłam...], ale miałam kompletną pustkę dla tej całej dramy, za to skończyłam kolejną część Dla Większego Dobra, a nawet zaczęłam następną, ale... beta, beta, beta! Jest problem z czasem chyba u wszystkich, więc te minimalnie miesięczne publikowanie czegokolwiek chyba nie wypali. A chciałam, bardzo!

xoxo

14 lut 2018

Niech stanie się cud II - Przeznaczenie [M 2-2]





NIECH STANIE SIĘ CUD II - 
Przeznaczenie

Nareszcie. Powiem Wam, że długo męczyłam się z tą mini. Można ją traktować jako kontynuacje Drastorii, albo jako kompletnie odzielnie, bo i tak wszystko się zrozumie. Jednak polecam zapoznać się z poprzednią częścią, jeśli jeszcze jej nie znacie. Dla mnie nie udało mi się pokonać poprzeczki, którą sobie zawyżyłam jedynką, ale może to tylko moje zdanie. Dajcie znać co myślicie w komentarzach (jeśli chcecie!). 

A za to, że w końcu mogłam się podzielić tą historią trzeba podziękować niezastąpionej Hope, która zgodziła się na sprawdzenie błędów, a trochę ich było! 


Pierwszy negatywny test, po miesiącu starania się o dziecko z Harrym, miała nadzieję. Wyrzuciła biały patyczek do kosza w łazience i wróciła do gotowania obiadu. Nic Harry’emu nie powiedziała, gdy wrócił z urwisami do domu.

Nie płakała.

Drugi negatywny test po kolejnych dwóch miesiącach. Tym razem starali się, stosując zwyczajne mugolskie sposoby, na które Ron nigdy nie chciał się zgodzić, wierząc ślepo w magię. Uniesienie bioder po każdym stosunku, kalendarzyk, sprawdzanie najbardziej płodnych dni. I tylko obietnica Harry’ego, że pójdą do mugolskich lekarzy, utrzymała jej nadzieję żywą. 

Jeszcze nie płakała.

Trzeci negatywny test. Zrobiła go chyba tylko po to, żeby potwierdzić to, co już i tak wiedziała. Tabletki przepisane przez lekarza w niczym jej nie pomogły. Sześć miesięcy faszerowania się lekarstwami, które miały jej pomóc, były niepotrzebne, zmarnowane. Z naturą nie zawsze da się wygrać, rozumiała to, dlatego jej nadzieja słabła z każdym kolejnym wyrzuconym patyczkiem.

Rozpłakała się, gdy Harry zamknął ją w swoich ramionach i zaczął głaskać po włosach.

Czwarty negatywny test — ostatni — zrobiła po prawie dwóch latach. Walczyli i oni, i lekarze. Spróbowali wiele metod mugolskich, czarodziejskich i nic. W końcu po czterech latach prób zrozumiała, że nigdy nie będzie miała swojego własnego, małego szczęścia.

Przepłakała długie dni i noce, a Harry wraz z nią. Bo tak bardzo, jak ona chciała mu dać czwarte dziecko, tak bardzo on chciał dać jej pierwsze.



Z uśmiechem na czerwonych ustach, wpatrywała się w słodką buźkę Słodyczki.

— Cześć, cudzie, ciocia się stęskniła, tak stęskniła się za tobą, właśnie za tobą — zagugała wesołym głosem do budzącej się dziewczynki. Szare oczy, identyczne jak te, które szkolnych wywoływały w niej same najgorsze emocje, wpatrywały się w nią z bystrością, jakiej nie powinno mieć kilkunastomiesięczne dziecko.

— Czasem mam wrażenie, że utrzymujesz z nami kontakty tylko po to, żeby mieć dostęp do Mireille — usłyszała Hermiona.

Spojrzała na opierającego się o framugę byłego Ślizgona. Przez ramię miał przewieszoną marynarkę, a dłonią poluźnił szary krawat. Zdziwiona spojrzała w stronę zegarka na nadgarstku i odkryła, że jej praca niani dobiegła końca.

— Słyszałaś go, Mireille? — zapytała rozbawiona. — Zachowuje się, jakby to był jakiś sekret.

— I że ją lubisz bardziej niż mnie.

— To raczej oczywiste, ona nie jest dupkiem — powiedziała i zaśmiała się, widząc, jak przewraca oczami.

— Słyszałem, że Potter dalej jest na tej niespodziewanej misji? — zapytał, a kiedy odpowiedziała skinieniem głowy, dodał — W takim razie zostaniesz z nami… Pottera nie ma, dzieciaki u rudej, a z nami nie będziesz się nudzić! — Zrobił kilka kroków, które doprowadziły go do kanapy, na której siedziała Hermiona i zabrał jej z rąk śliniącą się dziewczynkę. — Co ty na to, Mi? Przyda nam się damska dłoń, gdy mama jest na wakacjach?

Odpowiedział mu perlisty, niemowlęcy śmiech i westchnienie Granger, które kompletnie zignorował.



— Z drugiego pokoju słyszę, jak ci zębatki pracują, Granger. Wręcz widzę, jak parują.

Podskoczyła zaskoczona, gdy z zamyślenia wyrwał ją lekko sarkastyczny głos jej byłego wroga, a od dwóch lat w pewnym sensie przyjaciela.

Westchnęła.

— Długo już tu jesteś? — zapytała.

Usłyszała ciche kroki i poczuła ciepło ciała, gdy stanął zaraz za nią przy oknie, przez które, od przeszło dwudziestu minut, wyglądała. Przyglądała się przez nagrzaną od słońca szybę Harry’emu i wszystkim ich przyjaciołom, którzy przyszli świętować z nimi kolejne urodziny jej męża.

Miała skoczyć do środka tylko po lemoniadę, którą przygotowała wcześniej, by wszyscy mogli się ochłodzić w ten upalny dzień czymś więcej niż tylko piwem. Jednak usłyszała śmiech Harry’ego i na niego spojrzała. Trzymał małą Mireille pod pachami i kręcił nią w kółko w powietrzu nad sobą. Dziewczynka z czerwoną buzią śmiała się pełną piersią, zaciskając oczy i wymachując małymi piąstkami i nóżkami z zadowolenia.

Hermiona nie od dziś wiedziała, jak niesamowicie radził sobie z dziećmi, w końcu widziała go nieraz z Lily i chłopcami. Jednak kiedy zaczęli się z Harrym spotykać, dzieciaki już dawno nie były maluchami

To Ginny widziała, jak rozklejał się za każdym razem z czystego szczęścia, gdy po raz pierwszy trzymał każde ze swoich dzieci, jak krok po kroku odnajdywał się w nowej roli bycia tatą, jak tulił małe ciałka otulone w kolorowe kocyki tuż przed sfałszowaniem kołysanki i ułożeniem ich do łóżeczek. To Ginny dała mu trójkę skarbów, które Hermiona kochała jak swoje własne, ale wciąż pragnęła urodzić mu dziecko, które byłoby tylko ich, z ich miłości. Nawet kiedy wiedziała, że nie może.

— Zbyt długo — odpowiedział jej Draco. — Zostawiłaś mnie tam na dobre pół godziny, wiedząc, że jedyne osoby, które toleruję, to moja półtoraroczna córka znająca trzydzieści słów, gdzie używa tylko dziesięciu; żona, która ma większe huśtawki nastrojów, niż gdy była w ciąży i Potter, który za bardzo wczuł się w rolę wujka.

Mimowolnie parsknęła śmiechem. Ponieważ nie było osoby w magicznej części Wielkiej Brytanii, która nie wiedziała, jak bardzo zakochany w swojej własnej córce był Draco Malfoy, a on tu mówił o ledwie tolerowaniu jej. Tak samo już wszyscy wiedzieli, jak dobrymi przyjaciółmi stali się Dracon z Harrym, zwłaszcza gdy obaj zdecydowali, że Mireille dostanie dożywotni zakaz na chłopców.

Co do jednego miał rację, Astoria w ostatnich tygodniach była podłą jędzą.

— Może powinniśmy sprawdzić, czy znowu udało ci się oddać złoty strzał — powiedziała i ponownie parsknęła śmiechem, by po chwili znów spoważnieć, spoglądając na Harry’ego.

Właśnie posadził jej chrześniaczkę w przenośnym krzesełku do karmienia i z uśmiechem przyjął od Astorii pojemnik z jakąś przekąską, by w towarzystwie Lily nakarmić małą dziewczynkę.

— Więc… co cię trapi?

Westchnęła ponownie, chwyciła tacę z dzbankiem i szklankami i, pierwszy raz odkąd Draco wrócił do ich życia, skłamała.

— Nic.



Czuła się okropnie, bo była złą przyjaciółką.

Nie raz odczuwała zazdrość.

Na pierwszym roku w Hogwarcie zazdrościła dzieciom z magicznych rodzin tego, jak szybko i łatwo zaaklimatyzowali się w nowym otoczeniu, a także, że nie musieli nic nikomu udowadniać. Zazdrościła im należenia do tego magicznego świata, na które ona musiała ciężko pracować.

Na trzecim i czwartym roku zazdrościła Ronowi, bo Harry był przede wszystkim jego przyjacielem, dopiero później jej. Zawsze stawał po jego stronie, nawet gdy oboje wiedzieli, że to ona miała rację. Bolało ją to, zwłaszcza że robiła wszystko dla dobra Harry’ego, nawet kiedy tego nie widział. Szczerze powiedziawszy, to była jedyną osobą, która nigdy go nie zostawiła ani się od niego nie odwróciła. Nawet kiedy wiedziała, że robił źle.

Na piątym roku poczuła zazdrość o to, z jaką łatwością Harry umiał przekonać ludzi do słuchania go. Ona nie raz i nie dwa musiała powtarzać, tłumaczyć, a i tak mimo dużej ilości poświęconego czasu, ludzie ją najnormalniej w świecie ignorowali. Ta zazdrość nie należała do najbardziej racjonalnych, o czym wiedziała, ale czuła ją tak samo mocno.

Na szóstym roku… Widząc pocałunek Rona z Lavender, poczuła palącą, wściekłą zazdrość. Myślała, że pojawiła się przed nimi nadzieja, jakaś iskierka, z której bezlitośnie ją obdarł, gdy owinął swoje długie, piegowate ramiona wokół głupiej blondynki. Ta zazdrość była najgorsza, a przynajmniej tak jej się wydawało. 

Ale to dzisiaj po raz pierwszy ta emocja dała jej się we znaki tak dotkliwie. Czuła, jakby nie zasługiwała na przyjaźń Astorii przez tę zazdrość, którą można było od Hermiony wyczuć na kilometr.

Zamknęła za sobą drzwi od domu i ignorując nawoływanie Harry’ego i Lily, pognała do góry. Łzy, które próbowała powstrzymać w klinice przy badaniu Astorii, zakręciły się niebezpiecznie i wypłynęły na zaczerwienione policzki.

Czuła się tak strasznie.

Zsunęła spódnicę na ziemię i otworzyła drzwi do łazienki. Ściągnęła marynarkę i weszła do środka. Chciała rozpiąć koszulę, ale dłonie tak jej drżały, że małe perełki wyślizgiwały się spomiędzy palców. Zirytowana zostawiła bluzkę i weszła pod zimny strumień wody.

Potrzebowała oczyszczenia z palących ją złych emocji.

Kiedy Hermiona po długich dwudziestu minutach nie zeszła na dół na obiad, który wiedziała, że miała przygotowywać sama Lily (z niewielką pomocą taty), Harry zaniepokojony wszedł do ich pokoju. Pierwsze co zobaczył to niechlujnie rzucona na ziemię spódnica i marynarka. Usłyszał szumiący prysznic, więc skierował się do łazienki. Hermiona siedziała na czarnych kafelkach, jej zazwyczaj złocista skóra była przeraźliwie blada, a biała bluzka kompletnie prześwitywała.

— Nia? — powiedział, wyłączając zimny strumień wody, od którego nawet na odległość włoski stanęły mu dęba. Dopiero wtedy usłyszał pociąganie nosem i cichy płacz. — Hermiona? — zapytał ponownie, a w głosie można było wyczuć rodzącą się panikę.

Hermiona nie była osobą, która uciekała, by płakać, a gdy coś ją trapiło, zawsze umiała znaleźć w Harrym oazę i wsparcie.

— Ast… storia jest w… w cią… ży.

— Och, Nia… — szepnął. Schylił się i nie bacząc na to, że kobieta jest przemoczona, wsunął ręce pod jej plecy i kolana, i przytulił do siebie, unosząc. Wyszedł z łazienki i skierował swoje kroki do łóżka, na którym ułożył zziębniętą Hermionę. Nakrył ją kocem i zbiegł szybko na dół, równocześnie wyciągając z kieszeni telefon.

— Ginny? Potrzebuję, byś zajęła się na kilka godzin dziećmi. Zdaję sobie sprawę, że dzwonię trochę niespodziewanie, ale mam pewien problem i nie mogę się nimi zająć. 



Harry wyślizgnął się spomiędzy dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu. Jak tylko udało mu się uspokoić Hermionę, co potrwało ze trzy godziny, w ciągu których usłyszał wiązankę przekleństw bardziej soczystą niż Syriusza kiedykolwiek, dowiedział się, jak straszną jest przyjaciółką, bo nie potrafiła się cieszyć szczęściem Astorii. Dodała też, że na niego nie zasługuje i zażądała, żeby przyprowadził ich dzieci z powrotem do domu. 

Wsunął na nogi dresy i upewniając się, że obie jego dziewczyny są opatulone kołdrą, teleportował się z cichym pyknięciem.

Pojawił się w Dziurawym Kotle, którym zarządzała teraz Hannah, żona Nevilla, i wiedział, że może liczyć na prywatną rozmowę. Skierował się do ich stolika i zobaczył, że były Ślizgon już na niego czekał ze szklanką whiskey.

— Na zegarku się nie znasz, Potter? — zapytał, nim zdążył usiąść.

— Słyszałem, że należą ci się gratulacje — odpowiedział, ignorując wypowiedź Dracona.

— A ja słyszałem, że twoja wszystko wiedząca żona aż się popłakała ze wzruszenia. Zastanawiam się tylko, dlaczego próbowała to ukryć, bo gdy pierwszy raz popłakała się ze szczęścia, uwiesiła się na mojej szyi jak małpa drzewa.

Harry chrząknął skrępowany, już zastanawiając się, jak powiedzieć Hermionie, że wcale nie ukryła bólu spowodowanego faktem, że Malfoyom znów udało się zajść w ciążę. Zwłaszcza że wcale się o nią specjalnie nie starali.

— Nie chcesz, nie mów, ale w domu mam buzującą hormonami żonę, która z wizyty z Granger wróciła wręcz rozhisteryzowana, bo cytuję “Hermiona jej nienawidzi do tego stopnia, że nie umiała utrzymać pokerowej twarzy przez dziesięć minut” — powiedział Draco, na końcu imitując akcent swojej żony. Harry wiedział, że Malfoy w ten sposób próbował ukryć, jak bardzo był zdenerwowany faktem, że Hermiona wzbudziła w niej takie emocje. Hermiona, która zazwyczaj była mostem łączącym wszystkich dookoła nich.

— Skończ — warknął cicho. To, że Draco czegoś nie rozumiał, nie dawało mu prawa, by używał takiej złośliwości do osoby, którą w tajemnicy nazywa przyjaciółką. Wystarczyło, że Harry jako gówniarz nigdy nie bronił jej przed Ronem, nie zamierzał teraz popełniać tego błędu z byłym Ślizgonem. — Ty w domu masz ciężarną buzującą hormonami, a ja mam kobietę, która chce nimi buzować, odkąd skończyła dwadzieścia lat.

— Potter — powiedział Draco, ale Harry nie dał sobie przerwać, czując palącą wściekłość w żyłach.

— Przepraszam w jej imieniu za to, że Astoria poczuła się przez nią źle, bo nie tego chciała Hermiona. Walczyła mocno, by się tam nie popłakać i dlatego nigdy nie wypomnisz jej tej sytuacji. Wystarczająco dużo dziś się nasłuchałem, jak zapłakanym głosem mówiła, że się sobą brzydzi, bo jest złą przyjaciółką. Więc skończ, zamknij tę bladą jadaczkę i nigdy więcej nie używaj tego tonu, gdy o niej mówisz. Nie jesteś już tym rozkapryszonym Ślizgonem, a Hermiona jest twoją najlepszą przyjaciółką.



Niepewnie spojrzała na czarną pół limuzynę. Z tyłu przed drzwiami samochodu stał Gus w eleganckim szarym garniturze z czarnymi okularami na nosie i beretem szofera.

— Pani Potter — powiedział, otwierając drzwi.

— Gus — odpowiedziała w geście przywitania i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. Ścisnął ją lekko, próbując dodać jej otuchy, widząc, jak blada jest na twarzy, po czym pomógł jej wsiąść do środka.

Przywitała ją grobowa cisza i penetrujące spojrzenie szarych oczu, których unikała od przeszło dwóch tygodni. Kiedy Harry wrócił z baru, widziała, że był zły i miał ostrą wymianę zdań z Draconem, o której milczał jak zaklęty. Ale ona wiedziała. Astoria wiedziała. Draco był zły. A ona nie umiała spojrzeć mu w oczy. Teraz też. Dlatego spuściła wzrok na jego złożone dłonie, które na tle ciemnogranatowych spodni od garnituru były jak zawsze niecodziennie blade. Nim się spostrzegła, długie palce wplotły się w plątaninę jej włosów, gdy dłonią chwycił ją za tył głowy. Przesunął się na skraj siedzenie, równocześnie zmuszając ją do zrobienia tego samego.

Kiedy kobiece, nagie kolana obiły się o te w szorstkim materiale, odważyła się unieść wzrok i spojrzeć w szare oczy przyjaciela. Choć wyraz twarzy nie zdradzał nic, to właśnie w oczach mogła zobaczyć poczucie winy i wstyd oraz współczucie wymieszane ze smutkiem.

— Granger, kto cię nazwał następczynią Roweny, chyba nie rozumiał, że jesteś prawdziwą Gryfonką — szepnął, opierając swoje czoło o jej.

Zaśmiała się mimowolnie, czując rozluźniające się mięśnie i ulgę nie do opisania.

— Przepraszam…

— Nie przepraszaj, ja powinienem. Twój mąż przypomniał mi, że jesteś moją przyjaciółką i tak jak ty mi pomogłaś, ja chcę pomóc tobie.



Pierwszy raz od długiego czasu widziała zdenerwowanie na twarzy przyjaciela, gdy ten otworzył przed nią drzwi od luksusowego samochodu. Chwyciła wyciągniętą dłoń i z jego pomocą wydostała się na zewnątrz. Zatrzymali się przed domkiem jednorodzinnym, był większy niż dom Dracona czy jej, ale wciąż mniejszym od tego, w którym mieszkali państwo Malfoy.

— Gdzie jesteśmy? — zapytała, ale Draco sięgnął tylko po dłoń Hermiony i pociągnął w stronę otwierających się niebieskich drzwi.

Czekała w nich niska kobieta w fartuchu z dwuletnim dzieckiem na rękach. Kiedy tylko znaleźli się obok, dziecko wykrzyknęło imię Malfoya i wyciągnęło ręce w jego stronę.

— Brian, przestań już — skarciła go delikatnie kobieta. — Draconie, witaj, nie wiedziałam, że dzisiaj przyjedziesz.

— Mała zmiana planów, sam do końca nie wiedziałem, czy tutaj skończę — odpowiedział, zabierając od niej dziecko, które od razu ułożyło główkę na jego ramieniu. — Położę go do spania.

— Rozumiem. To ja wracam do kuchni — mruknęła, po czym spojrzała na śpiące już dziecko i pokiwała tylko głową.

Odwrócił się w stronę schodów i gestem głowy nakazał Hermionie iść za nim. Gdy znaleźli się na piętrze, na chwilę weszli do pokoju z dwoma łóżeczkami. Hermiona nie mogła się napatrzeć na byłego Ślizgona, gdy tak delikatnie układał małe ciałko w ciepłej pościeli. Nie raz widziała, jak robił to ze Słodyczką, ale ona była jego córka, jego krwią. Inne dzieci działały na niego zazwyczaj jak płachta na byka. Chyba że znajdowały się metr od niego, nie krzyczały i nie śliniły się. Wtedy dzieci tolerował.

— Po trzecim poronieniu zacząłem rozważać inne opcje. Astoria nie wie. Nie chciałem, by myślała, że sam uważam ją niezdolną do dania mi wymarzonego „dziedzica” — powiedział, robiąc palcami znak cudzysłowu. — Zacząłem szukać w sierocińcach magicznego dziecka, które potrzebowałoby nas tak samo, jak my jego. — Draco zamilkł i położył dłoń na dole jej pleców. Delikatnie popchnął ją do wyjścia i poprowadził do innych zamkniętych drzwi znajdujących się na piętrze. — I znalazłem, ale ty zgodziłaś się nam pomóc. A Margareth została adoptowana. Mimo tego wciąż szukałem dzieci obdarzonych magicznymi zdolnościami. Spodobał mi się pomysł adopcji. Ale… ale Astoria znowu jest w ciąży i po rozmowie z Potterem doznałem olśnienia.

— Brzmisz jak Trelawney — odparła, starając się złamać tę nutkę nostalgii, którą wyczuła w słowach przyjaciela. Wiedziała, że właśnie podzielił się jednym z największych sekretów, jakie skrywał. Nie żadnym z ciemnej przeszłości, ale tym najbardziej prywatnym, skrywanym przed światem, najbliższym jego sercu, tym, którego mógł się wstydzić i obawiać.

— Zawsze jest wyjątek od reguły. Może tak jest i teraz. Może mamy swoje przeznaczenia. Może Tori miała zajść w ciąże. Może to przeznaczenie próbuje powiedzieć nam, że to nie my mamy zmienić czyjś świat. Może jakaś inna siła w ten sposób pokazuje, że to właśnie ty, ty i Potter macie zmienić ich życie.

— Ich?

— Ich — powiedział i otworzył drzwi.



Po cichu weszła do domu, a słysząc śmiech dzieciaków, przystanęła w progu salonu. Słodka Lily siedziała po turecku przed ławą, bawiąc się konikami pony, a jej bracia siedzieli na kanapie. Zamiast z uwagą oglądać Avatara, którego widzieli dziesiątki razy, śmiali się i rzucali w siebie popcornem — coś, czego nienawidziła, bo sól rozsypywała się wtedy po całej kanapie.

— Chłopaki, uspokójcie się, Nia się spóźnia, ale jak wpadnie i zobaczy ten latający popcorn, to będziecie odkurzać cały salon — usłyszała pouczający, a przy tym pobłażliwy głos Harry’ego.

— Wystarczy, że użyjesz różdżki jak ostatnioooo, tato! — krzyknął, przeciągając samogłoskę James, po czym rzucił poduszką w głowę młodszego brata.

— No ładnie, ładnie — zacmokała, a cztery pary oczu zwróciły się w jej kierunku. — Szybko sprzątać mi ten popcorn — powiedziała rozbawiona, wchodząc do salonu. Przechodząc koło szczerzących do niej zęby chłopców, pochyliła się nad nimi i wycałowała w policzki. — Jak ci minął dzień u taty w pracy, kwiatuszku? — zwróciła się do Lily.

Usiadła za dziewczynką na dywanie, oplatając jej małe ciałko rękoma i mimowolnie się uśmiechnęła, czując jak Lily rozluźnia się w jej ramionach. Od ostatniej próby zajścia w ciążę minęły ponad dwa lata. Myślała, że oswoiła się już z myślą bycia tą „drugą” mamą, a lepszych dzieci, niż swojego męża, nie mogła dostać.

Urwisy niesamowite.

Psotny James, który zdecydowanie odzwierciedlał swoich imienników, wygłupiał się, emanował pewnością siebie i sprytnie wykaraskał z nie jednych kłopotów. Albus, który po rozwodzie swoich rodziców przylgnął do niej, godzinami mógł się z nią przytulać i czytać. I słodka Lily — oczko w głowie ojca, roztaczała wokół siebie aurę szczęścia, nie dało się być z nią smutnym.

Mimo że nie byli jej, to kochała je całym sercem i nie wyobrażała sobie, by Ginny zabrała je do siebie, tak jak tego chciała przy rozwodzie. Kiedy bardzo rzadko – przez ciągłą grę Ginny w Quidditcha – weekendy spędzali u matki, robili to bardzo niechętnie. Dom wydawał się bez nich pusty, a Harry i Hermiona, zamiast cieszyć się ciszą oraz chwilą wytchnienia, snuli się po kątach. Uwielbiała, że to w niej szukali ciepła i oparcia, chociaż często czuła się winna, zwłaszcza gdy w trudnych chwilach dzieciaki potrafiły nazwać ją mamą. Harry powtarzał jej, że jest głupia, bo każde z nich doskonale wiedziało, kto jest ich biologiczną matką, ale z bycia mamy Ginny zrezygnowała dawno. I to nie była wina Hermiony, że uważali właśnie ją za tę upragnioną mamę. 

— Super! Dziś miałam bardzo, bardzo ważne zadanie! — wykrzyknęła podekscytowana siedmiolatka.

— Tak? A cóż to takiego ważnego robiłaś?

— Przybijałam stemple do wosku na listach! Zrobiłam super robotę, prawda, tatuś?

— Super robotę — potwierdził Harry, śmiejąc się. Hermiona przewróciła oczami i nachyliła się w jego stronę, by pocałować go w usta.

Czy potrzebowali więcej, niż mieli?

A może powinna na to spojrzeć inaczej. 

Może oni wcale nie potrzebowali więcej. Bo pogodzili się z myślą, że nie dane jest im mieć dziecka zrodzonej z ich dwójki. Wciąż mieli trójkę najlepszych dzieciaków, jakich można było chcieć.

Ale co jeśli ktoś potrzebował ich?

Posiadanie większej ilości dzieci nie było problemem, w końcu zdecydowali się wcześniej na powiększenie rodziny. A mieli sposobność. Oboje byli na takim etapie swoich karier, że były to pewne i stabilne pozycje. Harry od dwóch lat zarządzał Biurem Aurorów, dzięki czemu więcej czasu mógł spędzać w domu i często nie musiał brać udziału w misjach, a ona nie drżała już ze strachu za każdym razem, gdy wychodził do pracy. Jej klinika, którą otworzyła z pomocą Dracona – prezent, jak to lubił powtarzać – miała się dobrze. Pieniędzy im nie brakowało, Harry wręcz marudził czasami, że ze skrytki, zamiast ubywać, to tylko przybywa i w życiu tego nie wydadzą.

Mogli to zrobić, prawda?

„Może to przeznaczenie próbuje powiedzieć nam, że to nie my mamy zmienić czyjś świat. Może jakaś inna siła w ten sposób pokazuje, że to właśnie ty, ty i Potter macie zmienić ich życie”.

W głowie zabrzmiał jej głos przyjaciela. To, z jaką pewnością i przekonaniem to powiedział. Jak bardzo wierzył w to, co mówił.

— Hermiona? — usłyszała z oddali głos męża, a kiedy potrząsnęła głową i spojrzała w jego szmaragdowe oczy, zrozumiała, wiedziała.

W ich życiu było wystarczająco dużo ciepła i miłości, by obdarzyć nimi jeszcze więcej osób. Zrozumiała też, że z nim u swego boku była gotowa na wszystko. Bo był jej przyjacielem, mężem, oparciem, najlepszym tatą dla ich dzieci.

— Adoptujmy — powiedziała i nie musiała długo czekać, by zaskoczenie ustąpiło miejsca szerokiemu uśmiechowi.


6 maj 2017

Dziesięć Dni na Miłość

Tytuł: Dziesięć Dni na Miłość
Autor: Vixen
Rodzaj: Family/Comfort/Friendship/Humour
Status: Miniaturka, zakończona.
Beta: Ania, Katja, Hope - buziaki <3
Opis: Kiedy Harry radzi Hermionie przestać czekać na miłość, kobieta nie myślała, że znajdzie ją ona jeszcze tego samego dnia.

Dziś jest bardzo ważny dla mnie dzień, dokładnie 4 lata temu i niecałe osiem godzin temu na świat przyszedł mój syn. Przewrócił całe moje życie do góry nogami, chwilami nie było łatwo, kiedy indziej jeszcze trudniej. Ale uśmiechy pełne szczęścia, każde "kocham cię" pełne dziecięcej szczerości, mokre buziaki i przytulasy porankami, nawet oglądanie po raz tysięczny tego samego odcinka danej bajki, na której w tym czasie ma bzika... Każdy płacz, każda niewiadoma w świecie młodych i niedoświadczonych rodziców, każde zdenerwowanie, strach o własne dziecko, niepewność czy kształtujesz je prawidłowo, każda nie przespana noc i każda walka, którą trzeba z nim stoczyć. To wszystko znika, gdy wdrapuje ci się na kolana, z zaczerwionymi polikami, wielkimi, zapłakanymi oczami i wtula się w ciebie ufnie. Bo tylko ty i tata potraficie odgonić wszystko co złe. To ty jesteś lekarstwem na całe zło tego świata. I rozpiera cię duma i tak wielka miłość, którą nie myślałaś, że w sobie masz. 

Mimo, że mój A. nigdy tego nie przeczyta, to dedykuję tą mini jemu, bo dał mi wiele do napisania tej miniaturki. 

Kocham cię, A <3 



— Tato! Tato… Tato! — Na placu przy fontannie rozległ się głośny i zrozpaczony krzyk małego dziecka. — Tatusiu…

Niewysoki, a przy tym szczuplutki chłopiec stał w miejscu, gorączkowo rozglądając się dookoła. Wielkimi z przerażenia oczami obserwował mijających go ludzi i przejeżdżające ulicą samochody. W dłoni ściskał swoją ulubioną maskotkę — Pana Kostka — która przedstawiała pluszowego kościotrupa. Na czubku głowy leżał czarny cylinder, miał też czerwoną różę przyszytą na wysokości klatki piersiowej.



— Harry, nic się nie stało, po prostu mam dość tej pracy, nieudanych związków…

— Było ich aż dwa, trudno tu mówić o “związkach” — zaprotestował głos w głośnikach samochodowych, na co kobieta prychnęła zirytowana tym, że jej przerwał, wytykając, jak biedne było jej życie romantyczne.

— … oraz faktu, że wszyscy się zaręczają albo chodzą z tymi przeklętymi, słodkimi brzuszkami.

— Hermiona! — zawołał rozbawiony Harry, po czym parsknął śmiechem. — Mogłaś zostać panią Weasley, miałabyś już z trójkę dzieci do przewijania — oznajmił jej.

Hermiona skręciła w lewo i westchnęła, widząc korki dookoła niej.

— Czy ja ci wyglądam na Lavender? — zapytała retorycznie, na co ponownie odpowiedział jej śmiechem. — Dobrze wiesz, że gdybym została panią Weasley, Ron w końcu by mnie znienawidził… — przerwała na chwilę, by uchylić okno. Londyn tego czerwca był wprost nieznośny, ale nie chciała narzekać, wszystko było lepsze od ciągłych opadów deszczu, bo zazwyczaj płakali, gdy tylko lało. Zamierzała się cieszyć z promieni słońca, miętowych lodów i sukienek, ale cholera, pot się z niej lał. — Po prostu chciałabym kogoś, kto pokochałby mnie taką, jaka jestem. Żeby chodził ze mną na wystawy w muzeum, nawet jeśli ma się tam nudzić przez trzy godziny, bym później mogła mu się odwdzięczyć lodem w samochodzie. Chcę gotować meksykańskie w małej czarnej, którą ze mnie zdejmie po przyjemnej rozmowie. Chcę, by rozumiał, gdy coś jest dla mnie ważne, i tego nie negował, mówiąc, że są to bzdury. Chcę, by nie chciał zmieniać tego, że mam mózg i więcej szarych komórek w głowie niż połowa dziewczyn z naszego rocznika, bo to, do cholery, nie jest moja wina. Nie oczekuję debat o ekonomii świata czy recytowania pieprzonego Szekspira. Chcę być sobą, bez udawania głupiej, zawsze perfekcyjnej i układnej. Czy to tak wiele? — zapytała zmęczonym głosem.

Korek posunął się o pół maski.

— Dla tego loda żałuję, że to nie ciebie pokochałem pierwszą — usłyszała i mimowolnie się uśmiechnęła. — Ale przynajmniej dla ciebie byłem pierwszy we wszystkim — dodał, a ona wróciła wspomnieniami do wojny i czasu, gdy Ron zostawił ich samych. — A tak serio, to przestań w końcu czekać. Miłość przychodzi, gdy najmniej się tego spodziewamy.

Już miała coś odpowiedzieć, gdy w tłumie ludzi na placu ujrzała małego chłopca. Skupiła na nim wzrok, bo wiedziała, że mimo patrzenia w tamtym kierunku z dobre pięć minut, to dopiero teraz go spostrzegła. I była chyba jedyna. Złość się w niej zagotowała, widząc czerwone policzki i drżącą wargę. Hermiona mogła się mylić, ale wyglądał, jakby się zgubił, a żaden z mijających go przechodniów w żaden sposób nie zareagował, nie podszedł.

— Hermiono, jesteś tam?

— Muszę kończyć, Harry!

Przesunęła się samochodem kolejne pół maski, zaciągnęła ręczny i nie bacząc na protestujących ludzi, wysiadła. W odkrytą skórę uderzył żar słońca, a ona przebiegała między samochodami na drugą stronę ulicy. Odkrzyknęła do denerwującej się kobiety w samochodzie i przepchnęła się między ludźmi do chłopca.

Z tej odległości idealnie widziała wielkie łzy spływające po zaróżowionych policzkach i jak bardzo pobielałe były palce zaciśnięte wokół nietypowej jak na jej gust maskotki.

— Tatuś…

Hermionę chwyciło za serce, gdy usłyszała przerywany łkaniem głos. Nie chcąc dłużej czekać, złapała chłopca za ramię i przykucnęła, żeby zrównać się z nim wzrokiem i móc spojrzeć prosto w jego niesamowicie niebieskie oczy.

Wydawały się znajome, zwłaszcza z tymi czarnymi włosami niechlujnie wystającymi spod kapelusza.

— Cześć, kolego, jestem Hermiona — powiedziała, starając się brzmieć przyjaźnie.

— Jestem O...rion, pomoże mi pani zna...leźć tatę?



Zatrzymała się pod Grimmauld Place, które od ponad roku było jej domem. Westchnęła, opierając się wygodniej na siedzeniu. W lusterku spojrzała na tył samochodu, gdzie znajdował się duży fotelik transmutowany z długopisu, a w nim zapięty mały Orion. Po krótkiej kłótni z głupimi bucami w garniturach i polówkach od Ralpha Laurena o to, że stanęła na ulicy i wysiadła z samochodu, udało jej się przekonać chłopca, by jej zaufał i rozsiadł się wygodniej. Nie bacząc na ludzi, przeszła na tył samochodu i udała, że z bagażnika wyciąga fotelik, w którym zapięła powoli uspokajającego się chłopczyka. Po spytaniu, kim są jego rodzice, zamilkł.

Pierwszy raz od dłuższego czasu kobieta nie wiedziała, co ma zrobić. Miała ze sobą dziecko, które na pewno szukali właśnie rodzice. W pierwszej chwili planowała iść na policję, ale kiedy uderzyło w nią, jak ma na imię, zrozumiała, że mugole nie nazywają tak swoich latorośli. Dla pewności dotknęła go swoją magią i poczuła, jak jego wciąż jasna i niewinna nieśmiało jej odpowiedziała. Miała sto procent pewności, że na tyle samochodu spało magiczne dziecko.

Dlatego też postanowiła wrócić do domu. Miała tylko nadzieję, że nie zastanie tam Rona ani nikogo innego, bo nie chciała przytłoczyć małego Oriona zbyt dużą liczbą obcych ludzi. Wiedziała też, że Harry uspokoi trochę jej rozbiegane myśli spowodowane pracą, którą chciała rzucić. Była też pewna, że razem znajdą rozwiązanie, jak wybrnąć z obecnej sytuacji.

Sięgnęła po torebkę leżącą na siedzeniu pasażera na przedzie, wysiadła i skierowała się na tył, gdzie wyciągnęła małego z fotelika. Z ulgą przyjęła fakt, że chłopiec się nie obudził.

I podziękowała za to Merlinowi, lepiej będzie Harry’emu wszystko wyjaśnić na osobności.

Weszła do domu, a w przedpokoju odrazu przywitał ją przyjaciel z łyżką w dłoni.

— Dobrze, że już jesteś, zrobiłem meksyka… — urwał, a zielone oczy wpatrywały się w nią intensywnie. — Hermiona?

Obiecując, że wszystko wyjaśni, jak tylko położy gdzieś małego, przeszła do salonu. Ułożyła go na kanapie, ściągnęła czerwone trampki ze stóp, wsunęła pod ramię maskotkę i nakryła cienkim kocem.

Rzuciła zaklęcia, by nie spadł z wąskiej kanapy, oraz alarmujące, które miało ją powiadomić gdyby coś się działo albo chłopiec się obudził.

Siedzieli przy stoliku, zajadając się zupą meksykańską, którą zrobił Harry po tym, jak wspomniała o niej w ich rozmowie telefonicznej. Widziała, jak mężczyzna przetrawiał to, co mu właśnie powiedziała, a także odmalowującą się złość na jego pięknej twarzy. Sięgnęła ręką nad stołem i kciukiem rozmasowała zmarszczenia pomiędzy czarnymi brwiami. Wiedziała, że pojawiają się wtedy, gdy ogarniało go zmartwienie, zestresowanie i prawdziwe wkurwienie. Często skutkiem ubocznym tak intensywnych emocji były krótkie, ale mocne bóle głowy.

— I nikt się nawet, kurwa, nie zdziwił, że pięciolatek jest sam w centrum miasta? — zapytał, niedowierzając.

W odpowiedzi mogła tylko pokręcić głową.

— Nie wiem… — powiedziała. — Pytałam, jak się nazywa, ale wszystko co mi mówi, to swoje imię, więc będzie trzeba sprawdzić w ministerstwie ilu jest zarejestrowanych chłopców o tym imieniu, z jego wyglądem i w jego wieku. To zadanie dla Harry’ego-Wybrańca-Pottera.

— Pójdę teraz, jest otwarte jeszcze przez dobre pół godziny, więc może dziś się czegoś dowiemy.



Hermiona miała same czarne scenariusze w głowie, kiedy Harry wrócił po długich dwóch godzinach. Spełnił się jeden z najgorszych. Po kilkukrotnym sprawdzeniu katalogów wynik pozostawał taki sam. Kimkolwiek było śpiące dziecko na ich kanapie, nie należało do populacji magicznej Wielkiej Brytanii. Pozostało im skontaktować się z innymi ministerstwami, ale nie będąc rodziną chłopca, nic tak naprawdę nie mogli wskórać. Informacje były przekazywane tylko rodzinie, bez względu na okoliczności, chyba że chcieliby, aby chłopiec trafił do domu rodzinnego, otwartego w Walii po drugiej wojnie. Na początku było dużo dzieci pozbawionych rodziny, w tym też z tej ciemnej strony, ale na przestrzeni lat coraz więcej pojawiało się tam charłaków, dzięki czemu mogli nauczyć się niemagicznego życia.

Za żadne skarby nie chciała, by Orion tam trafił, dlatego następnego ranka skontaktowała się z Kingsleyem. Długo zajęło jej namówienie go na użycie swojego tytułu ministra, by dowiedział się, skąd pochodził chłopiec.

Dopiero kiedy powód ich rozmowy wszedł do kuchni z zaspanymi oczami i rozczochranymi ciemnymi włosami, Kingsley skapitulował.

— Niczego nie obiecuję i może to potrwać.

— Dziękuję, będę ci dłużna — odpowiedziała.

— Powiadomię twój department, że bierzesz nieokreślony urlop z powodów rodzinnych. — Już otwierała usta, by zaprotestować, gdy zza pleców dziecka wyłonił się Harry.

— Słusznie, znając ciebie to i tak masz mnóstwo zaległego urlopu — powiedział były Gryfon.

Kingsley wyszedł, a Harry wsypał płatki do miski, do których dodał ciepłego mleka i miodu. Postawił je na stole wraz ze szklanką soku pomarańczowego.

— Cześć, mały. Jestem Harry, miło mi cię poznać — powiedział, wyciągając przed siebie dłoń. Chłopiec niepewnie ją chwycił i lekko potrząsnął.

— Dzień dobry, panie Harry.

— Po prostu Harry. Powiedz, lubisz płatki?

— Tylko z miodem! — odpowiedział malec, biorąc w drobne dłonie łyżkę.




Pierwszy dzień spędzili na zakupach. Hermiona zdała sobie sprawę, że Orion nic nie miał. Chyba że mieli liczyć Pana Kostka. Dlatego razem z Harrym wybrali się do centrum handlowego. Kupili tam niewiele ubrań z dużą liczbą majtek i skarpetek. Tak, jak Orion mógł pochodzić w tej samej bluzce przez dwa dni, tak Hermiona nawet nie chciała myśleć o codziennym ręcznym praniu dziecięcej bielizny. Kiedy już mieli w siatkach wygodne, a przy tym ładne ciuchy, Harry zaprowadził ich do świata zabaw dla dzieci. Razem razem bawili się w niezliczonej liczbie kulek, do których tylko chwilę namawiali ich małego towarzysza.


Trzeciego dnia, gdy poświata księżyca nieśmiało zaglądała przez okno, Hermionę obudził cichy płacz. Zrywając się z łóżka z wciąż posklejanymi powiekami, pobiegła do drugiego pokoju, gdzie nocował Orion.

Małe ciałko szamotało i kręciło się w wielkim łóżku, a z dziecięcego gardła wydobywało się wołanie o pomoc. Czarne kosmyki przykleiły się do spoconego czoła, a pobielałe palce ściskały Pana Kostka.

— Orion. Orion, hej. No dalej, budzimy się — szepnęła. Nawet nie zdążyła potrząsnąć ramieniem, gdy na sam dotyk dłoni wyrwał się do pozycji siedzącej. Wielkimi, załzawionymi oczami rozglądał się dookoła, a Hermiona doskonale widziała moment, w którym niebieskie oczy rozpoznały pomieszczenie. Biorąc to za dobry znak, przesunęła się z powrotem do łóżka i pojawiła w zasięgu jego spojrzenia.

— Hermina? — zapytał drżącym głosem, a ona zaczesała jego długie, spocone, czarne loki do tyłu, uśmiechając się na niepoprawną wymowę imienia.

— Ale się zgrzałeś, mój drogi — odpowiedziała, podchodząc do komody, w której razem z Harrym zrobili miejsce na te kilka rzeczy, które kupili dla Oriona. Wyciągnęła drugą piżamę i wróciła do chłopca. — Trzeba cię przebrać, bo jeszcze się rozchorujesz, a wtedy tata z mamą będą bardzo, bardzo źli.

— Chcę do taty! — powiedział stanowczym, a przy tym zrozpaczonym głosem, a Hermionie dosłownie pękało serce.

Dzisiejszego dnia dostali odpowiedź z ministerstwa magii w Irlandii, od którego dowiedzieli się, że Orion nie jest obywatelem tego kraju. Następnym krokiem Kingsleya było skontaktowanie się z przedstawicielami ministerstw we Francji i Niemczech, ale oboje wiedzieli, że istniały marne szanse na uzyskanie jakiejkolwiek znaczącej odpowiedzi. Przynajmniej nie bez żadnej przysługi od ich ministerstwa, a chociaż bardzo Kingsley im pobłażał i zawsze pomagał, nie było opcji, by wyłożył się na tacy dla “jakiegoś” dziecka.

— Och, Orionie, wiem o tym, kochanie — powiedziała, siadając na łóżku. Otworzyła szeroko ramiona; chłopiec nic więcej nie potrzebował. Rzucił się jej na szyję z głośnym płaczem, prosząc ją raz po raz, by zabrała go do taty, bo tak bardzo za nim tęskni.

— Jestem pewna, że tatuś też za tobą tęskni i że szuka cię cały czas, bo się boi, wiesz? — zagadnęła, a widząc sceptyczną minę na tak młodej twarzy, parsknęła śmiechem. — Nie żartuję! — powiedziała poważnie, po czym wbiła delikatnie palce w jego boczki i zaczęła łaskotać. — Boi się i będzie cię szukał, dopóki cię nie znajdzie, a jeżeli tatusiowi się nie uda, to my znajdziemy jego, co ty na to? — zapytała, ale odpowiedział jej tylko dziecięcy perlisty śmiech.


Czwartego dnia wszyscy domownicy (ci tymczasowi i permanentni) złapali jakąś chandrę po wiadomościach z Niemiec — Orion nie był obywatelem Niemiec — i Francji — Orion był, a może nie był ich obywatelem — czyli jednym słowem zero dobrych wieści.

Słysząc dzwonek do drzwi, Hermiona pierwszy raz od kilku godzin ruszyła się z kanapy i skierowała swoje kroki do holu. Zanim jeszcze otworzyła drzwi, poczuła zapach pizzy, którą Harry zamówił na obiad. Tak jak ona i Orion, był Gryfon nie ruszył się z kanapy, na której wszyscy siedzieli.

Zapłaciła młodemu chłopakowi i z dwoma wielkimi kartonami jedzenia wróciła do salonu. Zauważyła, że Orion wraz z Harrym posprzątali ze stolika kartki, na których były różnokolorowe pieczątki zrobione przez Hermionę z ziemniaków.

— Jak zwykle nie ma rzeczy, której byś nie wymyśliła — skwitował Harry, gdy pokazywała Orionowi, że wystarczy zamoczyć wycięty w ziemniaku kształt w danym kolorze farby i przycisnąć do kartki, by uzyskać pieczątkę.

Upodobał sobie tę o kształcie samochodu-garbusa, przez co za każdym razem pokazywał im kolejne nowo odbite auto, wykrzykując przy tym jego kolory. Śmiał się, a śmiech miał tak wesoły i ładny, że Hermiona nie chciała, by ta chwila przeminęła.


Szóstego dnia Hermiona znalazła Oriona w bibliotece. Siedział po turecku na granatowym dywanie przed ścianą, na której widniało wielkie drzewo rodzinne Blacków.

— Orion, kolacja już jest — powiedziała, opierając się o framugę drzwi, ale chłopiec nawet nie zareagował. Wpatrywał się oczami w jeden punkt, więc Hermiona podeszła do niego, domyślając się, że pewnie nawet jej nie usłyszał.

— Orion? — zapytała, a on podskoczył zaskoczony.

— Co to? — odpowiedział po chwili, wskazując na drzewo, do którego podszedł.

— To jest drzewo rodzinne Blacków. Kiedyś była to duża i ważna rodzina, ale teraz niewielu członków tego rodu wciąż żyje — rzekła. — Nie lubimy o niej rozmawiać, ale spójrz — powiedziała, wskazując na twarz Syriusza. — To jest chrzestny Harry’ego, zostawił mu to miejsce. A tutaj jest Andromeda, kuzynka Syriusza, która ma wnuka o kilka lat starszego od ciebie. Wiesz, co was łączy?

— To, że mamy imiona po gwiazdach? — zapytał, a jej zaparło dech, bo mimo iż myślała tymi kategoriami, to niedosłownie w ten sposób.

— Miałam na myśli to, że macie imiona jak gwiazdy, ale masz rację, oni, będąc z rodziny Blacków, dostali imiona właśnie po gwiazdach. Jest to rodzinna tradycja, jedyna, która naprawdę mi się podoba.

— To tak jak my! — powiedział, wstając niezdarnie z podłogi i ciągnąc ją w stronę zapachu kurczaka.


Ósmego dnia Hermiona zabrała Oriona po śniadaniu na plac zabaw, gdzie z zaróżowionymi policzkami biegał jak szalony. W pierwszej chwili obawiała się, że może się czuć niekomfortowo, nie wiedziała, czy chłopiec będzie wiedział, co to za miejsce. Po dziesięciu minutach zrozumiała, że było to niepotrzebne. Orion czuł się jak ryba w wodzie, ciągle zjeżdżał na ślizgawce, machał nogami, gdy kazał się wysoko bujać, bawił się w piasku i śmiał się. Bez przerwy. Uśmiech nie schodził z małych ust, za co była wdzięczna, bo od czasu robienia pieczątek nie słyszała jego dziecięcego śmiechu.

A starała się bardzo, by go wywołać.

Domyślała się, że bardzo tęsknił za tatą, ale dzisiaj nie spytał o niego jeszcze ani razu. Przyjęła ten fakt z ulgą, bo już nie wiedziała, jak po raz kolejny miała znieść rozczarowanie w jego oczach i drżącą dolną wargę.

Po długich czterech godzinach biegania Orion przewrócił się na chodniku okalającym plac zabaw, zdzierając sobie kolano. Już zbierała się, żeby do niego podejść, ale on ją uprzedził. Przybiegł do niej z ogłuszającym płaczem. Po pulchnych policzkach spływały wielkie łzy, a po odkrytej nodze w spodenkach ciekła ścieżka krwi. Łagodnym głosem próbowała przebić się przez kwilenie, mówiąc mu, że to tylko małe zadrapanie i zaraz wszystko będzie dobrze.

Wzięła go na kolana, a on wtulił się w nią ufnie, oplatając małymi rączkami jej szyję. Rozglądając się szybko dookoła, uniosła dłoń ponad ranę i używając niewerbalnego zaklęcia, popchnęła swoją magię, a rana zasklepiła się. Zostało po niej tylko zaczerwienienie i zaschnięta krew, którą także usunęła zaklęciem.

Nim skończyła, wyczerpany Orion zasnął wtulony w jej ramionach.

Mam cię.


Dziewiątego dnia odwiedził ich Ron, który zastanawiał się, dlaczego Hermiona po raz kolejny odmówiła przyjścia do Nory i dlaczego nie chodziła do pracy.

— Mam urlop — odpowiedziała, próbując ignorować zszokowaną minę na twarzy rudzielca. — Coś mi wypadło i nie mam na razie czasu. Jestem pewna, że Molly mi to wybaczy.

Jako że wciąż bardzo kochała Rona, jako przyjaciela, to doskonale wiedziała, że był temperamentny. Dlatego subtelnie próbowała się go pozbyć, nim Harry i Orion wrócą do domu na obiad. Zdawała sobie sprawę, że dawno dowiedział się od pijanej Ginny, że Harry i Hermiona mieli coś w czasie wojny, gdy najmłodszy Weasley ich zostawił, i do tej pory mu się to nie podobało. Wciąż pamiętała ostre słowa, które sprawiły więcej bólu niż powinny, gdy Harry zaproponował jej wspólne mieszkanie. W głowie Rona uroiła się jakaś fantazja o wiecznej orgii, która miała się odbywać pod nieobecność jego siostry, gdy ta podróżowała z Harpiami.

Słysząc brzdęk kluczy i perlisty śmiech Oriona, Hermiona poczuła, jak jej ramiona automatycznie się napięły w oczekiwaniu na atak.

Chłopiec wbiegł do kuchni, od razu przylegając do jej nóg i z ekscytacją w głosie opowiadał o dzieciach, które dziś spotkał. Hermiona kiwała głową, ciągle nie spuszczając oczu ze swojego byłego chłopaka.

— Słońce, jesteśmy tak głodni, że zjedlibyśmy konia z kopytami…

Hermiona zaklęła siarczyście, słysząc słowa Harry’ego i widząc, jak piegowata twarz pokrywa się wielkim rumieńcem złości. Instynktownie zjechała dłońmi z głowy Oriona na jego uszy, by choć trochę ochronić go przed słynnym Weasleyowskim językiem.

— Co, kurwa?! — zapytał uniesionym głosem Ron, a Hermiona miała ochotę trzepnąć go porządnie, porządnie w głowę. — Co to za dzieciak? I czy Ginny wie, że zabawiacie się w dom pod jej nieobecność?

Harry przewrócił oczami, spodziewając się takiej reakcji, a była Gryfonka miała wielką ochotę zrobić to samo. Jednak powstrzymała się z powodu wpatrujących się w nią niebieskich oczu Rona. Świdrowały ją, jakby chciały przewiercić się przez niewidzialne osłony wokół niej i odkryć wielki sekret.

Co to był za sekret, miała ochotę parsknąć śmiechem. Zamiast tego skupiła się, a na jej twarzy odmalowała irytacja, która często towarzyszyła kobiecie w pobliżu swojego byłego.

— Po pierwsze, Ronaldzie, wyrażaj się, bo jest z nami dzieciak, Orion — powiedziała, kładąc największy nacisk na słowo określające chłopca, którego użył Ron, by dać mu do zrozumienia, po jak cienkim lodzie stąpał. — Po drugie, nawet nie będę się zniżać do twojego poziomu, bo jest gorszy niż kiedyś. Teraz tak, jak wrażliwość nie mieści się on w pieprzonej łyżeczce do herbaty!

— Słucham? — zapytał, a Harry parsknął śmiechem. — I czego rżysz, Harry! Ginny ciężko pracuje, a ty rządzisz tutaj z Hermioną!

Widząc rosnącą irytację na twarzy Harry’ego, który jeszcze dziesięć sekund wcześniej był rozbawiony, Hermiona zdecydowała się działać. Kucnęła, by wziąć czterolatka w ramiona i wyszła z kuchni. Wychodząc, usłyszała jeszcze odpowiedź przyjaciela, która była tak bardzo zabarwiona jadem, że aż przeszły ją ciarki.

— No tak, bo twoje urojenia o mnie i Hermionie pieprzących się jak króliki w rui wymagają pełnej powagi. Z Hermioną mamy wspólną przeszłość, tak, ale jest to w pieprzonej przeszłości, bo jestem po uszy zakochany w twojej siostrze. Skoro ona się pogodziła, że dostając mnie, dostaje mnie z Hermioną, ty musisz zaakceptować, że nie byłeś ani jedyny, ani pierwszy.

Ron wyszedł, trzaskając drzwiami, obiad został zapomniany, a przestraszony Orion ani na chwilę nie opuścił jej ramion, aż w nich zasnął.

Hermiona nie mogła się nadziwić, jak ufny w stosunku do ich dwójki był mały Orion. Tym bardziej kiedy brało się pod uwagę, jak zachowywał się przy i po wizycie Rona. Bez skrępowania zadawał milion pytań: kim jest Harry, co robi Hermiona, czyj jest ten brzydki, rudy kot (na to pytanie kobieta się obruszyła, a jej przyjaciel ryknął takim śmiechem, że mało nie spadł z kanapy), gdzie w ogóle byli, czy tata po niego już jedzie, czy nie uważają, że Pan Kostek powinien mieć Panią Kostkę? Miała wrażenie, że nie było dziesięciu minut, w ciągu których nie pytałby o to czy o tamto i siamto. Z łatwością opowiadał im, że chodzi do przedszkola, a jego najlepszą przyjaciółką była Alice, której jego dziadek naprawdę, naprawdę nie lubił, ale nigdy nie chciał powiedzieć czemu. Zły dziadek, prawda? Uwielbiał playdooh, ale nie bawił się nim często, bo zawsze nim bałaganił, tak mówiła babcia. Babcia kochała porządek!

Za każdym razem, gdy rozwiązywał mu się język i z przejęciem opowiadał o ulubionych lekcjach, jak piękny był kolor różowy, i że miał białą fretkę o imieniu Smok (tym razem Harry spadł z kanapy i śmiejąc się turlał po dywanie, a twarz miał tak czerwoną, że Hermiona martwiła się, czy zaraz nie eksploduje), ona czekała na jakąś informację, małą wzmiankę.

Nazwa miasta czy nawet przedszkola!

Jakiekolwiek imię, oprócz Alice, ale nawet gdy pytali, jak nazywał się tatuś albo babcia, odpowiadał — tatuś i babcia — jakby to była najoczywistsza rzecz na calutkiej kuli ziemskiej, a nawet i we wszechświecie!

Chciała, nie, skreśl to, potrzebowała czegokolwiek, bo ta bezczynność ją wprost zabijała. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie mogła nic zrobić, by komuś pomóc. Dobijała ją ta bezradność za każdym razem, jak przyłapywała Oriona, gdy wyglądał, jakby się wyłączał. Siedział wtedy przez dłuższą chwilę, wpatrując się w jeden punkt przed sobą, a żadne nawoływanie nie budziło go z tego letargu, dopóki nie poczuł ciepła dotyku.


Dziesiątego dnia Hermiona po raz kolejny znalazła Oriona w bibliotece. Ponownie siedział ze skrzyżowanymi nogami przed rodzinnym drzewem, a w rączkach miął Pana Kostka. Spojrzał na nią, gdy kucnęła obok niego. Miał swoją minę myśliciela, jak to Harry lubił ją nazywać, a w niebieskich oczach, które zdążyła pokochać, tliło się łaknienie wiedzy.

— Hermina, to drzewo jest rodzinne? — zapytał, a Hermiona uśmiechnęła się lekko, słysząc, w jaki sposób sformułował zdanie.

Przez te kilka dni trudno jej było pamiętać, że Orion to wciąż mały chłopiec, bo wiele razy pokazywał, jak wspaniałym, mądrym i pojętnym był dzieckiem. Dlatego kiedy wychodziły mu takie kwiatki, sprowadzał ją na ziemię i przypominał, jak mały i niewinny jeszcze był.

— Tak. Rodzina Blacków, pamiętasz? — zapytała, a on pokiwał głową.

— To dlaczego tam jest mój tatuś? A on nie jest Black? — zapytał, a serce Hermiony zwolniło, żeby po trzech długich sekundach znowu przyśpieszyć. Poczuła ulgę, że wreszcie coś się ruszy, że odpowiedź mieli przed samym nosem, ale byli zbyt krótkowzroczni. Ale kiedy euforia powoli z niej zeszła, poczuła ukłucie smutku, bo zrozumiała, że Orion zniknie z jej życia.

— Twój tatuś tutaj jest? — zapytała, siląc się na wesoły ton głosu, gdy poczuła, że dobry humor ją opuścił. Wstała i podeszła bliżej do ściany. Spojrzała tam, gdzie Orion pokazywał palcem. — Draco? Draco Malfoy jest twoim tatą? — zapytała, kręcąc przy tym głową. — Malfoy nie ma syna, spójrz, widzisz, nie ma żadnej nitki od jego zdjęcia — powiedziała.

Ma mnie! — krzyknął zdenerwowany. — I chcę do taty!



— Draco-skacząca-fretka-Malfoy?! — zawołał zdziwiony Harry, po zakrztuszeniu się mlekiem, które pił prosto z kartonu. Hermiona przewróciła oczami, czego jej przyjaciel nie mógł zauważyć. Korzystając z tego, że Orion potrzebował drzemki po wybuchu magii, który towarzyszył jego zdenerwowaniu, kobieta postanowiła w pełni wykorzystać ten czas.

— Draco Malfoy wystarczy, Harry — powiedziała, podpisując się pod listem, który właśnie skończyła pisać do departamentu transportu magicznego. Zaraz po tym, jak Orion zasnął, Hermiona skontaktowała się z Kingsleyem, który poinformował ją, że Malfoy mieszka we Francji i zdobędzie dla niej pełen adres. — Skoro fakt, że szkołę skończyliście trzy lata temu nie zmienia twoich uczuć, to to, że zajmowałeś się jego dzieckiem przez ostatnie kilkanaście dni już powinno.

— Draco—pieprzony—Malfoy, bardziej ci nie ustąpię — powiedział, sięgając po list z blatu stołu. — Potrafisz wyobrazić sobie jego minę, gdy cię zobaczy?

— Myślę, że zmieni ją bardzo szybko, gdy dowie się, dlaczego mnie widzi.

— Pewnie masz rację, jak zawsze. Ale obiecaj mi, że będziesz ostrożna.

Hermiona wstała i odwróciła się w stronę przyjaciela. Wiedziała, że nie podobało mu się, że kazała mu zostać w domu, gdy ona weźmie świstoklik do Francji, ale nie chciała zostawiać Oriona z obcymi osobami. Dlatego Harry musiał zostać.

— Naprawdę myślisz, że Malfoy mógł wychować tak cudowne dziecko, gdyby wciąż był tym samym, wrednym chłopcem sprzed wojny? — zapytała cicho, a Harry westchnął.

Oboje wiedzieli, że było to wręcz niemożliwe.



Wylądowała na trzęsących się nogach w ministerstwie magii we Francji. Widząc zaciekawione spojrzenia i kilku fotografów, cieszyła się, że nie wylądowała na tyłku albo co gorsza twarzą do posadzki. To by była dopiero gratka dla fotoreporterów. Po szybkim sprawdzeniu przez zbyt miłego pracownika, Hermiona wyszła na ulicę Paryża. Chowając się w pustej alejce, spojrzała po raz tysięczny już na skrawek kartki, na której widniał adres zamieszkania, po czym zamykając oczy, zniknęła z cichym trzaskiem.



Wylądowała przed białymi drzwiami, o które uderzyła łokciem, przez co poczuła prąd biegnący wzdłuż ręki. Rozmasowując wciąż bolące miejsce, nie zauważyła nawet, że drzwi przed nią zostały otwarte, a w nich stanął mężczyzna z laską.

— Słucham? — zapytał, a Hermiona wciąż z grymasem na ustach spojrzała w górę.

— P...pan Malfoy! — powiedziała zaskoczona.

— Panna Granger, czy może już Pani Potter? — zapytał z drwiącym uśmiechem na ustach.

— Nie Weasley? — mruknęła zaciekawiona. — Zresztą nieważne, muszę porozmawiać z... pańskim synem.

— Mój syn jest pediatrą, nie psychiatrą, zresztą jest tymczasowo niedostępny. Więc jeśli ministerstwo wysłało cię jako żarcik, by nas sprawdzić, to możesz im powiedzieć, że do kolejnej kontroli…

— Panie Malfoy — przerwała mu stanowczo. — Muszę natychmiast zobaczyć się z Draconem — dodała, decydując się na użycie rodzonego imienia jej szkolnego wroga, mając nadzieję, że pokaże to starszemu czarodziejowi, jak bardzo jej zależało i jak bardzo poważna była sytuacja.

Chyba zrozumiał, bo po minucie milczenia, przesunął się obok i uchylił mocniej drzwi do wielkiej willi. Nic nie mówiąc, zaczął się kierować jednym z korytarzy, który biegł od wejściowego holu. Zatrzymał się dopiero przed uchylonymi drzwiami do pomieszczenia, z którego słychać było podniesiony głos i taką wiązankę przekleństw, że nawet Ron się przy tym chował.

— Wychowałem cię lepiej, więc tak się wyrażaj — powiedział Lucjusz, pchając drzwi.

Malfoy stał pośrodku gabinetu z telefonem komórkowym, przez który musiał właśnie rozmawiać. Widziała, jak przewrócił oczami i z krzywym uśmiechem spojrzał w ich stronę. Zauważyła także, że jego ojciec stanął tak, że była cała zasłonięta.

— Ty mnie hodowałeś, jak bydło na rzeź, tato — odpowiedział słodkim głosem, aż po plecach przeszły jej ciarki. Przez chwilę zastanawiała się, czy pomylili się z Harrym i młody mężczyzna w gabinecie wciąż był wrednym szesnastolatkiem.

— Niemniej jednak, wyrażaj się, bo masz… gościa.

Hermionę zawsze zastanawiało, jak to możliwe, by tak normalne słowo, można było zamienić w obelgę. Widocznie jad, który nadawał zwykłym słowom moc, można było wypić z mlekiem matki albo był dziedziczny.

Lucjusz odsunął się, a Hermiona zauważyła nawet z tej odległości, jak szare oczy rozszerzają się ze zdziwienia oraz niepewności.

— Granger?

— Malfoy.



Hermiona usiadła w fotelu naprzeciwko biurka, które wskazał jej mężczyzna. Czekając, aż porządzi trochę skrzatami, na co musiała mocno zacisnąć zęby, rozejrzała się po pomieszczeniu. Zauważyła kilka ramek ze zdjęciami, na których znajdowali się Orion i on, razem i osobno. Sięgnęła po to, co było najbliżej niej i przyjrzała się chłopcu, który wyglądał jakby miał lekko ponad rok, i siedział Malfoyowi na barkach. Zdjęcie było czarodziejskie, więc mogła zauważyć, że już wtedy uśmiechał się tak szeroko, że pokazywał wszystkie zęby. W głowie nawet słyszała perlisty śmiech, który przez te kilka dni poznała na pamięć, gdy mężczyzna zaczął się z nim kręcić i biegać po ogrodzie, jak szalony.

— Jak pijesz…

— Mam Oriona — przerwała mu zdenerwowanym głosem i powiodła spojrzeniem w jego stronę. Zauważyła, jak z twarzy spadła mu maska, a na jej miejscu pojawiło się zaskoczenie i napięcie. Jak za dotknięciem różdżki spostrzegła ciemne wory pod oczami i poszarzałą skórę, która straszyła niezdrowym wyglądem. Niepokój wręcz bił od całej jego postaci, a drżące dłonie zdradzały zdenerwowanie. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego nie zauważyła tego od razu, ale zrzuciła to na próbę utrzymania swoich własnych emocji w ryzach.

— Granger… — przerwał, ale Hermiona nie zamierzała go popędzać. — Skąd wiesz o Orionie? Jakt to go masz? Jak długo? I przede wszystkim, gdzie on, kurwa, jest? — warknął zdenerwowany, a ona mimowolnie podskoczyła na zmianę tonu. — Szukam go wszędzie!

Wzięła głębszy oddech i policzyła do dziesięciu, starając się opanować i nie odpowiedzieć równie opryskliwie. Bycie dorosłym i rozumiejącym innych czasem było trudne.

— Od dziesięciu…

— Dziesięciu dni! — krzyknął, podrywając się z krzesła, a ona razem z nim.

Nie zamierzała wdawać się w żadną kłótnię, ale jeśli Malfoy potrzebował wykrzyczeć swoje frustracje, wolała być mniej więcej na tym samym poziomie. Czuła się wtedy o wiele bezpieczniej, chociaż wiedziała, że to irracjonalne uczucie, bo nic jej tutaj nie groziło.

Draco Malfoy nie mógł być złym mężczyzną. Tak naprawdę nawet nie był złym dzieckiem, tylko zagubionym chłopcem, który od małego miał wpajane kłamstwa, uprzedzenia i rasistowskie opinie. Hermiona miała nadzieję, że tak, jak przez Lucjusza, a później Voldemorta nigdy nie miał szansy stać się swoją własną osobą, tak będąc uwolnionym po wojnie, nauczył się żyć dla siebie, decydować za siebie i zostać takim mężczyzną, jakim nigdy nie mógł być za dziecka.

— Tak, dziesięć. Rozumiem, że jesteś zły, ale usiądź, proszę? — zapytała z nadzieją. — Dla Oriona? — dodała, widząc zaciętą minę byłego Ślizgona. Kiedy usiadł, sięgnęła po filiżankę herbaty, do której dodała łyżeczkę miodu i jednym ruchem palca, posłała ją w stronę zdziwionego Malfoya, po czym zajęła się przygotowaniem napoju dla siebie.

— Orion uwielbia miód, a także mówić wszystkie mało istotne fakty o sobie i bliskich mu osobach — wyjaśniła, widząc nieme pytanie na zmęczonej twarzy. Kiedy nie odpowiedział, a jej zaczęły pocić się ponownie dłonie, zacisnęła palce mocniej wokół rozgrzanej porcelany.

— Znalazłam Oriona w mugolskiej części Londynu. Nie wiem, czy to czysty przypadek, czy tak miało być, jak to Kingsley lubi powtarzać, ale ciesze się, że tak się stało. Orion był przerażony… do tego stopnia, że w upalny dzień był zmarznięty i oblany zimnym potem.

— Kurwa — szepnął Malfoy, a Hermiona zauważyła, jak ściska blat biurka, by nie eksplodować.

— Nie wiem, ile tak stał, ale nikt, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Z początku chciałam zabrać go na policję, ale kiedy powiedział swoje imię, musiałam się upewnić... — przerwała, biorąc głębszy wdech, wiedząc, że kolejna część wypowiedzi może się jemu, jako czarodziejowi czystej krwi, nie spodobać. Wszak dotknęła swoją brudną magią, czystą i niewinną Oriona. — Sprawdziłam swoją magią jego. — Kiedy nie usłyszała żadnego komentarza, przekleństwa, kontynuowała. — Kingsley od dnia następnego próbował skontaktować się z innymi ministerstwami. U nas i w Anglii nie było żadnych dokumentów chłopca o imieniu Orion, w Niemczech też nie, a Francja odmówiła współpracy, broniąc się, że takie dane są tylko dla rodziny. Jestem wściekła, bo mogli się chociaż skontaktować z tobą, nawet jeśli do końca nie wiedzieli, o co chodzi! — zawowała. — Orion już dawno byłby w domu, z tobą, tatą, za którym tak cholernie tęskni, Malfoy!

— Czy on wie? — zapytał, a ona pokręciła głową.

— Nie byłam pewna — odpowiedziała. — Wiesz, jak dowiedziałam się, że jesteś jego tatą? — zapytała, ale nie czekała na jego odpowiedź. — W Grimmauld Place wciąż jest drzewo rodzinne Blacków. Od samego początku bardzo zainteresowało Oriona. Wyjaśniłam mu, co to jest, ale dopiero za czwartym razem, gdy przyłapałam go znowu przed tą głupią ścianą, spytał dlaczego jego tatuś tam jest, skoro nie jest Blackiem — powiedziała i zauważyła zrozumienie w szarych oczach mężczyzny. — Oboje wiemy, że Orion nie jest twoim synem z krwi i kości, więc nie chciałam ryzykować brania go ze sobą w taką podróż, nie mając pewności, że jesteś tym, kim mówił.

Orion jest moim synem — powiedział stanowczo, a ona uśmiechnęła się, przypominając sobie wybuch Oriona w bibliotece.

— Wiem.

— Adoptowałem go zaraz po tym, jak Wizengamot oczyścił mnie z zarzutów i dał pod nadzór Aurorów, miał tylko dziesięć miesięcy. Orion nie wie jeszcze, że nie jest… mój — wyjaśnił, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem, mimo że tak naprawdę nie rozumiała prawie nic.

Malfoy był nastolatkiem, gdy adoptował małe dziecko. Ale dlaczego? I czyj był Orion? Tyle pytań, których nie miała prawa zadać. A ciekawość i pragnienie poznania prawdy, wręcz ją zżerało.

Spojrzała na komórkę, a później na Malfoya.

— Za piętnaście minut uruchomi się świstoklik. Jesteś gotowy zobaczyć syna?



Hermiona ze łzami w oczach patrzyła na płaczącego ze szczęścia Oriona. Zauważyła nawet, jak Malfoy wierzchem dłoni wycierał swoje blade, nieogolone policzki, gdy przytulał małe ciałko. Harry wszedł do salonu z torbą, w którą spakował wszystkie rzeczy Oriona. Po jednym spojrzeniu w jej stronę, podszedł do niej i objął od tyłu jednym ramieniem. Czując jego ciepło, miała ochotę się w nim zatopić i wybuchnąć głośnym płaczem. Przez te wszystkie dni, gdy tak szukali taty ich — ich — małego chłopca, ani razu nie myślała, co się stanie, gdy już go znajdą.

Teraz wiedziała.

— Hermina! — krzyknął Orion, na co Malfoy parsknął śmiechem. Chłopiec puścił byłego Ślizgona i podbiegł do niej niemal podskakując na krótkich nóżkach. — Dziękuję.

Rzucił się w jej stronę, a gdy kucnęła by być na jego poziomie, poleciała do tyłu przez siłę uderzenia. Nie zwracając na to uwagi, zacisnęła swoje ramiona wokół niego, myśląc, jakby to było, gdyby już go nie wypuściła. Wciągnęła zapach i poczuła jabłkowy płyn dla dzieci.

— Mówiłam, że jak nie tatuś nas znajdzie, to my jego! — powiedziała łamiącym głosem, ale wciąż starała się brzmieć, jakby był to najszczęśliwszy dzień jej życia.

— Nie płacz, Hermina — szepnął smutno, a ją coś ścisnęło. Używając całej siły, jaką miała, zmusiła się do nikłego uśmiechu. — Tak lepiej. Piękna jesteś, jak mère — powiedział swoim słodkim, dziecięcym i podekscytowanym głosem, a z jej gardła wydobył się stłumiony płacz, chociaż nie zrozumiała co znaczy mère.

— Przepraszam… już… już nie będę — powiedziała, uśmiechając się przez łzy, czując przyjemne ciepło w sercu. Orion odwzajemnił jej uśmiech i podbiegł do Malfoya, który stał, przyglądając im się z torbą przewieszoną przez ramię. Orion coś mu powiedział, a później szybko do niej wrócił.

Znowu ją przytulił, szepcząc, że też będzie tęsknił, po czym włożył coś w jej dłonie i zniknął wraz z Malfoyem z Grimmauld Place.

Kiedy spojrzała w dół, zauważyła statek z papieru, który miał pełno kolorowych samochodowych pieczątek, a pomiędzy masztem a ściankami statku schował różę Pana Kostka. Statek nie był idealny, bo to pierwszy, w którego składaniu nie pomagał mu Harry. Cały był zrobiony samodzielnie małymi rączkami, które mocno trzymały cały jej świat.

— Mówiłem ci, żebyś przestała czekać, bo miłość sama cię znajdzie — powiedział Harry, a ona wtulona w niego wybuchła płaczem.



Pierwsze trzy dni, odkąd Orion wrócił ze swoim tatą do Francji, były ciężkie dla Hermiony. Po godzinie płakania w ramionach Harry’ego, zamknęła się w pokoju Syriusza, w którym ulokowali ich małego gościa. Powtarzając sobie, że zachowuje się głupio i przesadza, zakopała się w pachnącej Orionem pościeli.

Czując zielone jabłko i zapach, który jest specyficzny dla małych dzieci, wypuściła ze świstem powietrze spomiędzy drżących ust. Opatuliła się czerwoną pościelą i pozwoliła, by jej ciepło rozluźniło napięte mięśnie, a ćwierkanie ptaka w domku, który Orion zamontował z Harrym na parapecie okna, otuliło ją do snu.

Kiedy obudziła się kilka godzin później, w głowie dudniło jej od płaczu, a przez okno wpadała poświata księżyca.

— Nareszcie — usłyszała głos Harry’ego za sobą.

Czując owinięte wokół jej talii ramię, przekręciła się, by móc zobaczyć przyjaciela. Sięgnął do jej twarzy by wsunąć zbłąkany kosmyk włosów w elastyczną gumkę na czubku głowy.

— Czemu nie śpisz? — zapytała zachrypniętym głosem.

— Pierwszy raz od dziesięciu dni, nie wymęczyło mnie żadne dziecko — powiedział z uśmiechem na ustach — Chyba potrzebuję jakiegoś psa, z którym mógłbym zużywać energię — dodał, a ona pokiwała głową.

— Brakuje mi go Harry, tak cholernie brakuje, a to tylko dziesięć dni — szepnęła.

— Wiem — powiedział, sięgając do kieszeni jeansów. Wyciągnął coś z niej. — Daj rękę.

Hermiona sięgnęłą między nimi dłoń, na której były Gryfon ułożył delikatny łańcuszek z zawieszką. Przewróciła palcem zawieszkę, by lepiej jej się przyjrzeć, po czym sapnęła zaskoczona.

— Gobliny były wniebowzięte tym projektem — szepnął, unosząc się do pozycji siedzącej. Zabrał biżuterię z jej ręki i sięgnął za jej głowę, by pomóc jej zapiąć naszyjnik. — Powiedzieli, że jeszcze nigdy nie zamienili dziecięcego obrazka w srebro.

Chłód na rozpalonej skórze był przyjemny, wręcz kojący. Ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach spojrzała na Harry’ego, a później na zawieszkę, którą był mały srebrny statek, kiedyś z papieru, z kolorowymi diamencikami w kształcie garbusów. Idealna kopia statku Oriona, który wręczył jej wcześniej. Każde zgięcie, nawet delikatne rozerwanie na maszcie, wszystko było idealnie oddane.

— On za tobą też tęskni, nie da się inaczej.



Z ulgą nie do opisania, Hermiona rozsiadła się wygodniej w fotelu. Dzisiejszego ranka prawie w podskokach dostała się do Ministerstwa, a później do swojego biura. Nie mogła się doczekać aż minie weekend, by w poniedziałek wreszcie wrócić do pracy, a kiedy do niej wróciła, nie przeraził jej nawet stos dokumentów i kilogramy papierów. Otwartymi ramionami przygarnęła całą pracę, która nazbierała się pod jej nieobecność, bo wiedziała, że zajmie ona rozbiegane myśli i na chwilę zapomni o Orionie.

Szło jej całkiem dobrze. Podzieliła dokumenty na terminy, na bardziej i mniej ważne, i te, gdzie musiała postawić tylko swój podpis. Nim się obejrzała, wybiła godzina lunchu, na który nie miała specjalnej ochoty. Mimo tego sięgnęła do torebki, gdzie spoczywał pojemnik z sałatką i piersią kurczaka, którą przygotował dla niej Harry. Nie chcąc później słuchać wywodów na temat tego, że za dużo pracuje, nie dba o siebie i zacznie ją karmić jak małe dziecko, zdecydowała się zjeść choć trochę.

Już miała się rozkoszować fetą, gdy ktoś zapukał do drzwi.

— Proszę! — krzyknęła, po czym wyciągnęła kalendarz, który jej asystentka uzupełniła przełożonymi spotkania dla Hermionny. Kiedy usłyszała skrzypnięcie klamki, ciche kroki, ale nikt się nie odezwał, uniosła głowę, a jej żołądek ścisnął się ze zdenerwowania. — Malfoy… Czy coś się stało? — zapytała, a gdy nic nie odpowiedział, tylko obserwował ją, jakby czegoś szukał, dodała. — Orion?

Na samo imię, usta byłego Ślizgona rozciągnęły się w uśmiechu. Usiadł w fotelu naprzeciw niej i powoli rozejrzał dookoła.

— Orion — odpowiedział. — Nie wiem, jak tego dokonałaś, bo jest on nieufnym dzieckiem, ale zdaje się, że jest tobą… zauroczony — zakończył, robiąc śmieszną minę, kiedy wypowiadzaił ostatnie słowo. Skwaszoną, jakby spróbował najbardziej kwaśną cytrynę na świecie.

— Gdybym cię nie znała, to powiedziałabym, że to komplement.

— Lepszego nie dostaniesz — odparł. Przez chwilę widziała, jak nad czymś intensywnie myśli, nim spojrzał na nią, a jego twarz stała się nie do odczytania.

— Więc w czym mogę ci pomóc, Malfoy? — zapytała. — I gdzie mój ulubiony chłopak, byłam pewna, że przez jakiś czas nie wypuścisz go z zasięgu wzroku.

— I miałaś rację, jak zawsze, wszystko-wiedząca — odpowiedział i pierwszy raz nie miała mu tego za złe, bo wydawał się rozbawiony, a na ustach błąkał się lekki uśmiech. — Twoja asystentka nie chciała mnie wpuścić, kazała mi umówić się na spotkanie. Poszedłem więc do Pottera, przy okazji odbębniłem kontrolę różdżki. Orion jest z nim za drzwiami.

— Orion tutaj jest? — zapytała podekscytowana tak bardzo, że nawet nie zauważyła zaciekawionego spojrzenia, które posyłał jej Malfoy. — I ufasz Harry’emu?

— Orion dał mu taką rekomendację, że muszę mu chyba jakiś prezent kupić, może mi z tym pomożesz — powiedział.

— Najlepiej psa, strasznie się nudzi bez Oriona — powiedziała rozbawiona, a on przekrzywił śmiesznie głowę.

— Zobaczymy… A teraz, chciałabyś zjeść z nami lunch? Orion się ucieszy, widząc cię.

Nie odpowiedziała, a Malfoy parsknął bardzo nie Malfoyowskim śmiechem, widząc jak bursztynowe oczy zrobiły się wielkie ze szczęścia, a ich właścicielka kiwała gorliwie głową.



Hermiona westchnęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, gdy tak spoglądała na chłopca, który po godzinie latania po placu zabaw i zjedzeniu lekkiego lunchu, zasnął w jej ramionach. Przez dziesięć dni, które z nim spędziła, przywykła do tego słodkiego ciężaru, dlatego kiedy Malfoy chciał jej go zabrać, by ją odciążyć, odgoniła jego dłonie jak natrętną muchę.

— Daj mi jeszcze chwilę nim go zabierzesz — szepnęła. przymykając oczy. Mogła wtedy prawie udawać, że dalej nie znaleźli taty chłopca i wciąż przebywał z nimi na Grimmauld Place. Prawie, bo przeszkadzały jej szare oczy, które ani na chwilę nie spuszczał z niej wzroku.

— Chciałem ci podziękować… Gdybyś go wtedy nie zobaczyła… Nawet nie chcę o tym myśleć.

— Przestań. Nie powiem, że było łatwo, bo często mu cię brakowało, ale były to najfajniejsze dni od długiego czasu. Orion jest wspaniałym chłopcem, muszę powiedzieć, że spisałeś się z nim na medal! — powiedziała oraz z rozbawieniem obserwowała, jak jej towarzysza rozpiera duma.

— Muszę powiedzieć, że z twoich ust, Granger, brzmi to jak stoprocentowy komplement.

— Proszę, dobrze wiesz, że nim był. Zaczyna się robić chłodno. Może zechciałbyś wpaść do nas na herbatę? Harry ma coś dla Oriona.



Czując deja vu, Hermiona ułożyła na kanapie chłopca, który wciąż trzymał w rączce paczkę mgiełkowych żelek. Znając zamiłowanie Oriona do słodyczy, Harry od razu je kupił, nim jeszcze stały się nowością u George’a. Po zetknięciu ze śliną zmieniały się w buzi w mieszankę wybuchową owocowych smaków i stawały się… strzelającą mgiełką. Pod ramię włożyła mu Panią Kostkę, którą uszyła Molly, po tym jak Harry opowiedział jej o chłopcu. Na stopach miała czerwone baletki, a na głowie tiarę z czerwonymi różyczkami — była idealna dla Pana Kostka. Rzuciła zaklęcie, by młody Malfoy nie mógł spaść, przykryła go lekkim kocem i pocałowała w czoło, po czym skierowała się w stronę kuchni. W jej wejściu stał Malfoy, który obserwował jej poczynania z wyrazem twarzy nie do odczytania Prześlizgnęła się pomiędzy nim a framugą, by wejść do jasnego po remoncie pomieszczenia. Jasna zieleń ścian uspokajała jej rozszalałe ze zdenerwowania serce, bo teraz kiedy Orion spał, nie wiedziała, jak potoczy się dalej to niespodziewane spotkanie.

— Więc… — zaczęła, a Draco jej przerwał.

— Wierzę, że dalej pamiętasz, jaką piję herbatę — powiedział, a ona poczuła ulgę, wiedząc, że daje jej czas na zebranie myśli przy robieniu ciepłego napoju.

Krzątając się w kuchni, wyciągając kubki, saszetki i miód z szafek, nastawiła czajnik elektryczny. Błagała, by czas gotowania wody wydłużył się o jakieś kilkanaście minut.

Zagrzała się po pół minuty. Jej pech.

Gotowe napoje postawiła na filcowych podkładkach, a z szafki wyjęła rurki waflowe o smaku czekoladowym z miętowym nadzieniem.

— To wcale nie jest niepokojące, że wiesz, jak piję herbatę, choć nie widzieliśmy się tak naprawdę od mojej sprawy te cztery lata temu, to jeszcze masz moje ulubione mugolskie łakocie.

— Wcale — przyznała, uśmiechając się na rozbawiony głos byłego Ślizgona. — Widzę, że od Hogwartu pod tym względem się nie zmieniłeś, a Orion ma zamiłowanie do wszystkiego co słodkie po tobie. Jesteście jedynymi osobami, które tolerują Lukrowane Toffi, a mają one w sobie więcej cukru, niż wszystkie słodkości w Miodowym Królestwie.

— Cóż mogę powiedzieć, rodzice mnie pod tym względem nigdy nie pilnowali, a do tego zasypywali tonami słodyczy — rzekł, by po dłuższej chwili dodać — wszystko, by mieć chwilę spokoju.

— A już chciałam powiedzieć, że cię rozpuścili — mruknęła, sięgając po jedną rurkę.

— Och, Granger, chyba nie zapomniałaś, że mówisz o rozwydrzonym księciu ze Slytherinu? — zapytał, udając zdziwienie, a kobieta parsknęła śmiechem, który próbowała zagłuszyć przyłożeniem dłoni do ust. 

— O byłym rozwydrzonym księciu ze Slytherinu, owszem, zapomniałam! To czar Oriona i tych wszystkich jego opowieści. Nie pomyślałabym, że ten chłopiec, który uważał, że mugole są poniżej jego godności, gdy dorośnie, będzie żył w ich świecie, uczył swojego syna piłki nożnej, odrabiał zadania z matematyki i chodził z nim na place zabaw.

— Lubię zaskakiwać — powiedział, sięgając po kubek z letnią już herbatą. Zamoczył w niej usta, a te szare oczy wręcz ją paliły, gdy czuła na sobie cały czas to nie odgadnięte spojrzenie. Miała wrażenie, że zastanawia się bardzo intensywnie nad tym, co jeszcze chce i może jej powiedzieć. A kiedy usłyszała kolejne słowa wypływające z wąskich ust, zrozumiała czemu mógł mieć obawy, by powiedzieć to, co chciał. — Chociaż wierz mi, gdyby nie wojna i fakt, że musiałem zaopiekować się Orionem, bo moi rodzice nie dostali by do niego praw, a nie chciałem by wylądował w Walii i każdy go nienawidził za zbrodnie jego rodziców, to nadal byłby tym pieprzonym gnojkiem, któremu złamałaś nos.

— To kim byli jego rodzice? Nie wierzę, że ktoś mógłby go nienawidzić przez to, kto jest jego rodzicami.

— Nie chcę, byś zmieniła o nim zdanie — powiedział niepewnie, a Hermiona poczuła ssącą ciekawość w podbrzuszu, mimo lekkiego niepokoju, który zaczął skradać się i owijać swoje lepkie macki wokół jej osoby.

Draco wstał z krzesła i bez słowa skierował się do salonu, gdzie na kanapie wciąż smacznie drzemał Orion. Usiadł na fotelu, który stał od strony kanapy, gdzie leżała chłopca głowa.

Wciąż trzymając kubek z herbatą, którą podgrzała jednym skinieniem palca, czując zimne dreszcze przebiegające jej po plecach przez obrót, jaki obrała ich rozmowa, skierowała się do wersalki. W przeciwieństwie do mężczyzny nie usiadła na wolnym fotelu, a raczej spoczęła na kanapie, układając sobie chłopca nogi na swoich kolanach.

Niby kto taki mógł być rodzicem Oriona, nim Malfoy go adoptował magią krwi, robiąc z niego Malfoya, że były Ślizgon obawiał się jej reakcji i zmiany nastawienia do tego cudownego chłopca?

— Nie zmienię — przyrzekła, doskonale wiedząc, że nawet jakby był synem Voldemorta, to i tak nie zmieniłoby to jej uczuć do tego małego urwisa z czupryną czarnych włosów.

— Nie wiesz tego.

Czupryną czarnych włosów. I niebieskich oczu. Myśl Hermiono, myśl. Czarne włosy, niebieskie oczy, powiązany z rodziną Malfoyów, ale Malfoyowie nie posiadali takich cech.

Serce zabiło jej mocniej.

Kiedy pierwszy raz zobaczyła Oriona, wydał jej się dziwnie znajomy, jakby już kiedyś go widziała. Tak naprawdę widziała takie włosy i kolor niebieskich tęczówek, praktycznie idealnie takich samych, na ile to było możliwe, bo wszyscy wiedzieli, że nie ma takich samym drugich oczu na świecie.

Syriusz.

Tylko, że nie mógł być Syriusza, więc czyj?

— Bella… — Z jej ust wydobył się drżący szept. Widzą, jak Draco napina mięśnie, jakby oczekiwał ataku, rozluźniła palce na porcelanie, a jej pobielałe palce wróciły do naturalnego koloru. — Dlaczego miałoby to cokolwiek zmienić?

— Bo jest synem kobiety, która nienawidziła cię całą sobą, chciała zobczyć martwą i torturowała w moim rodzinnym domu?

— Powiedz mi, czy ty znienawidziłeś swoich rodziców po tym, jak musiałeś się dla poświęcić nich? — dopytała, do końca nie będąc pewną, czy uzyska odpowiedź. Jednak bardzo na to liczyła.

— Nie — odparł, a w lekko zachrypniętym głosie wyczuła nutkę napięcia i niepewności.

— Dlaczego?

— Bo mimo wszystko ich kocham — odpowiedział, a Hermiona pokiwała ze zrozumieniem głową.

— Ja pokochałam Oriona, Draconie — powiedziała, odgarniając czarne włosy z czoła chłopca. Po czym uniosła spojrzenie na byłego Ślizgona. — Zresztą, on jest twój, nie Belli.

Pierwszy raz, odkąd zobaczyła go te kilka dni temu, Hermiona zauważyła, jak maska, którą zawsze przywdziewał, rozsypuje się na kawałki pod wpływem jej słów. Szare oczy zrobiły się wielkie, a było w nich widać tyle emocji, że zakręciło jej się w głowie na myśl, co musi się dziać w jego wnętrzu.

Szok. Niedowierzanie. Zaskoczenie. Zaciekawienie. Uznanie. Szczęście. Ulga. Miłość.

— Jeszcze żadna kobieta, z którą myślałem, że mogę dzielić życie, nie potrafiła pokochać Oriona — powiedział oniemiały. — A wszystko, co musiałem zrobić, to wrócić do Anglii i dać ci na dziesięć dni, dzięsięć! dni Oriona. Nie wiem, jak to zrobiłaś.

— Przestań — mruknęła.

— Nie. Jestem śmiertelnie poważny, Granger. Żadna go nie pokochała, bo Orion jest trudnym dzieckiem, mówię to z bólem, ale taki jest fakt. I za każdym razem, gdy miałem kogoś, na kim mi zależało, on nie dał się im poznać, nie chciał pokazać, jak cudownym jest chłopcem i je odtrącał. Ale ty, ty pojawiasz się w naszym życiu...

— Teoretycznie, to on w moim… — mruknęła, ale Draco kontynuował, ignorując ją.

— … i w dziesięć dni, dziesięć! przekonujesz do siebie Oriona, gdzie niejedna miała miesiące, rozumiesz co to znaczy? Dziś pojawiliśmy się w twoim biurze, tylko dlatego bo od tygodnia nie zamykał się i mówił tylko o tobie. Bo Hermina to, a Hermina tamto. Uwielbiam go, ale myślałem, że ucho mi zwiędnie.

Mówił i mówił, a Hermiona czuła, jak policzki jej różowieją. Czuła uderzające w nią gorąco, ale nie było ono spowodowane upałem wciąż szalejącym na zewnątrz, a tyradą wydobywającą się z ust arystokraty. Wypluwał on z siebie taki zasób słów i z taką prędkością, że momentami nie mogła go zrozumieć, a innymi chciała bardzo nie rozumieć, bo komplementy od Malfoya nie były codziennością i sprawiały, że czuła się niepewnie.

— Draco… — szepnęła jego imię, gdy wołanie po nazwisku nic nie dało.

Zamilkł na chwilę, a ona odetchnęła.

— Nie rozumiesz — powiedział. Potarł dłońmi twarz, na której odbił się temat ich rozmowy i poważnie na nią spojrzał. Zniknął szelmowski uśmieszek w kąciku ust, rozbawiona nuta w głosie i sarkastyczny humor. Zostało to penetrujące spojrzenie, ale szukające czego, nie wiedziała. — Mère, znaczy mama po francusku, Granger.

— Ale… Ale… — zamilkła. Nie wiedziała, co miała na to odpowiedzieć. Za to czuła wypełniające ją powoli szczęście, które próbowała stłamsić. Nic dobrego z tego nie mogło wyjść.

— Chciałem się ciebie spytać na lunchu, czy chciałabyś widywać Oriona, ale teraz myślę, że…

— Przepraszam! — pisnęła, po czym przykryła zaskoczona usta dłonią.

— … że dostając jego, dostajesz w pakiecie mnie — powiedział, znowu ją ignorując, a Hermiona zamrugała powiekami, próbując zdecydować, czy śni. — Moje piętnastoletnie ja pewnie wali gdzieś głową w mur, ale ja chciałbym poznać kobietę, którą się stałaś, bo musisz być wyjątkowa, skoro skradłaś serce mojego syna.

— Wyjątkowa… — wyjąkała, a on się zaśmiał.

— Tylko tyle zrozumiałaś? — zapytał, a ona wystawiła mu język, na co pokręcił rozbawiony głową. — Wyjątkowa, ale jeśli komuś powiesz, że to powiedziałem, wszystkiego się wyprę!

— Więc?

— Więc randka. Byłaś kiedyś w Luwrze?



* mère - znaczy mama po francuzku.
* mgiełkowe żelki wymyśliła Wiktoria R. z grupy Dramione PL na facebooku, bardzo dziękuję! <3